ATKK-PRZ-I-031

Opis

Kopia maszynopisu ze scenariuszem do filmu Krzysztofa Kieślowskiego "Przypadek" (1981). Scenariusz napisał Krzysztof Kieślowski. Zdjęcia do tego filmu zrealizował Krzysztof Pakulski. Film został wyprodukowany przez Zespół Filmowy Tor. Dokument został sporządzony w czerwcu 1980 roku w Warszawie i opatrzony jest tytułem: "Przypadek - scenariusz filmu fabularnego". Ma formę rozbudowanego, pisanego prozą scenariusza, przedstawiającego biografię głównego bohatera, Witka Długosza, od narodzin w Poznaniu w 1956 roku, przez dzieciństwo, szkolne bunty, doświadczenia religijne i seksualne, relacje rodzinne oraz studia medyczne, aż po różne warianty jego dalszych losów, zależne od tego, czy zdąży na pociąg do Warszawy. Tekst zawiera liczne autorskie komentarze oraz opisuje kilka możliwych ścieżek życia bohatera - m.in. zaangażowanie w działalność oficjalnych organizacji młodzieżowych, współpracę z opozycją (druk i kolportaż nielegalnych tekstów) oraz wariant "zwyczajnego" życia lekarza, zakończony katastrofą lotniczą - co nadaje dokumentowi charakter roboczej, analitycznej wersji scenariusza filmu, opartej na motywie "przypadku" i równoległych biografii.

Data
1980
Rodzaj dokumentacji
A - dokumentacja aktowa
Kategoria
Film fabularny
Nazwa serii
Przypadek
Technika
kopia maszynopisu
Język
polski
Reżyseria
Krzysztof Kieślowski

Strona 1

r S-2A^15 Krzysztof Kieślowski 2RZYPADBK /scenariusz fllau fabularnej/ Warszawa, czerwiec 1980 rok

Strona 2

Co .i i omy o Witku Długoszu i oo może nas alt a tego przydać? Może jako napomnienie, a w<« tylko to, oo kształtuje człowieka, czego ślady zostają i do tońoa aą powodem a echować, poglądów, albo oo w którymś mo­ mencie życia trzeba śnienie gwałtownie, odnajdują® sie­ bie, albo odwrotnie, gubiąc bes powrotu. Han wrażenie, że poznamy go dopiero kiedy będzie usiał 24 lata, a każ­ da chwila tych lat, esy tego ohoiał osy nie, coś tam w nim w środku robiła. Przeżył chyba dużo dni zwykłych i uczuć banal­ nych, ale przecież nawet od tego osy strzeliło się bran­ kę w sskalnym a^ozu może dużo zależeć w życiu człowieka, a Witek nie strzelił z głupiego powodu. Bramkarz prze­ ciwników był jego kolegą z ulicą i kiedy Witek pierwszy raz przyjmował Komunię, tek kolega był ministrantem, póaniej oczywiśo e uczucie wzniosłości jakiego doznał, pamiętało mu się z twarzą tego kolegi, spokojnie wpatrzo ną w księdza i tak odległą, że teraz, rozpędzony, z pił­ ką u nogi, mógł tylko lekko kopnąć - prosto w ręce minia tranta a przed lat. Ale załóżmy, że były też wydarzenia, które zdarzy­ ły się tylko jemu i chyba nie były banalne albo ‘były ba­ nalne ale dziwne. W każdym ranie tak pewno siusiałby myś­ leć. Bo urodził się w październiku 56 roku w Poznaniu i może byłoby banalne, gd^by jego ojciec, inżynier u Ce­ gielskiego zginął w tym zamęcie, ale ojciec nie przy­ szedł tylko na noc, a matka s ogromnym brzuchem poczuła

Strona 3

3 - 2 - bóle na dwa tygodnie przed terminem, 3 trudem wśród strze­ laniny i czołgów dowlokła się do szpitala i tam, w ogromny® rozgardiaszu urodziła na korytarzu dwóch chłopców i zanim ktokolwiek zdążył Ją zauważyć - umarła, a brat Witka, Jan, saarł w dwa tygodnie później, mimo, że lekarze i pielęg­ niarki pracujący przy rannych i umierających źrebili - jak to się precyzyjnie określa - wszystko, bo takie chwile do­ dają ludziom sił i bardzo jednoczą ich w wysiłkach. Oj­ ciec Witka znalazł ich następnego dnia i łącząc obowiąz­ ki strajkowego działacza z bólem człowieka, któremu umar­ ła żona i trzeb* było ją pochować, z radością mężczyzny a miał już prawie 40 lat i pięć nieudanych prób dziecka za sobą - któremu urodziło się dwóch synów i a niepoko­ jem o zdrowie młodszego - widział przecież tych ludzi w niezmienionych od tygodnia kitlach, jak próbowali i obcię­ li utrzymać przy życiu niedonoszonego, na korytarzu uro­ dzonego bliźniaka 1 jak im się to nie udało. To był pierwszy kontakt ojca z lekarzami 1 szpitalem, taki właś­ nie został mu w głowie obraz i nic dziwnego, że później, pełen kompleksu tamtej nocy, kiedy nie przyszedł opęta­ ny polityką i wiarą, przez całe życie dążył do tego, że­ by Sitek został lekarzem, Ofiara mu się gdzieś rozwiała, polityka sama wymknęła z rąk, nie obolał jej zresztą za­ trzymywać i została pewność, że pomóc człowiekowi można wtedy, kiedy go boli i to kiedy boli ciało. Powiedzmy, że tak mogło być. Ojciec był małomówny i nie opowiadał Witkowi nigdy szczegółów tamtej nocy i tamtych dni, ale 7/itek im był starszy tyra bardziej był pewny, że ws^stko to widział 1 że wszystko to pamięta, mimo, że prze-

Strona 4

- 3 - oleż nie mógł tego ani widnieć, ani tys bardaiej paniętać. Ale skąd w takim rasie tak dokładne obrany kobie­ cej nogi w podartej pono sosnę, potrącanej prze# ciągnię­ tego po podłodze człowieka, zostawiającego smugę krwi na podłodze, skąd równie dokładny widok owijanego w prześcieradło dziecka wyjętego z sąsiedniego kojca, i to wszystko tkwiące gdzieś głęboko w głowie, nigdy nie wypowiedziane? Próbował kiedyś, właśnie w chwili wzniosłości, s poczuciem absolutnej czystości, zasypiając po Komunii, powiedzieć to ojcu, ale nie potrafił chyba - siedmiolet­ ni dopiero - znaleźć właściwych słów, bo ojoleo popat­ rzył tylko dziwnie przeciągle 1 powiedział* - śpij syn­ ku - trochę ostrzej niż zwykle, a potem, kiedy już po­ czuł papierosowy, nieprzyjemny oddech o jo a i pocałunek już nad ranem, wstając jak zwykle żeby się wysikać, zo­ baczył ojca śpiącego przy zapalonym świetle.’ 0 matce nie rozmawiali prawie ni.dy, 'Sitek wiedział tylko tyle, że ojciec poznał ją ucząc francuskiego przy końcu lat czterdziestych, żo była młodsza od ojca o 15 lat, na jakimś sdjęciu zobaczył, że nie była ładna, a kiedyś od­ rabiając lekcje zobaczył, żo ojciec wpatruje się w pi­ saną przez niego ósemkę w równaniu 19-8-11. Witek do dziś dnia pisał ósemkę łącząc ze sobą dwa odrębne kó^czka, może 1 dlstego, że wtedy ojciec powiedział: - Dobrze... jedenaście.•• Matka też tak pisała ósemki - a może pi­ sałby 1 tak, nawet gdyby ojoleo tego nie po wiedział, Ale powiedział. Jeszcze kiedyś, ohvba przy czternastych uro-

Strona 5

- 4 - dżinach, kiedy postanowione już było, że Witek będzie lekarzem, ojciec zaprosił go na urodzinowy obid do res­ tauracji i kiedy jedli obiad, bez żadnego związku powie­ dział, że matka jedząc lody a owa ze mieszała je z kawą, bo uważała, że gorące dobrze je się z zimnym, a białe z czarnym. Ma deser jedli sernik, który Witek lubił. Czy. wystarczy, żeby tyle wiedziała o matce? Chyba nie. Jej rodzina, siostry ete? Uc^ył się dobrze, piątki, które dostawał rozpie­ rały go do momentu, który chyba poezuł od razu a zauwa­ żył gdzieś w czwartej klasie - ojcied nie lubił tych stop­ ni. To znaczy cieszył się, poklepywał go za dobre świa­ dectwa, kupował mu rower albo narty, ale za każdym razem przez chwilę chłódł, ciągle uśmiechnięty i żartujący. Gdzieś w siódmej klasie pobił się ze starszym kolegą, który miał rację zarzucając Witkowi, że specjalnie nie strzelił bramki w tamtym szkolnym meozn, bo - tu już nie miał racji - umówił się z bramkarzem, a Witek bił aię rzadko i niezbyt dobrze, ale do białości i tak jak walił tego starszego, tak samo mocno i z takim samym zapomnie­ niem uderzył kilka razy interweniującego nauczyciela, aż rozciął mu warga, doczekał się obniżonej oceny ze sprawo­ wania i potem już do końca roku nie mógł odpowiadać na pytania tego nauczyciela, matematyka i fizyka, a to zam­ knięcie przeniosło mu sir także na jego żonę, która uczy­ ła historii - umiał i wiedział dokładnie co odpowiadać, ale nie mógł wykrztusić z siebie poprawnych zdań, tylko bąkał wzory i daty bez kontekstu, nieułożone - więc świa-

Strona 6

6 - 5 - dectwo przy ko a® u roku było pełne trojek i upewnił się dokładnie, czekając na to upewnienie, że ojciec ucie­ szył się z tej obniżki szkolnych lotów. Nie kupił nu wprawdzie nic, był srogi i kiwał głowo nad świadectwo®, ale Nitek widział, że go ucieszyło. Potem, na rok przed stal ©rolą ojciec powiedział nu, że nie znosi prymusów, także w życiu, że sam w szkole uczył się świetnie i za każdym rasem po przenoszonych ze szkoły znakomitych opi­ niach i nagrodach czuł, jak jego ojciec - czyli twój dziadek - dodał, oddalał się od niego odrobinę. Powie­ dział mu to i wiele innych rzeczy w łódzkim szpitalu, w nocy, już długo po do silonych godzinach odwiedzin, w zadymionym pokoju telewizyjnym. Witek mógł zostawać w ty® szpitalu, w którym zresztą ojciec potem umarł, dłu­ żej, bo ojciec przyjaźnił się blisko ze spokojną, czter­ dziestoletnią lekarką. Kiedyś, między pobytami ojca w szpitalu, a Ni­ tek był już studentem pierwszego roku Akademii Medycznej i odwołano nagło zajęcia, więc wrócił koło dziesiątej do domu - zastał i*h w banalnej, .ale właśnie niebanalnej sytuacji, bo lekarka stała oparta o stół, miała podnie­ sioną spódnicę i opuszczone rajstopy, a ojciec w piżamie klęczał przed nią, ,z głową wtuloną między uda, nie nie słyszący. Lekarka miału mętne, przymknięte oczy, które nagle oprzytomniały i bea żadnego ruchu ciała pokazały Nitkowi, żeby wyszedł. Oczywiście nigdy o tym nie rozma­ wiali, Nitek nie miał z tego powodu żadnego kompleksu, ani uczucia wrogości, po prostu wrócił do kolegów, do

