ATKK-PRZ-I-018

Opis

Maszynopis z nowelą do filmu Krzysztofa Kieślowskiego "Przypadek" (1981). Scenariusz napisał Krzysztof Kieślowski. Zdjęcia do tego filmu zrealizował Krzysztof Pakulski. Film został wyprodukowany przez Zespół Filmowy Tor. Dokument nosi tytuł "Przypadek - nowela filmu fabularnego" i w formie rozbudowanego opowiadania przedstawia biografię głównego bohatera, Witka Długosza, od narodzin w Poznaniu w 1956 roku, przez dzieciństwo, szkolne bunty, młodzieńcze doświadczenia religijne i seksualne, relacje z ojcem i ciotką, studia medyczne, aż po trzy możliwe warianty jego dalszych losów, zależne od "przypadku" - tego, czy zdąży na pociąg do Warszawy. W tekście pojawiają się liczne postaci znane z filmu oraz rozwinięte wątki polityczne, religijne i obyczajowe, które stały się podstawą filmowej konstrukcji trzech równoległych biografii bohatera. Maszynopis ma charakter roboczej, wielokrotnie poprawianej wersji noweli - zawiera skreślenia, dopiski, warianty dialogów i opisów sytuacji, co świadczy o intensywnej pracy autora nad literackim ujęciem materiału wyjściowego do scenariusza filmu. Dokument zawiera odręczne poprawki i notatki autora.

Rodzaj dokumentacji
A - dokumentacja aktowa
Kategoria
Film fabularny
Nazwa serii
Przypadek
Technika
maszynopis
Język
polski
Reżyseria
Krzysztof Kieślowski

Strona 1

Kieślowski Przypadek nowela filmu fabularnego. Co wiemy o Witku Długoszu i co może nam się z tego przydać? Może jako wspomnienie, retrospekcja, a może tylko jako to co kształtuje człowieka, czego ślady zostają i x®xixiyxt«żxwxWiikH do końca są powodem zachowań, poglądów, albo co w którymś momencie życia trzeba zmienić gwałtownie odnajdując siebie, albo odwrotnie, gubiąc bez powrotu^Poznamy^go ^rp®^ ^W*5 kiedy będzie miał 24 lata, a każda chwila tych lat, czy tego chciał czy nie coś tam z nim w środku robiła. Xw±MxxEzaxxż® Przeżył o-^as^^e dużo dni zwykłych^ i uczuć banalnych, ale przecież nawet od tego czy strzeliło się bramkę w szkolnym meczu może dużo zależeć w życiu człowieka^ a Witek nie strzelił^^W^*^ głupiego powoduj ^ bram­ karz przeciwników był jego kolegą z ulicy i kiedy Witek pierwszy raz przg- mował Komunię ten kolega był ministrantem, później oczywiście uczucie wzniosłości jakiego doznał pamiętało mu się z twarzą tego koleżki spokoj­ nie wpatrzoną w księdza i tak odległą, że teraz, rozpędzony, z piłką u nogi mógł tylko lekko kopnąć - prosto w ręce ministranta sprzed lato Z4k6im^ y Ig Ale nrz0#ivieivto były też wydarzenia, które zdążyły się tylko jemu i chyba nie były banalne, ®oxwxońzlłxEięxwxpaździ®Enlknw§6xr®kMvwvWz;nsriK albo były banalne ale dzTwnfe)£^Bo urodził się w październiku'5b roku Wft<l w Poznaniu - i może byłoby banalne, żęte# jego Ojciec, inżynier u Cegiel­ skiego zginął w tym zamęcie, ale ojciec tylko nie przyszedł naw noc, a matka z ogromnym brzuchem poczuła bóle na dwa tygodnie przed terminem, z trudem, wśród strzelaniny i czołgów dowlokła się do szpitala i tam w ogromnym rozgardiaszu urodziła na korytarzu dwóch chłopcówyzanim ktokol­ wiek zdążył ją zauważyć-^ umarła, a brat Witka, Jan zmarł w dwa tygodnie później, mimo, że lekarze i pielęgniarki pracujący przy rannych i umierają cych zrobili, jak to się precyzyjnie określa - wszystko, bo takie chwile dodają ludziom sił i bardzo jednoczą ich w wysiłkach. Ojciec Witka znalazł ich następnego dnia i łącząc obowiązki strajkowego działacza z bólem człowieka, któremu umarła żona i trzeba był© ją pochować, z radością mę2-

Strona 2

2, czyznyy - a o^ąj-eic-AW^tka miał już prawie 40 lat i pięć nieudanych prób dziecka za sobą - któremu urodziło się dwóch synów-i niepokojem o zdrowie młodszego - widział przecież tych ludzi w niezmienianych od tygodnia kit­ lach jak próbowali i chcieli utrzymać przy życiu niedonoszonego, na kory­ tarzu urodzonego bliźniaka i jak im się to nie udało. To był je^ pierwszy kontaktYz lekarzami i szpitlalem, taki właśnie mostał mu w głowie ob­ raz i nic dziwnego, że później, pełen kompleksu tamtej nocy, kiedy nie przyszedł opętany polityką i wiarą, przez całe życie dążył do tego, żeby Witek został lekarzem. Wiara mu się gdzieś rozwiała, polityka sama wymknę­ ła ^ się z rąk, nie chciał jej zresztą zatrzymywać i została pewność, że pomóc człowiekowi można wtedy, kiedy cierpi, kiedy go boli i to kiedy ^£0MIŁtó HM ( j£ boli cialTóTlfS^^2^ TH U. flUC .J był małomówny i nie opowiadał Witkowi nigdy szczegółów tamtej nocy i tamtych dni, ale Witek im był starszy tym bardziej był pewny, że wszystko to widział i że wszystko to pamięta, mimo , żeprzecież nie mógł tego ani widzieć, ani tym bardziej pamiętać. Ale xk skąd w takim razie tak dokładne obrazy kobiecej nogi w podartej pończo­ sze, potrącanej przez ciągniętego pH^pKzstahwbKhsłKStzi po podłodze czło­ wieka, zostawiającego smugę krwi na podłodze, skąd równie dokładny widok owijanego w prześcieradło dziecka wyjętego z sąsiedniego kojca, i to wszystko tkwiące gdzieś głęboko w głowie, nigdy nie wypowiedzine? Próbowła kiedyś, właśnie w chwili wzniosłości, z poczuciem absolutnej czyj stości zasypaijąc po Komunii powiedzieć to ojcu,a le nie potrafił chyba, siedmioletni dopiero-znalefć właściwych słów, bo ojciec popatrzył tylko ostrzej dziwnie przeciągle i powiedział : - śpij synku - trochę ibfcgeslssbeź niż -n ieprąyj emnyj zwykle, a potem kiedy już spał poczuł papierosowy^TJddech ojca i pocałunkk 1 już nad ranem, wstając jak zwykle żeby się wysikać zobaczył ojca śpią­ cego przy zapalonym świetle. 0 matce nie rozmawiali prawie nigdy, Witek wiedział tylko tyle, że ojciec poznał ją ucząc francuskiego przy końcu lat czterdziestych, że była młodszą od ojca o 15 lat, na jakimś zdjęciu zobaczył, że nie była ładna a kiedyś odrabiając lekcje zobaczył, że ojciec wpatruje się pisanej przez niego ósemce w równańiu 19 - 8 - n , , . ii, Witek do dnia pisał ósemkę x±x łączą0 ze sobą dM odrębn# k.łeozka> może ±

Strona 3

dlatego, że wtedy ojciec powiedział: - Dobrze...jedenaście....Matka też tak pisała ósemkis - a może pisał by i tak, nawet gdyby ojciec tego nie powiedział. A le powiedział. Jeszcze kiedyś, chyba przy czetrnastych urojuż dżinach, kiedy postanowinone było, że Witek będzie lekarzem, ojciec zapro­ sił go na urodzinowy obiad do restauracji i kiedy jedli obiad, bez żadne­ go związku powiedział, że matka jedząc lody zawsze mieszała je z kawą, bo uważała, że gorące dobrze je się z zimnym, a białe z czarnym. Na deser jedli sernik, który Witek lubił, w^ wt* fi*viit<A (Uczył się dobrze, piątki, które dostawał rozpierały go do momentu, który chyba poczuł od razu a zauważył gdzieś w czwartej klasie - ojciec nie lub bił tych stopni. To znaczy cieszył się, poklepywał go, za dobre świadectwa kupował mu rower albo narty, ale wł^świwi:® za każdym razem przez chwilę chłódł, ciągle uśmiechnięty i żartujący. Gdzieś w siódmej klasie pobił się ze starszym kolegą, który miał rację zarzucając Witkowi, że specjalnie nie strzelił bramki w tamtym szkolnym meczu, bo - tu już nie miał racji v no u itr sic ? ftgłyłiwM-O^r . ■-nie eh lał "ośmieszyć kałg b ramkar za-, a Witek bił się rzadko i niezbyt dobret rze, ale do białości i tak jak walił tego starszego, tak samo mocno i z takim samym zapomnieniem uderzył kilka razy interweniującego nauczyciela, aż rozciął mu wargę, doczekał się oblżonej oceny ze sprawowania i potem już do końca roku nie mógł odpowiadać na pytania tego nauczyciela, mate­ matyka i fizyka, a to zamnknięcie przeniosło mu się także ns^^onęnau^zy-Xi^M»> która uczyła historii - umiał i wiedział dokładnie co Odpowiadać, ale nie mógł wykrztusić z siebie poprawnych zdań, tylko bąkał wzory i daty bez kontekstu, nieułożone - więc świadectwo przy końcu roku było pełne trójek i upewnił się dokładnie, czekając na to upewnienie, że ojciec ucie­ szył z tej obniżki szkolnych lotów. Nie kupił mu wprawdzie nic, był srogi i kiwał głową nad świadectwem, ale Witek widział, że go ucieszyło. Potem, na rok przed śmiercią ojciec powiedział mu, że nie znosi prymusów, także w życiu, że sam w szkole uczył się świetnie i za każdym razem po przynosanych ze szkoły znakomitych opiniach i nagrodach czuł, jak jego ojciec - czyli twój dziadek - dodał, oddalał się od niego odrobinę. Powiedział mu to i wiele innych rzeczy w łódzkim szpitalu, w nocy, już długo po dozwolo­ nych godzinach odwiedzin, w zadymionym pokoju telewizyjnym. Witek mógł

Strona 4

4. zostawać w tym szpitalu, w którym zresztą ojciec potem umarł dłużej, bo ojciec Miska przyjaźnił się blisko ze spokojną, czetrdziestoletnią lekarką. Kiedyś, między pobytami/w szpitalu, a Witek był już studentem pier­ wszego roku Akademii Medycznej i odwołano za^ęsia nagle zajęcia, więc wrócił koło dziesiątej do domu - zastał ich w Miwaffi kaaiyaj^as^ sjckaaa ®3± banalnej, ale właśnie niebanalenj sytuacji, bo lekarka stała oparta WiSM^ o stół, miała bj podniesioną spódnicę i opuszczone ^^^fc^, a ojcie w pi­ żamie klęczał przed nią, z głową wtuloną między uda, nic nie słyszący. Lekarka miała mętne, przymknięte oczy, które nagle oprzytomniały i bez żadnego ruchu ciała pokazały Witkowi, żeby wyszedł. Oczywiście, nigdy o J tym nie rozmwaiali, < Witek nie miał z tego powodu żadnego kompleksu, ani uczucia wrogości, po prostu wrócił do kolegów, do ® ”obywatelskiej”, gdzie pili, dalej piwo. J2Jt!2jL^m4rc^' te. mw o^t^w. wife . &ęoup i*j°hfifcof^'rvHĄt TTedy miał Ig lat pierwszy raz zobaczył i poznał to, co księża w* jego koś­ ciele nazywali grzechem. Najpeirw zobaczył, bo w sypialni już pierwszego znających się dnia, jeszcze przed zgaszeniem świateł, jeden z grupy znsżEmyKk chłopaków ®®kx<zawołał nagle - no, chłopaki, koń! - ±xxxKząi odkrył kołdrę i zaczął się onanizować. Był rudy i nazywał się Czerwonka. Potem robił to codzien­ nie, inni próbowali go z początku naśladować, ale jakoś przy wszystkich im nie szło i już do końca Czerwonka został sam ze swoim publicznym rytua­ łem. Witek poczuł zazdrość, czy o grzech czy o dorosłość tamtego, dokład­ nie nie wiedział i któregoś dnia obserwował Czerwonkę starannie od rana, a po­ tem przy śniadaniu w momencie, kiedy Czerwonka ugryzł pierwszy kęs chłeba, powiedział głośno: - Nawt rąk nie myłeś. - No to co? - zdziwił się Czerwonka. - Po wiedzornym.... no, po koniu. - No to co? - powiedział jeszcze raz Czerwonka - poptazz. I oblizał palec prawej ręki. Nie zrobiło to d®h jednak dobrego wrażenia nawet na wyznawcach jego metody ^Witka bolały wtedy ną^k^^titi^ zęby, w no­ cy nie mógł spać, budził się i przewracał, a którejś nocy oprzytomniał nagleMz" takiego bolesnego półsnu, poszedł do toalety i zrobił xxx w ww letniej ciszy, ze szczekającym gdzieś daleko xx psem to samo, co Czerwonka