Strona 7

7 -6- "obywatelskiej” gdule pili dalej piwo, ale obraz sos tal mu pod powiekami. Mam nadzieję, że taki obraz nie będzie kompromitował o jo a. Kiedy miał 12 lat pierwszy ras zobaczył 1 posnął to, oo księża w jego kościele nazywali grzechem. Najpierw zobaczył, bo w sypialni na kłonił już pierwszego dnia, jeszcze przed zgaszeniem świateł, jeden s grupy znających się chłopaków z Warszawy, zawołał nrgle - nr, chłopaki, koś! - odkrył kołdrę i zaczął się onanizować. Był rudy i nazywał etę Czerwonka. Potem robił to codziennie, inni próbowali go a początku naśladować, ale jakoś przy wszyst­ kich im nie szło i już do końca Czerwonka został son se swoim publicznym rytuałem, Witek poczuł zazdrość, esy o grzech esy o dorosłość tamtego, dokładnie nie wiedział i któregoś dnia obserwował Czerwonkę starannie od rana, a potem przy śniadaniu w momencie, kiedy Czerwonka ugryzł pierwszy kęs Chleba, powiedział głośnot - Nawet rąk nie myłeś. - Ne to co? - zdziwił się Czerwonka. - Po wieczornym... no, po koniu..• - No to co? - powiedział jeszcze raz Czerwonka popatrz. I oblizał palec prawej ręki. Nie zrobiło to jednak dobre­ go wrażenia - nawet na wyznawcach jego metody. Witka bolały wtedy zęby, w nocy nie mógł spać, budził się i przewracał, a którejś nocy oprzytomniał nag­ le - zdziwiony - s takiego bolesnego półsnu, poszedł do toalety i zrobił w letniej ciszy, ze szczekającym gdzieś

Strona 8

- T - daleko psem to samo, oo Czerwonka robił w sypialni przed zgaszeniem światła. Ze zdumieniem zobaczył, że na długą chwilę zapomniał o zębie. Poczuł się tylko osłabiony, oparł się o ścianę, ale potem łatwo zasnął i spał lekko aż do rana. Przyzwyczaił się do tego narkotyku i jeszcze na kolonii zdarzało mu sio zamykać w toalecie, albo w pus­ tej sypialni w ciągu dnia. Na tej samej kolonii zaprzyjaźnił się z Danielem. Daniel był też z łodzi, ale z innej dzielnicy. Dogadali się dlatego, że Daniel też miał ojca inżyniera. Potem roz­ mawiali o różnych rzeczach, także o dziewczętach, zwłasz­ cza o młodej wychowawczyni, ale od razu przy tej pierwszej rozmowie Daniel powiedział; - Nie zaprzyjaźniaj się ze mną. Ja niedługo wyjadę. A kiedy Witek obolał wiedzieć dokąd Daniel mówił; - Daleko. « Wszędzie potem chodzili razem, pomysł z myciem rąk Czerwonki też był Daniela, tyle, że on bał sic głośno powiedzieć; - "Nawet nie umyłeś rąk", wiać Witek to zrobił. Na tydzień przed końcem wakacji przyjechał ojciec Daniela, kazał su się spakować i obaj wyjechali. Daniel pożegnał sio tylko s młodą wychowawczy­ nią, która go ucałował:. 1 z Witkiem zdążył pogadać. - Myślałem, że to będzie daleko, a teraz tata ml powie­ dział. Tylko do Danii. Napisze do ciebie. Nie wiedzieli jak się rozstać, chwilę stali naprze­ ciw siebie, podali sobie niezgrabnie ręce, Daniel wziął adres 1 pojechał. Oczywiście, możnaby sobie wyobrazić poczucie krzywdy, żal za utraconym przyjacielem i niechęć do tych, którzy mu go z brali, ale Witek chyba nie przyz­ wyczajał się tak szybko do ludzi.

Strona 9

7 '8 - Potem usłyszał, jak mówiąc coś o nim i nie wiedząc jak go określić, jeden b wychowawców powiedział do młodej wychowawcami - Niepokorny... kolega tego Żydka. - Tak, wiem • powiedziała wychowawczyni 1 odeszła. Jeszcze dwa rasy ołyezał, co o nim mówią ludzie, nie wiedząc, że słucha, 1 na każdym ranem zmieniało go to bardzo# Baz latem, miał już 17 lat 1 znał smak kobiety, odbijali piłkę nad jeziorkiem, a w budzie, która była barem, podsłuchał wcale tego nie chcąc, dwie dziewczyny. * Ma zgrabne nogi - powiedziała jedna. - Me kreci tyłkiem. 'Sitek myślał, tak mówiło mu doświadczenie, że to by­ ło o jakiejś dziewczynie, ale nagle zobaczyły go i już wiedział, że mówiły o nim.- Przestał wtedy kiwać clę w biod­ rach, ustawił w domu lustra w ten sposób, by widzieć się idącego tyłem i rzeczywiście przestał. Pod koniec gimnazjum wsiałby zainteresować się polityką. Nie mógłby też akceptować. Bajayna to, że wma- turalnej klasie założyli tajny rząd. Postanowili dążyć do obalenia istniejących władz 1 w duchu prawdziwego soc­ jalizmu walczyć o objęcie władzy, witek został ministrem zdrowia i opracowywał system rzeczywiście bezpłatnej opie­ ki zdrowotnej, likwidując łapówkarstwo 1 prywatne prakty­ ki lekarskie, liznął nawet pielęgniarkę z przychodni, wy­ korzystał tę znajomość w prywatnych celach, uważając, że robi to dla idei i chyba tak było rzeczywiście. Spotyka­ li ai§ rano, jeśli pielęgniarka miała popołudniowe dyżu-

Strona 10

Jo - 9 - ry- wtedy Sitek musiał opuszczać po dwie lekcje i ale pozwalał jej Baaną4, wypytują© o układy w przychodni. ?z«d wykryto i mało brakowało, aby do sprawy wmieszała się milicja, ale dyrekcji szkoły udało się ograniczyć zasięg afery. Pedelu członków rządu b premierem aa cze­ le rozparcelowano po innych szkołach i z tego powodu Wi­ tek stracił rok. Kiedy odbywało się specjalne posiedzenie Rady Pedagogicznej, rząd wyznaczył Witka do podsłuchiwa­ nia. Miał to robić naturalnie minister spraw wewnętrz­ nych, ale stchórzył i Witek kilka godzin spędził w kot­ łowni, skąd rurami słychać było całą naradę. Tata dowie­ dział się, że ma zdolności przywódcze, których jednak nie potrafi wykorzystać - jest zbyt zamknięty w sobie. Dowiedział się też, ge jest chłopcem bystrym, myślącym szybciej niż przewiduje program, a cały problem jaki z nim wiało Rada polegał na tym, że nie można było znaleźć żadnego pretekstu do przeniesienia. Premiera złapie kie­ dyś w szatni s młodą woźną, to było dobre,. minlater kul­ tury 1 oświaty czytał na lekcji historii "Timesa", to też nie było najgorsze, prezes Komitetu Rozwoju Rolnictwa Państwowego /taką nomenklaturę jako odpowiedniejszą do planowanych reform miał minister rolnictwa/ w agarowa! często do spółdzielni produkcyjnych w poznańskim, minis­ trowie przemysłu i obrony mieli po prostu niskie oceny z maturalnych przedmiotów, tylko na Witku nie można było znaleźć skazy. - Żeby choć palił - odezwał się w którymś momen­ cie dyrektor.

Strona 11

'W - 10 - Sitek przeniesiony został w końcu za epizod z po­ bitym nauczycielem, który urósł w obecnej interpretacji do rozmiarów nieprzystosowania i agresji, a natychmiast po powrocie do domu kupił p czkę papierosów 1 już nigdy nie * ze.stał w życiu palić. Ojciec zastał go w chmurze dymu, skrytykował "klubowe” jako zbyt kwaśne i podwyż­ szył mu miesięczną pensję o 100 złotych, Żeby Poznań został mgłą i legendą powinni się stam­ tąd wyprowadzić, więc przenieśli alę do Łodzi na począt­ ku lat 6O-tyoh» Tutaj starsza siostra ojca miała ogromne mieszkanie po swoim mężu, jednym z pierwszych powojen­ nych wicewojewodów, które bez trudu, zamurowując drzwi, udało się przerobić na dwa mniejsze, wystarczająco wygod­ ne, Witek nie mógł zrozumieć oo łączyło siostrę i brata, bo nawet rodzinnej miłości nie czuł nigdy w ich stosun­ kach. Ciotka była jeszcze przedwojenną komunistką, zaw­ sze bardziej radykalną od męża, energicznie działającą w komisjach i komitetach społecznych. Już po śmierci wi­ cewojewody liczono się z możliwością, że zostanie posłem, ale okazało się, 'e czy to ze względu aa płeć, czy też na status społeczny, musiałaby być wy ierana w innym okręgu wyborczym niż Jej własny, a na to nie obolała się zgodzić właśnie ze względów zasadniczych. Żeby pokazać, iż wszystko jest w porządku, że nie urażono jej dumy ludzkiej i politycznej, przewodniczyła potem i była człon­ kiem Komisji przy kolejnych wyborach, tak, że kiedy Witek wybierał po raz pierwszy - wrzucił swój głos pod okiem

Strona 12

- 11 - własnej ciotki. Od tego czasu mówiła do niego zawsze * liczbie mnogiej. - Będśeie tek dobrzy, Witku - dzwoniła pmoz lob wspólny towarzyski telefon - i przenieście ni gazety, jeś­ li nacie warszawskie. Ojciec po poznańskim arywie oderwał się całkowi­ cie od polityki, wycofał nawet złożoną w listopadzie 56 roku deklaracje partyjną i z wiekiem coraz częściej wyda­ wał się być zwolennikiem ustrojów wie lo party jnyeh. Z ciot­ ka nde rozmawiał całymi dniami, wykorzystując podwójność mieszkania i kiwając głową, że go nie ma, kiedy odzywał się umówiony sygnał wspólnego telefonu. Wybory, w których działała siostra opuszczał. &yślę, że na Olgę zwrócił uwagę w maju, na drugim roku medycyny. # prosektorium stanęła w taki epos b, że ostre światło otoczyło jej głowę dziwnym blaskiem. Witek nyslał, że to przypadek, ale po chwili zobaczył, że kiedy asystent rozciął brzuch leżącej kobiety, Olga zamknęła oczy. Ze światłem z tyłu było to dla wszystkich najmniej widoczne. Mino to, zauważył, że ma piegi na powiekach. Paznokciem zdzierała lakier metalowego oparcia kozetki. Oparcie malowano już wiele razy i lakier poddawał się łat­ wo, rytm zdzierania w jakiś sposób zgadzał się z odgłosa­ mi ze stołu. Witek widywał ją prawie od dwóch lat, była dość przeciętną dziewczyną s niedobrymi chyba nogami, bo zawsze w spodni eh, działała w Związku Studentów i Witek o z asami kupował u niej bilety do teatru, teraz jednak pa-