Strona 5

5. robił zam^z^z^EłEzwzy w sypialni przed zgaszeniem światła. Ze zdumieniem zobaczył, że na długą chwilę zapomniał o zębie. Poczuł się tylko osłabionjj oparł się o ścianę, ale potem łatwi zasnął i spał lekko aż do rana. Przyzwyczaił się do tego narkotyku i jeszcze na kolonii zdażało mu się zamykać w toalecie, albo w pustej sypialni w ciągu dnia. Na tej samej kolonii zaprzyjaźnił się z Danielem. Daniel był też z Łodzi, ale z innej dzielnicy. Dogadali się dlatego, że Daniel też miał ojca inży­ niera. Potem rozmawiali o różnych rzeczyach, także o dziewczętach, zwłasz­ cza o młodej wychowawczyni, ale od razu przy tej pierwszej rozmowie Daniel powiedzie!: - Nie zaprzyjaźniaj się ze mną. Ja niedługo wyjadę. A kiedy Wietk chciał wiedzieć dokąd, Daniel mów ił:-Daleko. Karaty Wszędzie potem chodzili razem, pomysł z myciem rąk Czerwonki też był Daniela, tyle , że on bał się głośno powiedzieć: xMNawet nie umyłeś rąk^s, więc Witek to zrobił. Na tydzień przed końcem wakacji przyjechał ojciec Daniela, ka­ zał mu się spakować i obaj wyjechali. Daniel pożegnał się tylko z Witas zdążył pogadać. młodą-wychowawczynią, która go ucałowała i z Witkiemztgzzs^HK^azdsnizpBSE zizdz^ałz - Myślałem, że to będzie daleko, a teraz tata mi powiedział. Tylko do Danii.Napiszę do ciebie. Wziąłvadr®svivpo^®zhałżvx Nie wiedzieli jak się rozstać, chwilę stali na­ przeciw siebie, podali sobie niezgrabnie ręce, Daniel wziął adres i poje- char; I Potem^Ołyszał, jak mówiąc coś o nimO^edenfz wychowawców powie­ dział do młodej wychowawczyni: - Niepozorny...kolega tego żydka. - Tak, wiem - powiedziała wychowawczyni i odeszła. Jeszcze dwa razy słyszał, co o nim mówią ludzie, nie wiedząc, że słuchaj i za każdym razem zmieniało go to zazaKużczoj bardzo. Raz latem, miał już 17 lat i znał smak kobiety, odbijali piłkę nad jeziorkiem, ^budzie, która była barem podsłuchał kxx, wcale tego nie chcąc dwie dziewczyny. - Ma zgrabne nogi - powiedziała jedna. - Ale kręci tyłkiem. po ^ibć) Witek myślał, tak mówiło mu doświadczenie, że aeatą o jakiejś dziewczynie, ale naglę zobaczyły go i już wiedział, że mówiły o nim. Przestał wtedy ^e(4 łU/tC S. I $ (y /3 i O OY^CjĄ y s-a^W^UWyustaw ił~wdomu lustra w ten sposób, by widzieć się idącego tyłem i ż® rzeczywiście przestał.

Strona 6

poo iax>a<^^ ćP/n^z^H H^^^b^ z^i^re. ^^o^^ ^^ t w/6 HOt^ T££ mL^^row* C . wm^ w* * l^ 6 ^^^ • / ^^ W maturalnej klasie założyli ta^ny rząd. P stanowili dążyć do obalenia walczyć o istniejących władz i w duchu prawdziwego socjalizmu &$ly#xWs objęcie wła4 dzy. Witek został ministrem zdrowia i opracowywał system rzeczywiście bezp łatnej opieki zdrowotnej, likwidując łapówkarstwo i prywatne praktyki le­ karskie. Poznał nawet pielęgniarkę z przychodni, wykorzystał tą znajomość w prywatnych celach, uważając że robi to dla idei i chyba tak było rzeczy­ wiście. Spotykalisię_rano^- wtedy Witek musiał opusz zać po dwie lekcje - Jeśli pielęgniarka miała pop ołudniowe^dyżur^] i W^e^? nie pozwalał jej zas­ nąć wypytując o układy w przychodni. Rząd wykryto i mało brakowało, aby do oprawy wmieszała się milicja, ale dyrekcji szkoły udało się ograniczyć zasięg afery. Sześciu członków rządu z premierem na czele rozpalcelowano po innych szkołach i z tego powodu Witek stracił rok. Kiedy odbywało się specjalne posiedzenie Rady Pedagogicznej, rząd wyznaczył Witka do podsłu­ chiwania. M,ał to robić naturalnie minister spraw wewnętrznych, ale stchó­ rzył i Witek kilka godzin spędził w kotłowni, skąd rurami słychać było ca­ łą naradę. Tam doweidział się, że ma zdolności przywódcze, których jednak nie potrafi wykorzystać - jest zbyt zamknięty w sobie. Dowiedział się też, że jest chłopcem bystrym, myślącym szybciej niż nakazuj przewiduje prog­ ram a cały problem jaki miała z nim Rada polegał na tym, że nie można było znaleźć żadnego pretekstu do przeniesienia. Premiera złapano kiedyś w śb^B^r i oświaty 4^w szatni z młodą woźną, to było dobre, minister kultury czytał na z^^f UECcco? ad^Xb^ historii ”Timesa", to też xżęvnadawa±a^vx nie było najgorsze, pre­ zes Komitetu Rozwoju Rolnictwa Pańtwowego (taką nomenklaturę jako odpowied­ niejszą do reform planowanych reform miał minister rolnictwa) wagarował czętto wyjeżdżając do ?yf^s^x^&^ spółdzielni produkcyjnych w poznańskimy Kwk^żdyyzwszsŚEiu ministrowie przemysłu i ws^kzz obrony mieli po prostu* u niskie oceny z maturalnych przedmiotów, tylko na Witku nie można było zna­ leźć skazy. - Zęby choć palił - odezwał się w którymś momencie dyrektor. Witek wyrz:® przenieśionyfw końcu za epizod z pobitym nauczycielem, który urósł w obecnej interpretycji do rozmiarów nieprzystosowania i agresji! na<^00 oonyj / tychmiast po yx» powrocie^fSupił paczkę papierosów i już nigdy w życiu nie

Strona 7

7. przestał palić. Ojciec'pj\j^xX'p-emK^/ie_^^ zastał go w chmurze dymu, skrytykował "klubowe” jako zbyt kwaśne i podwyższył mu miesięfeną pensję o 100/ złoty ch;xż®fcyx /ŻE poW«40J -ZoŁYM-b m»l^ ' a^ oi>A/o^ row.'rvM ^lą sO^nrno y^^PPow^cU ó y ^^C^o Łodztyprzenieśli-j^ początku lat 60-tych. Tutaj xiBxiix starsza siostra ojca miała ogromne mieszkanie po dwoim mężu, jednym z pierwszych powojennych wicewojewodów, które bez trudu, zamurowując drzwi udało się przerobić na dwa mniejsze, wystarczająco wygodne. Witek nie mógł zrozumieć siostrę i brata co łączyło wi®tk^xz xw^^ńxtxx>, bo nawet rodzinnej miłości nie czuł nig­ dy w ich stosunkach. Ciotka była jesz ze przedwojenną komunistką, zawsze bardziej radykalną od męża, energicznie działającą w komisjach i komitefo -$róCŁŁ< ^i^nfi&^py tach społecznych'. Kfei^BYficzono się z możliwością, że zostanie posłem, ale okazało się, że czy to ze względu na płeć czy też na status społeczny musiałaby być wybierana w innym niż jej własny okręgu wyborczym a na to nie chciała się zgodzić! właśnie ze względów zasadniczych. Zęby pokazać, iż wszystko je^t w porządku, że nie urażono jej dumy ludzkiej i politycz­ nej przewodniczyła potem i była członkiem Komisji przy kolejnych wyborach, tak, że kiedy Witek wybierał po raz pierwszy - wrzucił swój głos po okiem własnej ciotki. Od tego czasu mówiła do niego zawsze w liczbie mnogiej. - Bądźcie tak dobrzy, Witku - dzwoniła przez ich wspólny towarzyski tele- fo - i przynieście mi gazety,’ jeśli macie warszawskie, oderwał od Ojciec px® po wy poznańskim zrywie wywalał się całkowicie X polityki, wyco56, fał nawet złożoną w listopadziewdeklarację partyjną i z wiekiem coraz częś­ ciej wydawał® się być zwolenniskiem ustrojów wielopartyjnych. Z ciotką nie rozmawiał całymi dniami, wykorzystując podwójność mieszkańia i kiwając la^^Ąt^^ £pró^odzywał się umówiony sygnał wspólnego telefonu. Wybo\ ła siostra,) ry , w których nd/Wkb działafopuśzczął7 M^c-f ?^ w maju (SaÓlgę zwrócił uwagę mwwIssk^, na drugim roku medycyny. W prosektorium- stanęła w taki sposób, że ostre światło otoczyło jej głowę dziwnym blas­ kiem. Witek xtsłxb±ixk® myślał, że to przypadek, ale po chwili zobaczył, że kiedy asystent rozciął brzuch leżącej kobiety, Ola zamknęła oczy. Ze światsłem z tyłu było to dla wszystkich słabsywiń^szwez najmniej widoczne. ZxHXXxxŁxxś®v»fcxpiegix®®vgw Mimo to, zauważył, że ma piegi na po­ wiekach. Paznokciem zdzierała lakier metalowego oparcia kozetki. Oparcie

Strona 8

8: malowano już wiele razy i lakier poddawał się łatwo, rytm zdzierania w jokiś sposób zgadzał się z odgłosami ze stołu. Wietek widywał ją prawie uiiądobrymi ch^baj \bo/ od dwóch lat, była dość przeciętną dziewczyną ®z^grubymifnogaml^yzawsze 5 w spodniach, działała w Związku Studentów i Witek czasami kupował u niej bilety do teatru, teraz jednak patrzył na nią zupełnie inaczej. Miała jak kiś dziwny, przykuwający wyraz twarzy^pod koniec sekcji wysunęła język i oblizała zaschnięte zupełnie wargi, ale grymas oststappnsYhiarzyiYlo: zoęEtfwky namiętności - uświadomił sobie Witek ct - zosta^j^^aj^Jamrzi. Po zajęciach zobaczył ją jeszcze zaglądającą do prosektorium. - Co ci było? - spytał, kiedy wyszła. - Było widać? - Było.. - Co? Witek nie wiedział co odpowiedzieć, słowo namiętność nie wydało mik się stsowne. Powiedział więc po prostu, że mu się spodobała, bo to też była prawda. Ola roześmiała się. - Ta baba na stole uczyła mnie w podstawówce. Nienawidziłam jej i myślałam , że sama Ją kroję. T^luĄ A^oLŁ 64,0 cHH^R- 0l» . Stało się oczywiste, że wyszli razem. Poszli na piwo, ale nie do "obywatel skiej” tylko do Grandu. Wieczorem w studenckim klubie, w pokoju Komisji Kultury, do którego miała klucz, Ola oddała mu się ax±XK±£xnn±MT;s±n±®x tak naturalnie jakby od lat robili to właśnie w tym pokoju i na tym dywa nie. fezdał® Z doŁu słychać było konkurs studenckich orkiestr jazzo­ wych. Nazukakwśl W ich stosunkach na oko nic się nie zmieniło. Nie roz­ mawiali ze sobą, nie chodzili do kina, nie byli razem. Tylko co jakiś czas patrzyli na xtWKv siebie nagle ostro, nie mogąc oderwać wzroku, Witek czuł narastające podniecenie, Ola znikała pisząc na krtce, albo w jakimś zupełnie przypadkowym miejscu^czując na sobie jego wzrok,-godzinę i potem zastawał ją w mieszkaniu koleżanki, w spodniach i bluzce, ale już zupełnie bez niczego &k® pod spodemr i kochali się z nieznaną Witkowi gwałtownością, żeby potem znów przez tydzień czy dwa nie odezwać się do siebie ani słowem. xMaxax Mam wrażenie, że w tym czasie, a może nawet trochę wcześniej Wi-

Strona 9

9. tek powinien zacząć wątpić w posłannictwo swoich studiów. Uczestniczył w cynicznych rozmowach swoich kolegów, sam był w nich cyniczny jak i oni, i niby była to poza, niby tylko tak wypadało, ale w tych zachłannie ego­ istycznych postawach było tisaiię teg i trochę prawdy o nich. Widział jak męczy się ojciec, częściej ^rzeby wający\^uż^od^okry w szpitalu niż w domu wiedział, że gdyby nie czterdziestoletnia lekarka już dawno nie przyjmowa ivo -ł-iby go do szpitala żeby nie psuć wskaźników, bał się przyszłej odpowiedz dzlalności, zupełnie nie rozumiał Oli i wielu innych ludzi wokół siebie jednym słowem coraz dokładniej uświadamiał sobie, że to co robi, to nie jest to co robić powinien. Z drugiej strony - nie wiedział co robić po­ winien. Ojciec cierpiał i był jeszcze bardziej małomówny niż zwykle, ale Witek w dalszym ciągi czuł, że ojciec obserwuje go i dla siebie - ocenia, z je­ go spojrzeń, humoru, natężenia głosu rozumiał kiedy ojciec akceptuje coś w jego życiu, a kiedy nie i coraz częściej całkowicie, choć w milczeniu zgadzał się z jego sądami. Prześladowała go myśl, że ojciec chce mu coś powiedzieć i że odkłada to na ostatnią chwilę. Zaczął pilnować tej chwili troska o ojca stopniowo zmieniła się w ohws jęqpxż®x ni sx zdążyć usłysz ®ńvx czyhanie, żeby nie przegapić, żeby zdążyć, zakołuj zachowując cały czas pozory troski, ale a coraz częściej dzwoniąc do domu i odkładając słuchaw, kę, kiedy tylko usłyszał jego głos - niby nie mógł pytać co kilka godzin "jak się czujesz, tato” - wiedział, że uczuciem, które każę mu odkładać słuchawkę jest wstyd. Wakacje spędził w Łodzi. VJŁX°ńzinyJ Zaióżmyyxż® Na jesieni Ola wróciła później z wakacji, była z rodzicamfyw Kijowie i już pierwszego dnia, był listopad, zetknęli się wzrokiem. W dwie godziny p®± później Witek mógł wbiegać na klatkę schodową miszkania jej koleżanki, ale w ostatniej chwili wrócił z półpiętra do automatu, sygnałach Po kilku izwKnkazk ojciec podniósł słuchawkę. Witek chciał odłożyć swoją ale ojciec spytał: - Witek? - Tak - powiedział Witek po chwili. - Zabierają mnie do szpitala, jest Krystyna. Chciałem cl powiedzieć, bo możesz nie zdążyć. Nic nie musisz.