Strona 13

trzył na nią zupełnie inazej. Miała jakiś dziwny, przy­ kuwający wyraz twarzy, a pod koniec sekcji wysunęła ję­ zyk 1 oblizała zaschnięte zupełnie wargi, ale gryaae aa- mlętnoócl - uświadomił sobie Witek - został. Po zajęciach zobaczył ją jeszcze zaglądającą do prosektorium. - Co ci było? - spytał, kiedy wyszła. - Było widać? - Było... - Co’ Witek nie wiedział oo odpowiedzieć, słowo namięt­ ność nie wydało bu się stosowne. Powiedział więc po pros­ tu, że mu się spodobała, bo to też była prawda. Olga ro­ ześmiała Się. - Ta baba na stole uczyła renie w podstawówce, nie­ nawidziłam jej 1 nyślałaa, że sasa ją kroję. Taka może by - chyba Ola. "tało sio oczywiste, że wyszli razem. Poszli na piwo, ale nie do "obywatelskiej", tylko do Grandu. Wie­ czorem w studenckim klubie, w pokoju Komisji Kultury, do którego alała klucz, Ola oddała mu się tak naturalnie, jakby od lat robili to właśnie w tym pokoju i na tym dywa­ nie. 25 dołu słychać było konkurs studenckich orkiestr jaz­ zowych. W ich stosunkach na oko nic się nie zmieniło. Nie rozmawiali ze sobą, nie chodzili do kina, nie byli razem. Tylko eo jakiś •zas patrzyli na siebie nagle ostro, nie mogąc oderwać wzroku, Witek czuł narastające podniecenie.

Strona 14

- 13 - Ola znikała plaząo na kartce albo a Jakimś zapalnie przy­ padkowym miejscu - czujno na sobie Jego wzrok - godzinę i potem zastawał Ją w mieszkaniu koleżanki, w spodniach i bluzce, ale Już zupełnie bez niczego pod spodem 1 kocha­ li się z nieznaną Sitkowi gwałtownością, żeby potem sadw przez tydzień ozy dwa nie odezwań sio do siebie ani sło­ wa. Mcm wrażanie, że w tym czasie, a może nawet trochę wcześniej. Witek powinien zacząć wątpić w posłannictwo swoich studiów. Uczestniczył w cynicznych rozmowach swoich kolegów, sam był w nich cyniczny Jak 1 oni, 1 niby była to poza, niby tylko tak wypadało, ale w t oh nachlanie egoistycznych postawach było też i trochę prawdy o nich. Widział Jak męczy sic ojciec, częściej Już od roku prze­ bywający w szpitalu niż w domu, wiedział, że gdyby nie czterdziestoletnia lekarka już dawno nie przyjmowałoby go do szpitala, toby nie psuć wskaźników, bak się przysz­ łej odpowiedzialności, zupełnie nie rozumiał 011 1 wielu innych ludzi'wokół slabie - Jednym słowem coraz dokład­ niej uświadamiał sobie, że to oo robi, to nie Jest to, oo robić powinien. Z drugiej strony - nie wiedział co ro­ bić powinien. Ojciec cierpiał i był Jeszcze bardziej małomówny niż zwykle, ale Witek w dalszym ciągu czul, że ojciec ob­ serwuje go 1 dla siebie - ocenia. 2 jego spojrzeń, humo­ ru, natężenia ciosu, rozumiał kiedy ojciec akceptuje coś w jego życiu, a kiedy nie i coraz częściej całkowicie, choć w milczeniu zgadzał się a jego sądami. Prześladowa-

Strona 15

- 14 - ła go »pśl, ta ojciec oho# na coś powiedzieć 1 te odkła­ da to na ostatnią chwilę. Zaczął pilnować taj chwili, tros­ ka o ojca stopniowo mieniła nip w chybsale, toby nie prne- gapić, żeby zdążyć zachowując Bały. czas pozory troski, ale ceres częściej dzwoniąc do domu i odkładając słuchaw­ ko, kiedy tylko usłyszał jago glos - niby ni* nógł pytać oo kilka godzin "jak się osujesa, tato" - wiedział, że uczu­ ciem, które każę nu odkładać słuchawkę jest wstyd. Wakac­ je spędził w łodzi. da jasień! Ola wróciła później a wak ojl, była a rodzicami u rodziny w Kijowie i już pierwszego dnia, był listopad, zetknęli się wzrokiem. W dwie godziny później Witek mógł wbiegać na klatko schodową nioonkmla jej kole­ żanki, ale w ostatniej chwili wrócił a półpiętra do auto­ matu. ?0 kilku sygnałach ojciec podniósł słuchwakę. Witek obolał odłożyć swoją, ale ojciec spytał: - Witek? - lak - powiedział Witek po obwili. - Zabierają ranie do szpitala, jest Krystyna. Chcia- lm oi powiedzieć, bo możesz nie zdążyć. Hic nie dusisz. - lato... czego nie muszę? - Hlcaego. kio nie musisz, obciąłeś, żebyś wiedział. Ojciec odłożył słuchawkę, 'Witek pojechał do donu. Ojca już nie było. Pojechał do szpitala, ale nie zdążył. Spokojną, czterdziestoletnią Krystynę bez kitla, zobaczył przed szpitalem na ławce. Usiadł koło niej. - Kazał cl powiedzieć, że nio nie musisz - powie­ działa, bo przecież mogli być już dawno na ty. - Mówił, że nic nie aa znaczenia, bo to i tak boli.

Strona 16

- 15 - - Bolało go? - Ciało nie. Ale nie obolał... Jak powinien wyglądać pogrzeb w listo pad ale? Powi­ nien lać deszcz, smutne, bezlistne drsowa powinny wyrażać smutek ludni w tyra miejscu. Ale akurat było ostre jesień* ne słońce, a liście trzymały się tego roku dłużej niż swyk- le. Witek Machinalnie rzucił grudkę niemi i bez żadnej myśli w głowie czekał, żeby wszyscy poszli. Wiedział, że to, oo ma pomyśleć, pomyśli później i kiedy został sam, miał już ułożone zdanie, które dużo wcześniej nieuświado­ mione nasłało w ni© tkwić* "Spotkamy si? tata i pociesz mi wszystko wtedy". "Wszystko mi powiesz kiedy się spotka­ my tam”. "Kiedy się spotkany tara, powiesz mi wszystko". Klęknął pod tym zdaniem w różnych układach gramatyczny oh i zdążył jeszcze pomyśleć se strachem, że komuś już zda­ nie układało się w podobny sposób, całą uwagę skupił, żeby przypomnieć sobie komu, zobaczył nawet piękną ama­ zonkę, która w cudowny majowy poranek pędziła... kiedy ciotka, która czekała widać, żeby odszedł ksiądz, stanę­ ła nad nim i położyła ręce na jego skulonych ramionach. Ciągle nie płakał. - Nie łudź się - powiedziała.mu, zapominając o liczbie mnogiej - tam nic nie ma. Popłakał się dopiero na ulicy. Poszedł na dworzec, było już ciemno, oparł głowę o ścianę budki na samym końcu peronu i płakał, ciągle s tyra zdaniem, i z amazon­ kę w majowy poranek. Podszedł dOK-ista z zapaloną la­ tarką, oświetlił ścianę.

Strona 17

16 - - Laliście? Witek odchylił się, dolana była sucha. - Wasze szczęście - posiedział 30K-lata. KyH§, że w kilka dni potem powinien pójść do dziekana. Na korytarzu i w holu akademii medycznej poczuł się obco i unikał spotkania z kolegami, bał się rozmów, nie daj Boże kondolenejl, wyrazów żalu. Baz schował się za salonem 1 odwrócił tyłem, żeby przepuścić grupkę ze swojego roku. Uzekana nie było i musiał chwilę czekać w jogo gabinecie, $yj*'.ł przyniesione podanie o urlop dzie­ kański i położył na biurku, potem przeniósł je na mały stolik, przy któryż siedział. Dziekan w białej, lekars­ kiej marynarce wszedł i od razu wydostał z lodówki dwa kefiry. Jeden postawił przed Witkiem, otworzył, usiadł naprzeciw niego i przeczytał podanie bez słowa. - Pan jest na trzecim roku? - Tak. - Niech >an pije. #itek otworzył swój kefir, wypił kilka łyków i oze- kał. Daeian zachichotał. - Przestał pan odczuwać powołanie? - Tak. - I? Patrzył na niego zmrużonymi oczyma zza okularów, z przechyloną głową, żeby resztkę kefiru wlać z pojemni­ ka do gardła. - Umarł mi ojciec kilka dni temu... Chelał, żebym był lekarzem, a kiedy umierał, powiedział, że już nie cho<

Strona 18

D iekan odstawił kefir. • Obsiałbym się zastanowić teras - skończył Witek, tylko tyle ulał do powiedzenia. Dalekim podpisał papier i przystawił wyjęte ■ lekarskiego futerału pieczątkę. Popatrzył na Sitka. - Syalę, te pan wróci, jak tak na pana patrzę. Oczywiście wszystko mogło potoczyć sio inaczej. Syn dziekana tego ranka wrócił z Francji, przywożąc kil­ kanaście wydawanych w Paryżu polskich książek. Gdyby na' granicy celnik kazał otworzyć mu walzkę dziekan pewno nie udzieliłby Sitkowi urlopu. Ale celnik lleaył skóry weta, które znajdowały sic w bagażu wracających s Indii filmow­ ców. kitek był nagle w zupełnie Innej sytuacji niż tydzień temu. Czy był wolniejszy? Gdyby go spytać, odpowiedział­ by pewno, że tak. Cny czuł się bardziej zgubiony? Tak. Już a torbą przecisnął sic bez kolejki do kasy. - Kara do Warszawy za minut? - wy? ruozał 1 nie słuchał protestów, niecierpliwie chapnął resztę. Rozpędził się już od wyjścia z budynku, na przejściu usłyszał ruszają­ cy pociąg, jeszcze przyspieszył 1 na ostatnich nogach wskoczył do ostatniego wagonu szybko już jadąoego pocią­ gu. - Bobrze, powiedzmy, że wskoczył. Ale przecież równie dobrze pociąg mógł ruszy! 15 sekund wcze niej. Wtedy biegłby równie szybko, w poło­ wie peronu byłby o kilka kroków od rączki wagonu, ale przez kilka sekund Identyczna odległośó od tej rączki zaczęłaby się zwiększać 1 Witek arozmalawszy, te nie do­ goni, stopniowo wytraciłby szybkość.