Strona 10

10. - Tato.czego nie muszę? - Niczego. Nic nie musisz, ciciałem żebyś wiedzi8fe7\ao wiszenia; Witek Ojciec odłożył słuchawkę,ż pojechał do domu. Ojca już nie było. Pojechał do szpitala, ale nie zdążył. Spokojną, czterdziestoletnia,. Krystynę, bez kitla zobaczył przed szpitalem na ławce. Usiadł koło niej, o' - Ka^ł posir powiedzieć, że nic nie musisz - powiedziała, bo przecież mogli być już dawno na ty. - Mówił, że nic nie ma znaczenia, bo to i tak boli. - Bołało go? - Ciało nie. ^^ ^^ c wC4Af .. . . Jak powinien wyglądać pogrzeb w listopadzie? kwxiMwhyśvpcsnw.zn®v±vx Po­ winien lać deszcz, Ai«vakKratxVyi®v®str®yx^®sleHii®vsi®HE® smutne, bezlist­ ne drzewa powinny wyrażać smutek ludzi w tym miejscu. Ale akurat byłe ostre, jesienne słońce, a liście/^Teg^roki^^ niż zwykle. Witek mechanicznie rzucił grudkę ziemi i bez żadnej myśli w głowie czekał, żeby wszyscy poszli, kotswdopterwpomyśł-sły vżx Wiedział, że to co ma poy myśleć, pomyśli później i kiedy wszyscy został sam miał już ułożone zdanie , które dużo wcześniej niuświadomione musiało w nim tkwić. "Spotkamy się tam i powiedz mi wszystko wtedy”. "Wszystko mi powiedz kiedy się spotka­ my tam” ” Kiedy się spotkamy tam, powiedz mi wszystko”. Klęknął pod tym zdaniem w różnych układach gramatycznych i zdążył jeszcze pomyśleć ze ± strachem, że komuś już xxxxukłxgxi®xx± zdanie układało się w podobny spo­ sób, całą uwagę skupił żeby przypomnieć sobie komu, zobaczył nawet piękną ^MOi^ peMNtU amazonkę, która w cudowny Pe4miL_iz-ień pędziła... kiedy ciotka, która czeka ła widać, żeby odszedł ksiądz stanęła nad nim i położyła ręce na jego sku­ lonych ramionach. Ciągle nie płakał. - Nie łudź się - powiedziała mu zapominając o liczbie mnogiej - tam nic nie ma. Popłakał się dopiero na ulicy. Poszedł na dworzec, było już ciemno, oparł głowę o kusyn^kzstwc^l ścianę budki na samym końcu peronu i płakał, ciatg> O X - । ^to^ le z tym zdaniem, i z amazonką w majowy poranek. Podszedł m^H4w?wt z zapa loną latarką, oświetlił ścianę. - Leliście? - spytał.

Strona 11

11. Witek odhhylił się, ściana była sucha. 6fll -1" sK . - Wasze szczęście - powiedział m^Loj-fen-tz* Myślę, że w kilka dni potem powienien pójść do dziekana. Na korytarzu i w holu akademii medycznej Kulkał poczuł się obco i unikkł spotkania z kolegami, bał się rozmów, nie daj Boże kondolencj.il, wyrazów żalu.Raz schował się za załomem i odwrócił tyłem, żeby przepuścić grupkę ze swoje­ go roku. Dziekana jeszcze nie było i musiał chwilę czekać w jego gabine- cidWWyjął przyniesioneTTpoTTa^^ na biurku, potem przeniósł je na mały stolik, przy którym siedział. Dziekan w białej, lekarskiej maryMHOoSmt narce wszedł i od razu wyjął z lodówki dwa kefiry. Jeden postawił przed Witkiem, otworzył, usiadł naprzeciw niego i przeczytał podanie bez słowa. - Pan jest na trzecim roku? - Tak. - Niech pan pije. Witek otworzył swój kefir, wypił kilka łyków i czekał. Dziekan zachichotaj - Przestał pa n odczuwać powołanie? - Tak. - I? Patrzył na niego zmrużonymi oczyma zza okularów, prz® z przechyloną głową, żeby resztkę kefiru^T~p<rjem^ gardła. - Umarł mi ojciec kilka dni temu...Cheiał żebymz był lekarzem, a kiedy umierał, powiedział, że już nie chce.... Dziekan odstawił kefir. - Chciałbym się zastanowić terazz - skończył Witek, tylko tyle miał do powiedzenia.Dziekan podpisał papier i przystawił, wyjętą z lekarskiego futerału pieczątkę.

Strona 12

12. Poip^atrzył na Witka. - Myślę, że pan wróci, jak tak na pana patrzę. Oczywiście, wszystko mogło potoczyć się inaczej. Syn dziekana tego ranka wrócił z AngilirBsryż® Francji, przewożąc kilkanaście wydawanych w^^łf^Ax^ polskich książek. Gdyby na granicy celnik kazał mu otworzyć walizkę, dziekan pewno nie udzielił by Witkowi urlopu. Ale celnik wis liczył skóry węża, które przywisz znajdowały się w bagażu wracających z Indii filmow­ ców*' Witek był nagle w zupełnie inneg sytuacji niż tydzień temu. Czy był wolniejszy? Gdyby go spytać, odpowiedziałby pewno, że tak. Czy czuł się ba rdziej zgubiony? Tak. •Już z torbą przecisnął się bez kolejki do kasy. - Mam. do Warszawy za minu­ tę - wymruczał i nie słuchał protestów, niecierpliwie chapnął resztę. Rozpędził się już od wyjścia z budynku, na psie przejściu usłyszał rusza­ jący pociąg, jeszcze przyspieszył i na ostatnich nogach wskoczył do ostat­ niego wagonus szybko już jadącego pociągu. Dobrze, powiedzmy, że wskoczył. Ale przecież równie dobrze pociąg mógł ruszyć 15 sekund wcześniej. Wtedy biegłby równie szybko, w połowie peronu był^y o kilka kroków od rączki wagonu,ale przez kilka sekund identyczna odległość od tej rączki zaczęła­ by się zwiększać i Witek zrozumiawszy, że ni dogoni stopniow wytraciłby szybkość. I równie dobrze znany nam już, akuratny m SOKista mógłby tego dnia szyb­ ciej wypić popłudniową herbatę i w tym Karnym czasie, kiedy Witek kupował bilet - znaleźć się na peronie z którego odjeżdża pospieszny do Warszawy. Gdyby zobaczył pędzącego?: z niewygodną, oddaloną od ciała torbą z obowiąz­ ku, z poszanowania porządku a także dla dobra goniącego SOKista ZHEzaii?? hyzsię: stanąłby, niby nic, tyłem, a kiedy Witek byłby blisko raptownie od­ wróciłby się i złapał go w rozwarte ramiona. Witek dyszałby z wściekłością. SOKista przyjrzałby mu się uważnie, kiedy Witek już by się nie wyrywał. - Lał pan tutaj kilka dni temu - powiedziałby pewnoz - teraz chce pan w biegu wskakiwać.