Strona 19

- IB - I równie dobra®, znany nam już, akuratny JOK-ista mógłby .ego dnia szybciej wypić popołudniową herbatę 1 w tym ozaale, kiedy Witek kupował bilet - znaleźć etę na peronie z którego odjeżdża pospieszny do Warsa owy. Gdyby aobeozył pędzącego z niewygód##, oddalającą od olała torbą, z obowiązku, o poszanowania porządku, a tak­ ie dla dobra goniącego, SOK-ista stanąłby, niby nio, ty­ łem, a kiedy "sitek byłby blisko, raptownie odwróciłby si? i zła ał go w roztwarte ramiona. Sitek dyszałby z wściekłością, SCK-ista przyjrzałby siu się uważnie, kiedy Sitek jużby się nie wyrywał. - Lał pan tutaj kilka dni temu - powiedziałby pewno - teraz obce pan w biegu wska- klwać. Ale SOK-lata pił herbatę tak długo jak zwykle. Zau­ ważmy, że ani czas picia herbaty, ani chwila, w której pociąg ruszył, nie zależała od Witka* (Sitek przyszedł na dworzec o określonej godzinie, w określonej sekundzie a dalej wszystko mogło potoczyć się różnie. Ale potoczyło się t^k, jak się potoczyło 1 wsto­ czył* Dobrze. Sitek pomachał oddalającej się łodzi. Pewnie myślał, że już tu nigdy nie wróci, a kiedy odjeżdżał od te­ go miasta, dysząc w pociągu, którego dopadł, zrobił na zroszonej oddechem szybie znak krzyża - miał prawo tak myśle-ó. Choć przecież to miasto nio złego mu nie zrobiło. Ale miał nadzieję, właśnie nadzieję, a nie przeczucie, że tam, gdzie jedsio znajdzie to, co n sywaray sensem, a oo dlaSitka było teras tylko jakimś sposobem na życie. Powiedzmy, że tek myślał, to może być prawdopodobne, sko­ ro narysował krzyż w parze swojego oddechu.

Strona 20

~ ■............... , 10 - 19 - Brata swojej watki nie snął nigdy przedtem, wite teras w oboya domu czuł się nieswojo. * Ciekaw byłem, osy oię kiedyś zgłosisz - powiedział wuj kiedy tylko Wi­ tek wszedł# Miał 50 lat, był przystojny i szpakowaty, zawsze w krawacie. Jego żona grała na fortepianie w dob­ rej orkiestrze, dlatego pewno mieli dwupoziomowe miesz­ kanie na Ursynowie. Wuj lubił się samyślad oparty o for­ tepian, wprawiając w ruch metronom, to widocznie przeno­ siło go w inny wymiar. Rano był prezesem bogatego, war­ szawskiego klubu sportowego. - Mgdy oie mogliśmy napomnieć twojemu ojeu, że zostawił Xwę samą wtedy - powiedział teraz właśnie, cze­ kają© aż metronom się zatrzyma, żeby snów delikatnie popchnąć go palowa. - Był w strajku. Term to aię wydaj© kompletnie bez sensu, ale wtedy mawiało być ważne. - Było, było, Tylko Rwa była zawsze najlepsza z nas wszystkich. Okazało aię, że wuj poznał swoją żonę Irenę właś­ nie przez siostrę. Razem uczyły się w szkole muzycznej, o czym Witek nie wiedział, a jego matka była w tej szko­ le od kilku lat najzdolniejszą pianistką. ^uj nie mógł się nadziwić, że ojoieo nigdy nie ©powiadał o tym Sitko­ wi. - W ogóle mało mówił - powiedział Sitek i wspom­ niał o tym pisaniu Ósemki i o jedzeniu lodów razem z ka­ wą i uśmiechnął się do wspomnienia wspólnego z ojcem obiadu w łódzkiej "malinowej"• - Ma podobny uśmiech - powiedziała ©lotka. « Taki 3aa.

Strona 21

21 - 20 - Rozmawiali, a fltek oglądał dokładała kilkanaś­ cie adj^ satld. Przy fortepianie, roześmiana, aa wyciecz­ ce* przy pierwszej komunii. - Tylko ona w naszej rodzinie wierzyła - powiedział wuj, kiedy zobaczył, że Witek dotarł do tego zdjęcia. - Pewno dlatego ojoleo posłał ranie do komunii. Chwilę nile&ell« - Co ter-s? - spytała ciotka, która była mała, łagodna i szara. - Nie wian... - Ale co? Pracować, uczyć się, nie nie robić? - Nie wlera, Wuj uchylił wieko fortepianu 1 zagrał kilka nut gna­ nej wojskowej piosenki, - Głupie pokolenie - powiedział bez związku - na­ wet nie zdążyliśmy być na wojnie, - A ja nie zdążyłem, jak ojciec umierał. Może Staszek, kuzyn i równolatek Nitka, działami młodzieżowej organlsaoji był przy tej rozmowie od począt­ ku, a może przyszedł dopiero teraz, Możliwe też, że ca­ ła rozraowa odbyła się późnym wieczorem, już przy rozłożo­ nej pościeli na wygodnej kanapie i « szlafrokach. Pewno impulsem do tej wojskowej melodii mógł być głośny nagle hymn puszczony po zakończeniu programu w mruczącym tele­ wizorze. W każdym razie rozmowa w ogromnym pokoju dwupo­ ziomowego ale a skanla siała i swoją osę ^5 praktyczną. - A pieniądze? Za co chcess żyć? - Mam na książeczce, ojciec odkładał mi po 500 zł. przez 5 lat... Jeszcze ze 20 tysięcy mam...

Strona 22

- 21 - '3 każdym rasie aoźeas pracowaó w klubie, jak oho es z. w administracji albo na korcie... - Alb© u mnie - powiedsiał 3taazelc. - To zakosy? - W RaAaie Głównej. - Za dKlałaCBa? - Za dsiałssca, Witek wybrał a tego torty. To były eleganckie torty kolo mostu kolejowego i już od siódmej rano prsyohodBl- 11 taa znani aktora?, dziennikarze, niektórych czterdaies- tolsików przywozili kierowy. Sie by2 abyt zaciekawiony tym światem, żarty aktorów przeważnie takie same, opowia­ dania anegdotek 1 luźny stosunek do żyoia nie imponowa­ ły su, ale zawsze ciekowe były rozmowy dziennikarzy, owies: cza Jeśli komplikowała się sytuacja międzynarodowa. 3ai«- nikarze czytali regularnie s«rt«l«»M prasę, mali komu­ nikaty, mieli także własne źródła informacji. Powoli prze­ konali się, że nowy kortowy Jest człowiekiem inteligent­ nym i oczytanym, polubili go 1 Witek często gadał z nimi zarywając prane. Orze na kortach przyglądało się zawsze paru chłopców. Kie mieli kart wstępu, ale nie przeszkadza, li 1 Kitek wpuszczał lek no kort, żądając tylko trampek lub tenisówek. Zorientował sio, że gdyby chłopcy podawa­ li piłki, gracze skracając oaas gry o 15 minut i tak gra­ liby dłużej niż teras, uganiając się po całym placu. Do­ gadał się z kilkoma dziennikarzami i aktorami - skrócił in oaas pobytu na kortach, a w zamian aa to już po trzech godzinach zyskiwał 45 minut i na te lekcyjną godzinę wpust szał chłopaków. Kiedyś żegnał się właśnie ze znany® ko-

Strona 23

- 22 - mentatorem TT, chłopcy już grali i pojawił się wuj m Staszkiem, żeby w biurze obgadać przygnane Radzi# Głównej godziny gry* Przywitali się wszyscy, oni poszli załat­ wiać, komentator wytłumaczył Witkowi oo znaczy naprawdę nieudana mery kańska interwencja w Irenie 1 pojechał, a wuj wychylił się przez okno biura 1 zawołał Witka. • A Ci to kto? - spytał, pokazują© chłopców. - Chłopcy, Podają piłki, każdy odda chętnie 15 mi­ nut, żeby nie latać po korcie, więc ich potem wpuszczam jak zarobię trochę czasu. • Mają karty? - Wie. - A płacą? - Też nie. - To nie możesz ich wpuszczać. - Szkoda - powiedział Witek - ten w kapciach dob­ rze by mógł grać.., Staszek też wychylił się przez okno* - Stuknij go po linii młodzieżowej - powiedział o ojcu* - Możesz? - Jak to? - Inicjatywa młodzieży. Lepsze wykorzystanie kor­ tów. Młode talenty, będą musieli pozwolić, - Fakt, będziemy - powiedział wuj, - Ale tu nie ma żadnej organizacji - pomyślał Wi­ tek i powiedział to głośno. - To załóż, W pokojach Zarządu Dzielnicowego zawsze jest tłok i załatwia się masę spraw na raz, często w biegu. Jakaś

Strona 24

- 23 - grupa wyjeżdża do Rumunii na spotkanie niejakich organi­ zacji, rozd.je się proporczyki współzawodnictwa, które Biały byó stojące a aą do wtykania, ustala się skład na rozmowę a PKOI-em. Witek jut zorientowany w tym roz­ gardiaszu dostaje jakiś podpis od szefa organizacyjnego i sam przystawia sobie pieczątkę na biurku ciemnej dziew­ czyny, która akurat gada przez telefdn, wraca do organi­ zacyjnego, który też gada 1 gestem zatrzymuje Witka, że­ by, nie wychodził. Witek myśląc, że chodzi o podpisme pla­ mo, pokasuje mu jeszcze raz, już z pieczątką, ale tamten nie ehee,kiwa przecząco głową i słuchając widać potoku słów, które zna a tostojotrony, zakrywa ręką tubkę i mó­ wił - Marnujesz się na tych kortach, tak - wtrąca do słu­ chawki - tak, tak. - znów patrzy na Witka - po co ci to? Przyjdź do nas. - Tu? - pokazuje Witek gestem pokój, gmach, orga­ nizację. Tamten kiwa głową, pewno, że tu. '^padł dopiero te­ raz na ten pomysł, ale wydał mu się od razu świetny, już przekazał słuchawkę siedzącemu za biurkiem wąsaczowi i wyciągnął Witka na spokojniejszy, ale też ruchliwy ko­ rytarz. - Patrz - powiedział - załatwiłeś tym chłopakom, że grają, wpuściłeś zawodówkę na basen. Chcesz coś dla nich zrobić, nie? -Ho właśnie nie wiem... tak jakoś rai się zachoia- to... - Tym bardziej. Tu od razu możesz więcej. Dosta­ niesz maturzystów, albo studentów, możesz dostać najoięż—

Strona 25

- 24 , szych ze szpitala, narkomanów. Chcewy wyciągać takich chłopców, którzy gdzieś się zaczynają kręcić przy różnych nielegalnych... zakładałeś w szkole tajny rząd? - Zakładałem, w naturalnej. Rok mi przepadł. • Ja też, prawie wszyscy zakładali, ale teraz ba- wią się niebezpieczniej, bo od razu mają Ich na oku tamci, my też musimy. Możesz to dostać... Ile rzeczy i spraw załatwił organizacyjny, jak tak gadali pod oknem! Podpisał ze trzy pisma, umówił się z kilkoma chłopakami, coś kazał odpowiedzeń przez telefon i zamówił kawę u szatniarki. Nie wiadomo kiedy Sitek zapuścił sobie wąsik, ale was był wyraźny kiedy kręcił się po pustym, łódzkim mieszkaniu. Wyszedł ze swojego 1 bez pukania wszedł do dużego pokoju ciotki. Jiedsiała w okularach nad jakimś papierem. - Przeczytała ciocia? - Siadaj, pomogę ci. Witek usiadł i zaczęli głośno wypełniań formularz kandydata do organizacji. Kiedy doszli do stanu rodzin­ nego kandydata, ciotce nagle popłynęły łzy. - Tak się pusto zrobiło tutaj, kiedy odjechaliś­ cie.,. obaj... - Przecież ciocia nawet nie rozmawiała z ojcem. - Pusto... Ktoś zapukał, Jitek otworzył drzwi znanemu aktoro­ wi, temu samemu, którego żarty nie śmieszyły go specjal­ nie na korcie.

Strona 26

- 25 - - Pan obejmie tu w Loda i teatr - przedstawił g© Sitek. - Widziałem pana wczoraj w telewizji.,. pięknie pan grał. • Dziękuję bardzo - powiedział aktor, prsyswyo gajo­ ny do komplementów, ale zawsze uroczy w podziękowaniach. - To tutaj? - Tu oioola... a tam to sąsiednie drzwi. Wpuścił go do swojego mieszkania, ciotka ciągle trzy mała w rękach do połowy wypełniony formularz. - Sie wiem osy się do tego nadajesz, ale wiesz... Przycisnęła rękę, którą ją podtrzymywał 1 uśmiech­ nęła się. - Piękny punkt... i bardzo blisko teatru - powie­ dział w przelocie oglądania aktor. - ’fo jłaby ciocia do mnie przyjeżdżać, jak już się zamienimy. On rai daje dobrą kawalerkę za Żelazną Braną. - W kawalerce mieszka? * Mie, mieszkanie sobie zostawia. Ma taką kawaler­ kę na pracowni’’, esy coś. To mi daje. Mogłaby ciocia przy­ jeżdżać. - Już zostanę tu. Jak ktoś mieszka, będzie się ru­ szał, będę myślała, że to wy. My.tlałem też o tym, żeby zamian a mieszkania odby­ wała się dlatego, że ciotka nie czuje się już dobrze, że postarzała się i ^niedołężniała przez ten czas, przycup­ nęła nagle po stracie brata i trochę ze strachu, a trochę z tego, że zawsze radziła sobie sama, przenosi się do dorau starców. Mam jednak wrażenie, że wariant łagodniejszy jest lepszy. Zobscaymy.

Strona 27

- 26 * W hmgam na Okęciu 3O-letni mechanik skończył sprawdźcie silnika odrzutowego samolotu. Odszedł kilka kroków i dał znak do kabiny, że gotowa. Z kabiny wykonali manewr. Mechanik posłuchał efektu tego manewru, podniósł do góry kciuk, że w porządku. Z kabiny wylazł mechanik z zagranicznej obsługi samolotu. - ?c się nigdy nie myli, panie Buzek - powiedział po francusku. - Nigdy - powiedział Buzek. - Nienajlepiej się tyl­ ko ożeniłem. -Ja też - powiedział tamten. - To jeszcze trud­ niej. Ten Buzek przypomni nam się jeszcze kilka razy. Łatwo napisać "Buzek” i zwrócić rs niego uwagę. Powinien jeszcze wyglądać tak, że Kiedy się tylko pojawi, nigdy nie będziemy mieli żadnych wątpliwości - to on. Może bę­ dzie gruby, roześmiały? Powiedzmy. 0 świcie dziewczyna po cichu wyślizgnęła się z łóż­ ka. Ubrała się, poczuła na sobie wzrok Witka i już bez zwracania uwagi na to, żeby było cicho, jeszcze w bluzce przyniosła mleko asa drzwi. Postawiła na krzesełku przed łóżkiem. Podeszła do szarego okna i założyła bluzkę. Usiad­ ła obok łóżka. - Głupio, nie? - Cnemu? - spytał Witek, choć dobrze wiedział czemu. - Bo nic nie ozujesz. - Czemu myśmy nie poszli do łóżka jak mieliśmy po siedemnaście lat? - Pewno właśnie dlatego. Nie wiedziałeś jak to zro­ bić.

Strona 28

. . - . 27 - - Nie wiedziałem..• Roześmiała się. - Kretyńskie to powiedzenie, że miłość nie rdze­ wieje. • Kretyńskie. - Tak syć lałom. * dodatku takeśmy się rozlaźli. •* Przejechała mu palcem przez czoło i po garbie nosa, a kiedy che lał ją pocałować, kiedy palec a anioł nad usta* mi, jak to widać kiedyś robili, cofnęła rękę, wstała i zabrała kurtkę z wieszaka. • Czaszka! - zawołał ^itek. - Idę do moich - powiedziała Czaszka od drzwi. - A to nie są twoi. Witek oderwał się od grupy ludzi stojących przed szarym, niewielkim budynkiem. Milicyjny radiowóz palił światła. Podszedł do zamkniętych drzwi. • Wsuń legitymację - powiedział ktoś z wnętrza. Witek wsunął. Drzwi otworzyły się. Witek wszedł i stoją­ cy wewnątrz chłopak z długimi włosami natychmiast zatrzas­ nął wszystkie zasuwy. Kiwnął na Sitka. Przeszli przez portiernię, w której siedziało dwóch podobnych chłopaków i dziewczyna, przeszli przez korytarze, które przypomina­ ły czasem szpital, czasem szkołę, a czasem internat. W holu leżeli, siedzieli, łazili - kilkudziesięciu bardzo długo i bardzo krótko ostrzyżonych chłopaków i trochę słabo dbających o wygląd dziewcząt. Patrzyli za idącymi. Chłopak z krótką czupryną o dość mętnym spojrzeniu, sta* nąl w poprzek drogi. I

Strona 29

- 2B - • Z Warszawy - powiedział przewodnik. Tamten usunął się. 3 dużym pokoju - dyżurce? pokoju nauczycielafeta? pro* kanapy, atolu i krzeseł, szafy * jakimiś teczkami, teras rozwalonej 1 wyraźnie przeszukanej, krata odgradza­ ła jeden s narożników. Drzwi tej drugianej klatki były zamknięte, a w środku siedziało trzech młodych mężczyzn i jedna kobieta. Dwaj mężczyźni ubrani byli w lekarskie kitle. Przewodnik wpuścił Witka do pokoju 1 natychmiast wyszedł. Trzech, podobnych do tych z korytarza chłopców siedziało wokół stołu, na którym stało kilka kanistrów z benzyną. - Jeszcze masy dziesięć - powiedział jeden a chło­ paków od stołu. , - Wszystko się sfajozy w pięć minut. Witek nie wiedział jak się zachować. Podszedł do stołu, podał rękę chłopakom, powiedział kio i skąd jest. - Zadzwoń, że jesteś - powiedział ten od Minist­ rów, widoczny przywódca. Witek zadzwonił, powiedział co trzeba i dodał, że nic nie wie. Usiadł przy stole. - Jak w Ameryce - powiedział przywódca 1 roześ­ miał się. - Od kiedy objęliście tu patronat, dwóch chło­ paków i dziewczyna przerzucili się. - Jak to? - Ona się otruła, a ci dwaj - sznurem. Ostatni sie­ dział przez cztery dni w tej klatce. Wie chcemy, żeby nam ludzie wyskakiwali przez okno, przez to, że wara alę wydaja.

Strona 30

- 29 - te młodych najlepiej zrozumieją młodsi. Pozwolili przez kratę pogadać Nitkowi 3 dyrektorem ośrodka. Siedzieli Jut w klatce od rana - dwaj lekarce, terapeuta 1 wychowana. Beszta personelu no leki a. Bostawali Jeść. Prezentowali pogląd, te to co robią, robią dla dobra zamkniętych w ośrodku narkomanów. Narkomani zaś żądali, żeby loh ośrodek miał status szpitala, żeby mog­ li wychodzić popołudniami i w niedzielę, żeby cofnąć mło­ dzieżowy patronat 1 zatrudnić normalnych lekarzy 1 nauczy­ cieli. Przywódca otworzył kanister, oblał sobie rękę ben­ zyną 1 podpalił. Trzymał zapaloną przez kilkanaście se­ kund, potem spokojnie zgasił. - Wie boimy się - powiedział 1 znów zachichotał. - Jak w Ameryce! Sitek obolał porozmawiać ze wszystkimi, wyszli do holu. Otoczyli go ze wszystkich stron. Witek nie czuł sic bezpiecznie i kiedy zaczęli mówić dość chaotycznie 1 bezładnie, ktoś od okna krzyknął - 1 uclekll! Rzeczy­ wiście wida4 było czwórkę nied wnych więźniów uciekają­ cych przez podwórze, dziewczyna kulała, muslała skręcić nogę przy stoku a tego niewysokiego piętra. Kilku wbieg­ ło do dużego pokoju i wypadli, lejbo benzynę z kanist­ rów. - Nie lać! - krzyknął przywódca - mary jeszcze je­ go! Zamknęli Witka w drucianej klatce. Poczuł się właś­ ciwie dobrze i szlachetnie - jako zakładnik. Podali mu telefon i mógł zadzwonić, przekazując warunki. Byt zdanie, że należy się zgodzić, ponieważ, twierdził do telefonu.

Strona 31

. 30 - oni mają rację. Prsywódca wyrwa* aa słuchawkę i sapowi e- dslai, że czekają na wiadomości do 8 rano. Potem podpa­ lą. Przynieśli z piwnic miednice przelali tam benzynę, potem porozstawiali miednice po całym domu, bo przy tej próbie lania zobaczyli, te bensyna wyjątkowo długo wycie­ ka z kanistra. Przywódca wziął jedną z miednic i nagle chlusnął Witkowi na nogi. Witek aż skoczył do ściany. Tamten wyjął zapałkę i zapalił papierosa i powoli schy­ lił się. - Sie bój się to woda - powiedział gaszą© zapał­ kę w kałuży. - Tylko na próbę, jak się leje. W nocy ktoś zagrał na gitarze i poczęstował Sit­ ka skrętem z domieszką Marii Hi, ale nic nie noesuł. Da­ li mu drogiego, wróżenie było takie jak po dwóch setkach. Zadzwonił telefon i Sitek odrzucił propozycje, żeby u^yć siły. Tłumaczył, że nie można używa" siły przeciw racjom, pytali go esy się boi, powiedział, żo nie. Ale prawda by­ ła taka, że czuł się dobrze i dlatego bo się bał. - Jeźeliśay się pomylili - skończył rozipowę - trze­ ba się wycofać. Niedługo potem telefon zapowiedział zgodę na warun­ ki. Sitek musiał tylko wynegocjować, że na wyjście z ośrod­ ka wydawane będą przepustki, i że nie będą one automa­ tyczne. Nad ranem miało dotrzeć pismo. Ze wszystkich opad­ łe napięcie^ otworzyli drzwi klatki, ale Witek nie wycho­ dził. Choiał poczekać z nimi do rana. Buzek wrócił po południu i chodził po pokojach ma­ łego domku na przedmieściu. - Werka! Werka! - wołał. Wy­ szedł i ®dom zobaczył ojca kopiącego coś w ogródku.