Strona 13

13. Sie SOKista pił herbatę ® tak długo jak zwykle. Zauważmy, że ani czas picia herbaty, ani chwila, w której pociąg ruszył nie zależała od Witka. Witek przyszedł na dowrzec o określonej godzinie, w określonej sekundzie - a dalej wszystko mogło potoczyć się różnie. TsiMzwirakBEzyłi Ale potoczyło się tak, jak się potoczyło i wskoczył. Dobrze. Witek pomachał oddalającej się Łodzi. Pewnie myślał, że już tu nigdy nie odjeżdżał “ JE wróci 4 kiedy wOa±aixsi^ od tego miastajT"dyszący w pociągu którego dopadł| zrobił na zroszonej oddechem szybie znak krzyżaz - miał prawo tak myśleć. Choć przecież to miasto nic złego mu nie zrobiło. Ale miał nadzie­ ję, właśnie nadzieję a nie przeczucie, że tam gdzie jedzie znajdzie to,co nazywamy sensem, a co dla Witka było teraz tylko jakimś sposobem na ży­ cie. ®o&rxax Powiedzmy, że tak myślał, to może być prawdopodobne, skoto nakr® njtrsował krzyż w parze swojego oddechu. Wi^e^^zuł ^ię sk?ę^Bany w |j^;y^/miij^^ na niegQ uważnie, xki®xdx a kied^ uśrMuej^iiiąT><Lę/--ziT?^^ działlŁ^M^pódobrłjD powye— do Ewy. Ona.fez się^44e c zuł^^--M<^us^^ Jj$d}qa^^j^<Ki£t4ij9W^Ł&^^ — Brata wwe^e swojej matki nie znał nOgdy przedtem, więc teraz w obcym do­ mu czuł się nieswojo. - Ciekaw byłem, czy się kiedyś zgłosisz - powiedził wuj kiedy tylko Witek wszedł. Miał 50 lat, był x przystojny i szpakowaty, krawacie. zawsze w ganaitroran. Jego żona grała na fortepianie w dobrej orkiestrze, dlatego pewno mieli dwupoziomowe mieszkanie na Krp Ursynowie. Wuj lubił się zamyślać oparty o fam fortepian dotyka^ąs wprawiając w ruch metronom, to widocznie EdxywaioxgE przenosiło go w inny wymiar. Rano był prezesem bogatego, warszawskiego klubu sportowego. xvKigdy - Nigdy nie mogliśmy zapomnieć twojemu ojcu, że zostawił Ewę sam<^, wtedy - powiedział teraz właśnie czekając aż metronom się żatrzyma, żeby znów de­ likatnie popchnąć go palcem, - Był w strajku. Teraz to się wydaje kompletnie bez sensu, ale wtedy muska­ ło być ważne. - Było, było. Tylko Ewa była zawsze najlepsza z nas wszystkich.

Strona 14

14. Okazało się, że wuj poznał swoją żonę Irenę właśnie przez siostrę. Razem uczyły się w szkole muzycznej, o czym Witek nie wiedział, a jego matka była w tej szkole od kilku lat najzdolniejszą pianistką. Wuj nie mógł się nadziwić, że ojciec nigdy nie opowiadałYwitkowi#^^^ Witek - W ogóle mało mówił - powiedział i wspomniał o tym pisaniu ósemki ?r i o jedzeniu lodów zxkawąvx razem z kawąx i uśmiechnął się do wspomnienia wspólnego z ojcem obiadu w łódzkie j”malinowe j” . - Ma podobny uśmiech - powiedziała ciotka. - Taki sam.ae Rozmawiali, a Witek oglądał dokładnie kilkanaście zdjęć matki. Przy for­ tepianie, roześmiana, na wycieczce, przy pierwszej komunii. - Tylko ona w naszej rodzinie wierzyła - powiedział wuj, kiedy zobaczył, że Witek dotarł do tego zdjęcia. - Peno dlatego ojciec posłał mnie do komunii. Chwilę milczeli. - Co teraz? - spytała ciotka, która była mała,i łagodna i szara. -Nie wiem... - Ale co? Pracować, uczyć się, ^wxwE^xkM2 nic nie robić? - Nie wiem. Wuj uchylił wieko fortepianu i zagrał kilka nut znane# wojskowej piosenkią - Głupie pokolenie - powiedział bez związku - nawet nie zdążyliśmy być na wojnie. Pstxmx0dvxazuxtxzEbavhyioxwszys±kE7WiEdX'iEś’X - A ja nie zdążyłem, jak ojciec umierał. Może Staszek, działa czmlodzTe^Sw^yTrgairlźacji był przy tej rozmowie od początku,a może przyszedł dopiero teraz. Hożliww też, że cała rozmowa odbyła się późnym wieczorem, już przy rozłożonej pościeli na wygodnej ka­ napie i w szlafrokach. Pewno impulsem do tej wojskowej melodii mógła być głośny nagle hymn puszczony po zakończeniu programu w mruczącym tele­ wizorze. W każdym razie rozmowa w ogromnym pokoju dwupoziomego mieszkania miała i swoją część praktyczną. - A pieniądze? Za co chcesz żyć? - Mam na książeczce, ojciec odkładał mi po 500 złotych przez pięć lat... leszcze ze 20 tysięcy mam...

Strona 15

15. - W każdym razie ®te8xs możesz pracować w klubie jak chcesz. W admini­ stracji, albo na korcie... - Albo u mnie - powiedział Staszek. - To znaczy? - W Radzie Głównej. - Za działacza? - Za działacza. Witek wybrał z tego korty. To były eleganckie korty koło mostu kolejowe­ go i już od siódmej rano przychodzili tam znani aktorzy, dziennikarze, yrzyyeżdżaiiwłiadziST-samwłisdsinl niektórych czterdziestolatków przywozili kierowcy. Nie był zbyt zaciekawiony tym światem, żarty aktorów przeważ­ nie takie same, opowiadania anegdotek i luźny stosunek do życia nie impo­ nowały mu, ale zawsze ciekawe były rozmowy xk±®x^x dziennikarzy, zwłasz­ cza jeśli komplikowała się sytuacja międzynarodowa. Dziennikarze czytali regularnie zagraniczną prasę znali komunikaty, mieli także własne źród­ ła informacji. Powoli przekonali się że nowy kortowy jest człowiekiem inteligentnym i oczytanym, polubili go i Witek często gadał z nimi zaryt®żx wając pracę. X®xiBnk0W8rivxięyx2®VEixłiiaxiKvwiscxn±exsięxspissxąEXj Grze na kortach przyglądało się zawsze paru chłopców. Nie mieli kart wstępu, ale nie przeszkadzali i Witek wpuszczał ich na kortx żądając tylko trampek lub tenisówek. Zorientował się, że gdyby chłopcy podawali piłki, gracze skracając czas gry o 15 minut i tak graliby dłużej niże teraz uganiając się xx po całym placu. Dogadał się z Hk±xx kilkoma dziennikarzami i akto­ rami - skrócił im czas pobytu na kortach, a w zamian za to już po trzech godzinach zyskiwał 45 minut 1 na tą lekcyjną godzinę wpuszczał chłopaków. Kiedyś żegnał się właśnie ze znanym komentatorem Tv, chłopcy już grali 1 kis^y pojawił się wujxvkOEz®kxixsrżvWikekvxk®EExy ze Staszkiem, żeby w biu­ rze obgadać przyznane Radzie Głównej godziny gry. Przywitali się wszyscy, oni poszli załatwiać, komentator wytłumaczył Witkowi co znaczy naprawdę nieudana amerykańska interwencja w Iranie i pojechał, a wuj wy chiił się przez okno biura i zawołał Witka. - A ci to kto? - spytał pokazując chłopców. - Chłopcy. Podają piłki, każdy chętnie odda 15 minut żeby nie latać po