Strona 32

- 31 - • Wie widział tata Warki? - Wyszła koło południa, nie widziałeś?. Buzek podszedł bliżej i zobaczy, ł wesołe eony o jo a. • Czego tata taki zadowolony? - Wracasz do Garwolina* - Czemu? • Zlikwidowali patronat, z powrotem aa by 5 szpital normalny. Powiesiło się dwóch chłopaków, dziewczyna wys­ koczyła oknem i zlikwidowali* Taka Maryna, opowiadałem oi, pamiętasz? Po tym incydencie s markomaąami i benzyną Sitek jeszcze mocniej uwierzył w sens dział nia, i to działam nia tam właśnie :dsle się znalazł. Hie był tak naiwny, żeby nie wiedzieć, że gdzieś po drodze dzieją się rzeczy niezbyt czyste, że główny tor działania organizacji nie zawsze zgodny jest s ideami, dla których ją powołano, ale często z satysfakcją zauważał, że coś zostało zrobio­ ne i stoi,że jakaś sprawa została załatwiona i ludziom jest lepiej* Se wszystkich działaniach czuł za sobą siłę aparatu i presję masy ludzi, których - wierzył w to głę­ boko - sprowadziły tutaj nie potańcówki i wczasy i nie ^perspektywa kariery lub tylko spokoju, właśnie wiara w sens działania dla poprawy i ku dobremu* Kiedy rozmawiał o tym z© Staszkiem lub z wujem - sportowym prezesem, wi­ dział w ich oczach uśmiech nad jego naiwnością właśnie i zapałce, ale też widział rodzący się szaconek* Staszek wprowadził go do Rady Głównej, a tam zakres jego możliwoś­ ci i kompetencji poprawił się znacznie. Bardzo możliwe, że

Strona 33

• 32 - zajął się organizacjami studenckimi w domach akademic­ kich. Kiedy lubelscy studenci w ramach chrześcijańskiej pomocy che leli opiekować się pensjonariusz mml domu nieu­ leczalnie chorych, napomnianych już zupełnie starców, gdzie permanentnie brakowało personelu, a władne nie bardzo ehoiały ich tam wpuszczać, Witek pojechał i załat- wił wejście, a potem zorganizował autobus, którym studen­ ci mogli dojeżdżać, do swoich pensjonariuszy, spowodował, że w domu tyra ustały kradzieże prowiantu, o który sta­ rzy i znledołężnlali pensjonariusze nie mogli się nawet dopominać. W czasie swojej tam obecności i wrażenia, które zrobił, udoło mu się doprowadzić do sytuacji, w któ­ rej kilku studentów wstąpiło do jego organizacji, widząc skuteczność poczynań. Kiedy wyjeżdżał, domem starców opie­ kowała się już Bada Wojewódzka, a podobne akcje propono­ wane w innych województwach, częste ze skutkiem. Do ludzi i idei studentów s Lublina Sitek dotarł przez Czaszkę, którą spotkał kiedyś w warszawskim aka­ demiku, gdzie na skutek niedogrzania przyszli inżyniero­ wie porobili miejscowe urządzenia elektryczne o takiej mocy, że po kilku dniach elektrownia wyłączyła prąd, a kiedy puścili gorącą wodę plastikowymi rurami, tworząc zamknięty obieg i doprowadzając do znośnej temperatury w pokojach, 1 wtedy wyłączono i® tę gorącą wodę, a studen­ ci odmówili chodzenia na wykłady - właśnie Czaszka patrzy­ ła na poczynania Witkę, ze złością, siedzą w stołówce, owinięta w kilka kocy, ale kiedy Witek sprowadził wła­ dze miejskie, kontrolę San-Epidu, kiedy na skutek tej

Strona 34

- 33 - działalności powyjmowano kryzy w kaloryferach i w pokojach przestała s aarsać woda, & oi s akademika znów zaczęli Chodzić na wykłady - Czaszka ni< patrzała już w ten spo­ sób. Kto wie, czy wszystko nie poszło tak.jak poszło właśnie dlatego, że Witek zobaczył jej wyzywające spoj­ rzenie, kiedy pierwszy raz znalazł sio w tej zimnej i ciemnej stołówce i zrozumiał w tym spojrzeniu, że są te­ ras w zupełnie innyeh miejscach, a on naprawdę wcale tak nie my ś lał, a na pewno tak nie obciął. Potem Czaszka wpro­ wadziła się do niego i okazało się, że te sześć lat od czasu ich przedostatniego widzenia w pierwszej klasie ma­ turalnej Witka 1 te kilka miesięcy kiedy widzieli się u niego w domu - to był dla nich czas stracony, a zazdrość o ten czas i o ludzi tam spotkanych, o te miłości i krót­ kie i przypadkowe była tak gwałtowna, że Sitek musiał zo­ baczyć tych wszystkich mężczyzn i chłopców, obgryzając paznokcie do gołej skóry karząc się u a każdego, który dotknął kiedyś Czaszki. Tak właśnie poznał brodacza z Lublina, który spędził kiedyś z Czaszką wakacje, a teraz próbował się opiekować niedołężnymi staruchami. Już po Lublinie Witek obejrzał transmisję z poby­ tu Papieża w Polsce i zrozumiał, jak bardzo mu jest blis­ kie to co mówił tan człowiek, wobec takich ilości ludzi, jak bardzo je:t to mądre i piękne i jak bardzo jest to nie jego, to mądre i piękne. Hoże być i tak, że ^itek poznał te słowa w innych okolicznościach. Na wycieczce do Włoch zorganizowanej przez swoją Rade, urwał eiP w śro­ dę po południu z oficjalnego programu, ze spotkań s włos-

Strona 35

- 34 - ką młodzieżą konaniaty ceną osy ze zwiedzania zabytków i picia włoskiej kawy w mały oh filiżankach 1 posłuchał tych słów na placu św. Piotra w tłumie Włochów* turystów 1 rodaków, a których starsza zakonnica saa srebrnych oku­ larów przetłumaczyła bu te słowa. To też byłoby możliwe, a myśl o potrzebie takich słów o bliskości i obcości by­ łaby taka sama - na placu św. Piotra i w domu przed tele- wisoresk Którejś niedzieli ojciec Buska wrócił a ręką na temblaku. Twierdził, że zwichnął rękę poślizgnąwszy się na wypastowanych schodach, ale wieczorem ^erka, ciemowłosa, trzydziestoletnia żona Buska, zobaczyła w łazien­ ce jak jego ojciec rozwinął bandaże i zmienił opatrunek na paskudnej ranie, którą długo przemywał wodą utlenioną, na tyle długo, że nerka zauważyła fioletowe ślady kilku dziur między dużym a wskazującym palcem. Powiedziała o tym Baskowi, powiedziała też, że ręka wyglądała tak, jak­ by ktoś wbił w nią widelec. Buzek wyskoczył*s łóżka, by­ li wtedy akurat w dobrych stosunkach i sypiali rasem i *?erka właśnie dlatego wybrała się w nocy do łazienki, po­ leciał do ojca, Werka poasła aa nim i z agresywnego tonu, jaki® Buzek koniecznie chciał się dowiedzieć kto to ojcu zrobił i ze spokoju z jakim ojciec odmawiał odpowiedzi, s podejrzeń Buzka, że mus lał to zrobić któryś z tych wącha­ czy Ixi i s upartego milczenia© jo a z próbą uspakającego uśmiechu, zorientowała się, że śle zrobiła, mówiąc Buz­ kowi o tej ręce wyglądającej jakby dopiero co ktoś wyjął z niej widelec.

Strona 36

Co by zrobił Witek, gdyby oho la 2, żeby to s#re i piękne, to oo usłyszał od mężczyzny w białej saka!, było osy mogło być bardziej jego? Boże na obóz wakacyjny dla słodyoh małżeństw, gdzie program przewidywał różne konkursy 1 wygrywanie pralek, a na finałowy® obosie - małego fiata, witek obolałby zaprosić kogoś, kto mówi podobnie nie odwołując się do tajemnicy i niepoznawalnej choć istniejącej spra­ wiedliwości, Z młodzieńcach lektur pozostał mu prof. Ko­ tarbiński i życiem godziwym, ale Staszek natychmiast uświadomił mu, że dziś Kotarbiński nie jest już w stanie propagować swoich idei, więc Witek przypomniał sobie z TT prof, Jankowskiego, który mówił o etyce i moralności i Witkowi we wspomnieniu zrywówało się to s hasłami 2 najwyższego ziemskiego tronu, Prof. Jankowski okazał się na obosie człowiekiem dużo ciekawszym i bardziej dotykali nym niż jego wspomnienie z TT i Witek był bardzo zadowo­ lony z przebiegu długo w nocy ciągnącej się dyskusji o sensie życia. Młode małżeństwa studenckie uwolnione na chwilę z przymusu doprowadzenia swoich domków do stanu idealnej czystości, okazały się wyjątkowo chłonne na podstawowe wartości głoszone przez profesora, wyjątkowo zagubione wśród codziennej bieganiny i bardzo gorzkie w konstatacji braku nadrzędnego celu tej krzątaniny. M czasie dyskusji energicznie 1 ze swadą zabierał głos trochę starszy od innych facet w okularach. Mówił jak trzeba, o podstawowych wartościach, o wspólnocie celów}, że wszyscy razem mpżesy, jeśli weźmiemy się za ręce, tro­ chę nawet sa gładko mu szło. Witkowi wydawało się, że

Strona 37

5? - 36 - zna faceta, Kiedy tamten powiedział* że nawet kiedy wielu jest przeciw nam* rausimy wytrwać i że wierność jest tak ważna w życiu każdego człowieka - tfitek jrzy potaniał sobie. To był ten dyrektor ośrodka dla młodych narkomanów, którego Witek widział ras tylko aa białą siatką w pokoju niby nauczycielskim. * 3tary, wdzięczny cl je ;tan - powiedział były dy­ rektor, kiedy potem Witek się przypomniał - wyjeżdżam na kontrakt do Arabów, Gdyby nie ty, tkwiłbyś do dziś w G rwolinie. Witek nie mógł pogodnie jego działalności w ośrodku z tyra oo dziś mówił, wsz stko to rasem nie pasowało »u- pełnie do kontraktu nagraniesnego, Wyrosił więc wątpliwoś­ ci. - Jest takie powiedsenie - powiedział tamten - osy ornitolog musi umieć fruwać? Buzek odwiedził ojca w szpitalu. Ręka nie goiła się dobrze, ojciec zaniedbał widać ranę. Buzek był czło­ wiekiem honoru i kochał ojca, Kiedy podeszli do okna po­ wiedział: - Wieś, kto ci to zrobił, tato. - Skąd? - Wiem. - Gdzie jest Serka? - spytał ojciec, bo wiedział, że przy Werce jego syn jeat spokojniejszy. - Znów pojechała do Łodzi. Mata dzisiaj po nią wyjść - powiedział Buzek i jeszcze bardziej naciął się w sobie.

Strona 38

- 37 - Teki mógłby być los Witka Długosza, gdyby udał© nu się dopędzić pociąg odjeżdżający s Łodzi do Warszawy. By4 może, mogło potoczyć się to trochę innymi dr©gasi, ale kiedy wskoczył • kierunek był właśnie taki* By<5 no­ że powinien kiedyś przypadkiem, w przelocie .spotkać Bos­ ka. Może nie powinien sejmować się studentami tylko rol­ nikami, albo chłopcami se szkół budowlanych. Możliwe, że zacząłby nie na kortach tenisowych tylko w instytucie dla głuchoniemych, bo przecież brat jego matki nie mu- siał być woale prezesem klubu sportowego, ale doszedłby i tak tam, gdzie doszedł. Mierzyłby, że organizacja może coś zrobić, może pomóc, jest najpraktyczniejszym sposo­ bem redizaoji. Ale gdyby nie wskoczył? Gdyby znajomy lOK-ista wypił tamtego dnia szybciej swoją popołudniową herbatę i prędzej znalazł się na pero­ nie, a widząc pędzącego z niewygodną torbą studenta, * poszanowania obowiązku, dla dobra biegnącego, chwycił Wit­ ka w rozwarte nagle raniona? Witek dyszałby wściekłością, SOK-ista poznałby w ni® chłopaka, którego oświetlił nie­ dawno na tys samy* peronie i powiedziałby: - Lał pan tu kilka dni temu, a teraz pan obce w biegu wskakiwać. Powiedzmy, że tak się stało. Stali teraz na pero­ nie, Witek jeszcze raz wyrwał się SOK-iście, ale ten po­ gonił za nim z wrzaskiem i złapał go, zmoczonego poprzed­ nim biegiem, może nawet przy pomocy przechodniów na końcu

Strona 39

- 38 - peronu, kitek tak długo szarpał ale 1 taiotał, Jut blaty a wściekłości 1 nie pamiętajmy o niczym, aż radiowóz wezwany prosa kolegów SOK-lsty zlikwidował całą sprawę. Ha kolegium Sitek nie okawal skruchy. Jak wtedy w nauczycielem, tak 1 teras nie bardzo mógł wykrztusić logiczną obronę. Mówił o śmierci o Jo a 1 pilnym nyjeódzle do Warszawy, siniało arobió to jakieś wrażenie, te kara nie była nbyt wysoka. Tydzień prac publicznych lub trzy tysiące słotyoh grzywny. Sitek wybrał pracę, ale czul alę ukarany niesłusznie, niesprawiedliwie 1 nie mógł po­ lubić Żarzących. wśród pracujących z wyroku kolegiaci był chłopak,który udostępnił swoje mieszkanie wykładow­ cy w Warszawy, który nie wykładał już na normalnym uni­ wersytecie, znajdował natomiast chętnych słuchaczy w róż­ nych miastach Polski, Wykłady ciągnęły się długo w nocy, przychodziło na to wielu ludzi, i sąsiadzi uważali, że zakłóca się możliwość zagwarantowanego odpoczynku, sśród ludzi skierowanych przez kolegium do prac porządkowych zs pijaństwo inorne wrzaski cl dwaj chłopcy wyróżniali sle wyraźnie, nic dziwnego, że polubili się wkrótce. Kiedy skończył sir zadany tydzień Sitek znał już w Łodzi •wielu ludzi a kręgów Marka. J tym czasie łódź szykowała się na przyjęcie jed­ nego z popularniejszych w Polsce ludzi, Anglika Harri­ sa. Marek zaproponował Witkowi pracę w społeczny® komi­ tecie, który zajmował się organ znoją togo przyjadzu. Harris przyjmował do 1 rażenia 5 .tysięcy ludzi dziennie, olał by przez trzy dni 1 te 15 tysięcy ludzi trzeba by-

Strona 40

- 39 • ło wyselekcjonować a kilkakrotnie większej liczby chęt­ nych, a potem niesłychanie sprawnie doprowadzić de Wiel­ kiego Lekarza. Ha każdego paojenta Harris miał tylko kil­ ka sekund. Organizacja, zupełnie społeczna 1 spontanicz­ na rozwinęła się wobec tych potrzeb niezwykle starannie. Istniały poszczególne kręgi wtajemniczenia, przepustki, kandydaci na pacjentów zobowiązani byli do przedstawie­ nia zaświadczeń la kara kich, każdy z chorych miał wyznaczo­ ną precyzyjnie godzinę przyjęcia, przy czym harmonogram obejmował ludzi dowożonych ze szpitala karetkami pogoto­ wia i tych przynoszonych na noszach. Sitek napatrzył się tutaj tylu na raz dramatów ludzkich, zobaczył tylu pot­ rzebujących pomocy i nadziel, że bez opamiętania rzucił się de tej roboty. Jako człowiek pracujący w sztabie uzyskał dwa numerki wstępu,nie bardzo wiedział co z nimi zrobić. Ciotka, w myśl zasad zdecydowanie odmówiła lecze­ nia, które uważała za szarlatanerię i w końcu Sitek oba n merki dał spokojnej, czterdziestoletniej Krystynie, która lecząc ludzi na co dzień, mogła z nich zrobić naj­ lepszy użytek. Kiedy Harris wyjechał, Witek odczuł pustkę. Zgło­ sił się do pośrednictwa pracy, zaproponowano mu pracę sanitariusza, dając do zrozumienia, że po swoich prawie czterech latachmedycyny będzie mógł wykonywać 1 funkcje poważniejsze, a braku deówiud dostatecznej liczby perso­ nelu medycznego, ale Sitek absolutnie ale chciał wracać do tego, od czego niedawno uoiekł, a w oo dawno nie wie­ rzył* Zgodził sic na pracę w drukami. Ludzie od Harri­ sa też musleli odczuć pustkę, ho któregoś dnia Marek

Strona 41

- 40 - ■ kolega przynieśli do Jego donn dużą p oskę. Zawiera­ ło ona książki, które Biały przeleżeć kilkę dni i potan we trzech mieli je rozwieść po kraju. Witek wykorzystał na to wolne sobotę i zawiózł książki do Sanoka. Książki odebrał ohłopak o wyglądzie hippisa, który od kilku Już lat Hieaskał 1 pracował w Bi en oaz agach. Witek przesie­ dział tan całą niedzielę, zobaczył Jak -yją el ludzie, którzy kilka lat temu opuścili elasta i zakładając nie­ duże hodowle owiec, pracując jato drwale 1 mieszkając z daleka od najbliższych osiedli szukali dla siebie spo­ sobu. Pogadali trochę i sitek szybko zro-ualał, że to ee robią Jest tylko dla nich 1 mimo dość niezwykłej urody takiego życia i szacunku dla ich ciężkiej pracy, nazwala­ ny na dłuższą wizyt'-, odjechał nocnym poclągien. U lodzi coraz częś lej olał wrażenie, że książki, które rozwozi, są oczekiwane. To oprawiało nu satysfakcję. Ponieważ pracował w drukarni powstał projekt, żeby zatrud­ nić go przy druku.tych książek 1 zaczął przy takim druku pracować. Poznał toa syna swojego dziobata, który już nie był jego dziekanem, bo Sitek po roku nie wrócił na Aka­ demię. Lubił jednak dziekana 1 niechętnie słuchał słów buntu, których nie szczędził hu syn. Hie był tak rygorys­ tyczny i kiedy drukarnię nagłe zlikwidowano, zobaczył, że w żaden sposób nie może dowiedzieć się, gdzie jest inna, bo choiał przecież dla niej pracować i zauważył, że na spotkaniach gdzie śpiewano piosenki przy gitarze i czytano wiersze, corsa śmiej ludzi Jesz nu przychylnych i chętnych.

Strona 42

^2 - 41 - Na jednym 3 takich wieczorów zobaczy2 ciemnego chłopaka w swoim wieku. Kiedy tamten w tłoku przeszedł obok niego, Witek po cichu powiedział* ćDaniel... Chłopak zatrzymał sio, nie mógł poznać, ale to był Daniel* Witek przypomnij mu kolonio letnie, Czerwonkę i młodą wychowawczynię, na twarzy Daniela otyłe to wszystko, okazało się, te nie mają tu wielu znajomych i wyssli, jak nakazywał zwyczaj, po kolei, najpierw Witek, poczekał na rogu i zobaczył koło siebie daniela z trzydziestoletnią dziewczyną, - Moja siostra - posiedział Daniel. - Serka - powiedziała dziewczyna. • Witek - powiedział Witek. Daniel przyjechał na pogrzeb ich matki, rozwiedzio­ nej z ojcem przed wielu laty, która umarła teraz cicho w swoim małym mieszkaniu w odległej dzielnicy Łodzi i są­ siadzi znaleźli j# dopiero po kilku dniach, kiedy pod drzwiami stały jut cztery butelki pełne kwaśnego mleka. Werkę już znamy. To ona powiedziała Buzkowi, te rana oj­ ca, którą przed chwilą widniała w łazience, wygląda jak po wyjęciu z dłoni widelca. Poszli do Witka i do rana Daniel opowiadał o swojej Danii. Miał tara wszystko, ojciec budował autostrady, ale obaj, a szczególnie on, Daniel nie mogli, uwolnić się od dojmującej tęsknoty 1 poczucia, te są za daleko. Mówił jak brzmi po duńsku "kawa" i "mleko", jak mówi się "przy­ jechałem do Łodzi tydzień temu na pogrzeb matki, a jutro muszę wyjechać i nie wiem kiedy wrócę", a nad ranem z as-

Strona 43

- 42 - nell na wspólnym tapczanie. Jut o świcie Witka obadali olchy płacz, to Daniel s głową wtuloną w ramie swojej siostry płakał przez sen, a noto Ba jawie. Bano Witek odprowadził Ich na dworzec. Kiedy Daniel kupował bilety, spytał Jerkll - Przyjedziesz do Łodzi? - Sa miesiąc. Równo na nieśląc. - Obolałbym alf spotkać jakoś... Daniel wrócił z bile tani. Dopiero a okna pociągu Worka wychyliła ale chwilę wcześniej od brata 1 powie­ dział at - Poszukaj unie. W czasie tego mieniąca od Witka znów przyniesiono książki. - Myślelisny, te miałeś udział we wpadce tamtej drukarni - powiedział nu Marek - cle teraz wiemy, te chy­ ba nie. Witka ogromnie zabolałe to podejrzenie, rozniósł kaletki, ale nio bardzo mógł nip przemóc do dalszych kon­ taktów i kiedy spytano go, czy obolałby pracować znów w drukarni, powiedział, te nie. Buzek Jak zwykle dostał od francuskiej załogi kil­ ka pocztowych znaczków. Był chyba-najlepszym mechanikiem na Okęciu 1 wszystkie załogi i krajowe 1 obce, ohclały utrzymać z nim dobry kontakt. Budził z utaiła zwołał gru­ bymi łapami i uśmiechem z nad wąeów. Witek odnalazł Derko, kiedy przyjechała po miesią­ cu. Poszli na "Dziady" 1 po wyjściu długo nie odzywali się do siebie. Potem Serka powiedziała, to mają wspaniałą historie.