Strona 16

16. korcie, więc ich potem wpuszczam jak zarobię trochę czasu. - Mają karty? - Nie • - A płacą? - Też nie. - To nie możesz ich wpuszczać. - Szkoda - powiedział Witek - ten w kapciach dobrze ^y mógł grać... Staszek też wychylił się przez okno. - Stuknij go po linii młodzieżowej - powiedział o ojcu. - Możesz? - Jak to? - Inicjatywa młodzieży. Lepsze wykorzystanie kortów. Młode talenty, będą musieli pozwolić. - Fakt, będziemy - powiedział wuj. - Ale tu nie ma żadnej organizacji - goiKtei pomyślał Witek i powiedział to głośno.' - To załśź.s W pokojach Zarządu Dzielnicowego zawsze jest tłok i załatwia się masę sg spraw naraz, często w biegu.K Jakaś grupa wyjeżdża do Rumunii na spotka­ nie miejskich organizacji, rozda je się proporczyki dtazgrup współzawod­ nictwa, które miały być stojące a są sóząm do wtykania, ustala się skład na rozmowę z PKOl-em. Witek już zorientowany w tym rozgardiaszu dostaje jakiś podpis od- szefa organizacyjnego i sam przystawia sobie pie­ czątkę na biurku ciemnej dziewczyny, która akurat gada przez telefon, wraca do organizacyjnego, który też gada i gestem zatrzymuje Witka, że­ by nie wychodził. Witek myśląc, że chodzi o podpisane pismo pokazuje mu jeszcze raz,' już z pieczątką, ale tamten nie chce, kiwa przecząco głową i słuchając widać potoku słów, które zna z tamtej strony zakrywa ręką tubkę i mówi £®xX±tkzx: - Marnujesz się na tych kortach, tak - wtrąca do słuchawki - tak, tak, xwk - znów zakrywa patrzy na Witka - po co ci to? Przyjdź do nas. T - Tu ? - pokazuje Witek gestem pokój, gmach, organizację. Tamten kiwa głową, pewno, że tu. Wpadł dopiero teraz na ten pomysł, ale wydał mu się od razu świetny, yrz»kazu#exał już przekazał słuchawkę sie-

Strona 17

17. wye iągnął dzącemu za biurkiem wąsaczowi i wystąp Witka na spokojniejszy, ale też ruchliwy korytarz. - Patrz ~ powiedział - załatwiłeś kwxty tym chłopakom, że grają, wpuściłeś zawodówkę na basen, chcesz coś dla nich zrobić, nie? - Sx®g®żwxxńiE^xxxśxxxxkxśx No włośnie nie wiem...tak jakoś mi się zachciło; - Tym bardziej. Tu od razu możesz więcej. Dostaniesz maturzystów, albo studentów, możesz dostać najcięższych ze szpitala,narkomanów. Chcemy wyciągać ±y®hx takich chłopców, którzy gdzieś się zaczynają kręcić przy różnych nielegalnych.......... zakładałeś w szkole tajny rząd? - Zakładałem, w maturalnej. Rok mi przepadł. - la też, prawie wszyscy zakładali, ale teraz bawią się niebezpieczniej, bo od razu ich mają na oku tamci, my też musimy. Możesz to dostać... Ile rzeczy i spraw załatwił organizacyjny, jak tak gadali pod oknem! Pod­ pisał ze trzy pisma, umówił się z kilkoma chłopakami, coś kazał odpowie­ dzieć przez telefon i zamówił te wę u szatniarki. XKzyxtkoxszyfckEwszxox N^e wiadomo kiedy Witek zapuścił sobię wąsik, ale wąs był wyraźny kiedy kręcił się po pustym, łódzkim mieszkaniu. Wyszedł ze swojego i bez puka­ nia wszedł do dużego pokoju ciotki. Siedziała w okularach nad jakimś pa­ pierem. - Przeczytała ciocia? - Siadaj, pomogę ci. Witek usiadł i zaczęli głośno wypełniać farmularz kandydata do organiza­ cji. Kiedy doszli do stanu rodzinnego kandydata, ciotce nagle popłynęły łzy • - tak się pusto zrobiło tutaj, kiedy odjechaliście...obaj.. - Przecież ciocia nawet nie rozmawiała z ojcem. - ?usto... Ktoś zapukał, Witek otworzył drzwi znanemu aktor owi, xvmxvxexk temu samemu, którego żarty nie śmieszyły go specjalnie na korcie. - Pan obejmie tu w Łodzi teatr - przedstawił go Witek. - WidzdałaŁ pana wczoraj w telewizji...pięknie pan grał. - Dziękuję bardzo - powiedział aktor przyzwyczajony do komplementów, ale zawsze uroczy w podziękowaniach. - To tutaj?