Strona 44

- 43 - - Kto? - spytał Witek. • Wy, wy wszyscy. Spytała ozy dziadek Witka też walczył. W powat a- Blach walczyli dwaj jego pradziadkowie i Witek poślednia! jej o tyra. Powiedział też o ojcu, który w czasie wojny bił się pod generałem Kutrzebą, a potem w kieleokioh la* a ech, tak się złożyło. - Mój pradziadek zbudował fabrykę, tu w Łodzi - powiedziała ?erka. - A dziadkowie zginęli na Majdanku. Byłaś tm na rocznicę. Przewodniczka mówiła, ż© włosy ludni stamtąd wysyłano do Rzeszy i tan robili s nich różne rzeczy. Ha przykład skarpety dla załóg łodzi podwodnych. Tyle o nieb wiem. I nie mogę się przejąć Konradem. Witek pocałował je. Potem zatrzymał si?. - «estośay niedaleko dorm - powiedział. - Za godzinę masz pociąg. Chcesn żebym cię odpro- wadził, osy chceas poczeka4 u mnie? - Kie amaę ćkiś jechać. Pójdę do ciebie - powie* działa Aerka spokojnie. Została w łodzi kilka dni. Znów miał przyjechać (arris i ?itek zn-alażl się w kręgu orga­ nizatorów jego pobytu. Tym ranem miał być tylko jeden dzień, a chętnych było kilka rasy tyle, co za poprzednia razom, sitek znów zaszedł do ciotki z propozycją wejś­ ciowej kartki, ciotka znów odmówiła, ale kiedy wychodził przytrzymała go za ramię. - To Żydówka? - spytała, pokazując w stronę jego mieszkania.

Strona 45

44 - • • Tak - powiedział Witek* - Jielu było wielkich komunistów. * Wlew, ciocia. Werka wyjechała, kiedy zaczął ale prawdziwy ruch. Ha dworcu w Warszawie czekał na nią Buzek, Miał dziwny wy ras twardy, błyszczały mu oczy i właściwie nie zwracał uwagi na Werkę. Powiedział, że czeka już trzeci dzień, ale czuło się,że nie jest to dla niego takie waż­ ne. - Przecież dzwoniłaś - powiedziała Worka. Buzek nie odpowiedział, dopiero kiedy stanęli w ko­ lejce do taksówek zbliżył do niej twarz. - Siew kto to zrobił ojcu... Rękę pooharatał. - I co zrobiłeś? - Ukażę go i to mocno. Roześmiał się. Warka popatrzyła na ten śmiech. - Ja nie załatwiłam nic z mieszkaniem matki - po­ wiedziała. -A co? - Zdradziłaś: eię. Podjechała taksówka. Buzek wepchnął Warkę. - Jedź do dogu - powiedział - i czekaj. Zatrzasnął drzwi. Taksówka odjechała i zaraz była następna. - Do Garwolina - powiedział do kierowcy. Tak by wyglądał los Witka, gdyby SOK-ista wcześ­ niej wypił herbatę t ratego popołudnia przed kilkoma la­ ty. Może bardziej związałby się z ludźmi drukującymi książ­ ki 1 biuletyny, noże śmiej. Może zbierałby pieniądze od

Strona 46

- 45 * wskazanych, pewnych ludzi i skrupulatnie przeliczone oddawałby organizatorom zbiórek, może uczestniczyłby w manifestacyjnych sanach i a podniesionym czołem wy­ chodził s kościołów w przekonaniu, że robi coś ważnego dla połączenia się ludsi w dążeniu do lepszego świata. Ale możliwe, że zrobiłby tylko to, o czym wiewy s tych kilku stron maszynopisu, tylko tyle. Ale gdyby w tamto popołudnie pociąg odjechał o 15 sekund wcześniej, a JOK-ista saitrężył chwilę przy popołudniowej herbacie? Wtedy goniąc pociąg 1 będąc o kilka kroków od poręczy ostatniej wagonu, biegłby długi czas stale w tej samej odległości, a potem poręcz oddali­ łaby się i Witek powoli wytraciłby ssybkośó, aż by stanął. Tak też mogło być i dla potrzeb ostatniego opowiadania o Witku załóżmy, że tak się właśnie stało. Wrócił, wysypawszy się, wlokąc niewygodną torbę. Przy wyjściu do miasta czekała Olga. Witek nie spoedsie­ wał się jej,postawił torbę, blady teraz po wysiłku. - Skąd się wzięłaś? - spytał. - Wzięłam się. Podniosła jego torbę i wzięła go pod rękę. Następnego dnia już ubrana, spytała go jeszcze leżą* oego w łóżku: - Pojedziess do Warszawy? - Dziś nie. - A w ogóle? - Wie wiem. Przyniosła zakupy, ugotowała zupę i nie zwraca­ ła uwagi na to, że Witek nic właściwie nie robi. Potem sa* I

Strona 47

ig - u nosiła sap? ciotce, a Jeszcze później siatka przycho­ dziła do nich na obiad. W trzy miesiące później walę 11 4lab, a rok później Sitak wrócił aa Akadenlę i kiedy kocony! medycynę, a Ola pracowała Jat w szpitalu Krysty­ ny, mógł wieczorom położyć rek? na Jej brzuchu, żeby po- ceać, Jak rusza się dziecko. Potem nanosi pracowni w pogo­ towiu, Ola bes maelernyósklego urlopu prasowała dalej, ciotka siedsiała przy dziecku, znów energiczna i potrzeb­ na. Kilka razy udało nu się uratować życie człowiekowi, leżało to niby w zakresie Jego obowiązków, ale czuł się szczęśliwy przez kilka następnych tygodni. Został też na Akademii Jako asystent, dziekan pokiwał głową wręczając ®u kontrakt. Je 'dzlł razem ze studentami na białe niedzie­ le, lecząc ludzi w podłódzkloh wsiach sadarao, z wielką przyjemnością, Ola, Jeśli mogła, Jeździła z nimi. Kiedy przyjechał do lodzi Harris, wysłali tam swoich pacjentów. Jeśli ktoś obolał, ale wieczora* Witek parodiował wielkie­ go Lekarza, trzymając ręce nad głową Oli z zamkniętymi oczy­ ma, ale Olę nadal bolała głowa, wlęo osiował Ją delikat­ nie i wtedy przestawała. Olga no roku wyjeżdżała do Kijo­ wa ze swoimi rodzicami, była Jak na studiach spokojna i Jak na studiach niezwykle oddana 1 zaborcza w nocy. Sitkowi udało się uratować dziewczynę z akademika, kiedy akademik otoczył tłum gotowych na wszystko.bab, bo w bramie znaleziono o świcie martwe niemowlę, a Witek zaś- niedosyt, że żadna z mieszkanek tego niedużego, leżącego na peryferiach lodzi domu studenta nie urodziła w ostat­ nim czasie dziecka - on Jeden zdecydował się w pogotowiu pojechać do tego akademika. Potem, klęły baby się rozesz­ ły, wrócił tam i powiedział tej dziewczynie, że powinna

Strona 48

- 4T - zgłosić się na milicje i nie sprawdzał nawet efektu, bo był pewien, że ona zgłosi ai? tam natychmiast. Kiedy Olga urodziła drugie dziecko, pracował już w szpitalu, biorąc tylko dyżury w pogotowiu, nie dla pie­ niędzy, ale z nawyku, z potrzeby wykonywania teg© zawodu przez cały czas. Na Akademii doktoryzował się i specjali­ zował w kardiologii i osiągał świetne wyniki pedagogicz­ ne. Był w grupie lokarny, który® dane było obejrzeć ope­ racje profesora Barnarda, brata słynnego chirurga z Kap­ sztadu, pacjenci widzieli już, że nie przyjmuje koniaków i w ich domu nawet w zimie pełno było kwiatów. Kiedy zor­ ganizowano kilkutygodniowy wyjazd młodych pr cewników nau­ kowych do mediolańskiego szpitala, Witek znalazł się w tej grupie jako jedyny lekarz s Łodzi. Kilka dni przed wyjazdem poszli do teatru na "Dziady”. Witek zobaczył taa ciemną dziewczynę, kogoś au przypominała, przyjrzał jej się uważnie, ona też na niego spojrzała i na ty® się skończyło. Bilet lotniczy odebrał w Wydziale Zdrowia, Olga siała dyżur tego dnia, więc odprowadziła go ze starszym synem tylko na dworzec, nie mogła jechać do War­ szawy. Witek wychylił się przez okno. - Zdążyłeś? - spytała Olga. - Zdążyłem. Pocałował syna i żonę nim pociąg ruszył. Wychylił się w tym celu mocno przez okno. Załoga zagranicznego samolotu nie mogła znaleźć przy sprawdzanym silniku swojego ulubionego mechanika.

Strona 49

- 48 - - Gdzie Buzek? - spytał jeden s pilotów młodego specjalistę w kombinezonie. -Nie przyszedł - odpowiedział tamtenm - Coś się musiało stać, dzwonili z milicji. - Ale co? - Nie wiem - odkrzyknął mechaniki pilot wsiadł do samolotu, spróbował, mechanik podniósł kciuk w górę. Witek przed swoim pierwszym międzynarodowym lotem wypił kieliszek koniaku z kolegami z innych uczelni medycznych. Wysypali się z autobusu i Witek poprawną franoazesyzną dowiedział się od stewardessy jak długo potrwa lot. Uśmiechnęła się do niego. Samolot wystartował i kiedy znikał w niskich chmu­ rach rozbłysł nagle wielkim, nienaturalnym błyskiem. Dopiero po kilku sekundach rozległ się silny huk, a w jeszcze kilka sekund potem kawały żelaza opadły wirując w powietrzu przed filmującą to wydarzenie kamerą. Sitek na zebraniu organizacji młodzieżowej nalewał sobie z butelki wody sodowej i nagle zamarł w pół ruchu. Witek, regulując wielką kolejką do Harrisa przed kościołem, przerwał równie nagle pracę i zapatrzył się przed siebie. 1

1 / 49