Strona 18

18. - Tu ciocia...a iaata tam to sąsiednie drzwi. Wpuścił go do ®ra^zk®ńa swojego mieszkania, ciotka ciągle trzymała w rę­ kach far do połowy wypełnieony formularz. - Nie wiem czy się do tego nadajesz, ale wiesz... Przycisnęła rękę, którą ją podtrzymywał i uśmiechnęła się. - Piękny punkt... i bardzo blisko do teatru - powiedział w przelocie oglą dania aktor. - Mogłyby ciocia do mnie przyjeżdżać, jak już się zamienimy. On mi daje dobrą kawalerkę za Żelazną Bramą. - W kawalerce mieszka? - Nie, mieszkanie sobie zostawia. Ma taką kawalerkę na pracownię czy coś. To mi daje. Mogłyby ciocia przyjeżdżać. - Już zodtahę tu. Jak ktoś zamieszka, będzie się ruszał, będę myślała, że to wy. hangarze na Okęciu 30-letni mechanik skończył sprawdzanie silnika odrzu­ towego samolotu. Odszedł kilka kroków i dał znak do kabiny, że gotowe. Z kabiny wykonali manewr. Mechanik posłuchał efektu tego manewru, podniósł do góry kciuk, że w porządku. Z kabiny wylazł mechanik z zagranicznej ob­ sługi samolotu. - Pan się nigdy nie myli, panie Buzek?- powiezdział po francusku. - Nigdy - powiedział Buzek. - Nienajlepiej się tylko ożeniłem. - Ja też - powiedział tamten. - To jeszcze trudniej. Ten Buzek przypomni nam się jeszcze kilka rązy. Łatwo napisać "Buzek” i zwrócić na niego uwagę. Kgtem Powinien jeszcze wyglądać tak, że kiedy to on. się tylko pojawi nigdy nie będziemy mieli żadnych wątpliwości - Kwzwkz Może będzie tis gruby, roześmiany? Powiedzmy. Myśliłem też o tym, żeby zamiana mieszkania odbywała się dlatego, że cioK- ka żźzżk nie czuje się już dobrze, że postarzała się i zniedołężniała yza/ przez ten czas, przycupnęła nagle po stracie brata i trochę ze strachu I i a trochę z tego, że zawsze radziła sobie sama przenosi się do Domu Star- ( l ców. Mam jednak wrażenie, że wariant łagodniejszy jest lepszy. Zobaczymy.) 4 ~ ■——-——---- .---------- - --------------------------------------------.... ------------

Strona 19

19. O świcie dziewczyna po cichu wyślizzgnęła się z łezka. Ubrała się, poczuła na sobie wzrok Witka i już bez zwracania uwagi na to, żeby było cic^o, jeszcze w bluzce przyniosła mleko zza drzwi. Ksladł Postawiła na krzesełku przed łóżkiem. Podeszła do szarego hkna i założyła bluzkę. Usiadła obk łóżka. - Głupio, nie? - Czemu? - spytał Witek, choć dobrze wiedział czemu. - Bo nic nie czujesz. Il^Mi^/ - Czemu myśmy nie poszli do łóżka jak mieliśmy po siedemnaście lat? - Pewno właśnie dlatego. Nie wiedziałeś jak to zrobić. 2 Nie wiedziałem... Roześmiała się. - Kretyńskie to powiedzenie, że miłość nie rdzewieje. - Kretyńskie. - Tak myślałam. W dodatku takśmy się rozlaźli.... Przejechała mu palcem przez czoło i po garbie nosa, a kiedy chciał ją podałować, kiedy palec zawisł na ustami jak to widać kiedyś robili, cof­ nęła rękę, wstała i zabrała kurtkę z wieszaka. - Czuszka! - zawołał Witek. - Idę do móich - powiedz! ła Czuszka od drzwi. - A to nie są twoi. Witek oderwał się od grupy ludzi stojących przed szarym,budynki®im niewiel­ kim budynkiem. S Milicyjny radiowóz palił światła. Podszedł do zamknię­ tych drzwi. - Wsuń legitymację - powiedział ktoś z wnętrza. Witek wsunął.Drzwi otworzyły się, Witek wsunął -się i stojący wewnątrz chłopak z długimi włosa­ mi natychmiast zatrzasnął wszystkie zasuwy. Kiwnął na Witka. Sz Przeszli przez portiernię, w której siedziało dwóch podobnych chłopaków i dziewczy­ na, przeszli przez korytarze, które przypominamy xzpitaix czasem szpital, czasem szkołę a czasem internat. W holu leżeli, siedzieli, łazili - kilku­ dziesięciu bardzo długt> i bardzo k±ię krótko ostrzyżonych chłopaków i tro - chę słabo dbających o wygląd dziewcząt. Patrzyli za idącymi. Chłopak z krótką czupryną o dość mętnym spojrzeniu stanął w poprzek drogi.

Strona 20

20, - Z Warszawy - powieział przewodnik. Tamten usunął się. W dużym pokoju - dy żurce? ,xvjrśezv±y?iowyKhxuxza[dzeń pokoju nauczycielskim?, pŚuxvi - prócz tś kanapy stołu i krzeseł, szafy z jakimiś teczkami teraz rozwalonej i wyraźnie przeszukanej znafEdowai® krata odgradzała jeden z narożników. Drzwi tej drucianej klatki były zamknięte, a w środku siedzia­ ło tizech młodych mężczyzn i jednak kobieta. Dwaj mężczyźni ubrali byli w lekarskie kitli.Przewodnik wpuścił Witka do pokoju i natychmiast wyszedł. Trzech, podobnych do tych z korytarza chłopaków siedziało wokół stołu, na którym stało kilka karnistrów z benzyną. - Jeszcze mamy dziesięć - powedział jeden z chłopkaów od stołu. - Wszystko się sfajczy w pięć minut. Witek nie wiedział jak się zachować. Podszedł do stołu, podał rękę chło­ pakom, powiedział kim i skąd jest. - Zadzwoń, że jesteś - powiedział ten od karnistrów, widoczny przywódca. Witek zadzwonił, powiedział co trzeba i dodał, że nic nie wie. Usiddł przy stole. KT^dskleźywohgęłiŚEisyt^ystronatwse - Jak w Ameryce - powiedział przywód­ ca i roześmiał się. - Od kiedy objęliście tu patronat, ±rz®®fcx® dwóch chłopaków i dziewczyna przerzucili się. - Jak to? - Ona się otruła, a ci dwaj - sznurem. Ostatni siedział przez cztery dni w tej klatce. Nie chcemy, żeby nam ludzie wyskakiwali przez okno, przez to , że wam się wydaje że młodych najlepiej zrozumieją młodzi. 1± Pozwolili przez kratę razm pogadać Witkowi z dyrektorem ośrodka. Sie­ dzieli już w klatsced rana - dwaj lekarze, terapeutka i wychowawca. Resz­ ta personelu uciekła. Dostawali jeść. Prezentowali pogląd, że to co robią, robią dla dobra zamkniętych w ośrodku narkomanów. Narkomani zaś żądali, żeby ich ośrodek miał status szpitala, żeby mogli wychodzić xx popołudnia­ mi i w niedzielę, żeby cofnąć młodzieżowy patronat i zatrudnić normalnych lekarzy i nauczycieli. Przywódca otworzył karnister, oblał sobie rękę ben­ zyną i podpalił. Trzymał zapaloną przez kilkanaście seknd, potem spokoj­ nie zgasił. - Nie boimy się - powiedziała i znów zachichotał - Jak w Ame­ ryce l

Strona 21

21. Witek chciał porozmawiać ze wszystkimi, wyszli do holu. Otoczyli go ze wszystkich stron, Witek nie czuł się bezpiecznie i kiedy kt® zaczęli mó­ wić dość haotycznie i bezładnie ktoś od okna krzyknął - uciekli! Rzeczyniedawnych wiście widać było czwórkę więźniów uciekających przez podwórze, dziew­ czyna pis kulała-, musiała skręcić nogę przy skoku z tego niewysokiego piętra. Kilku wbiegło do dużego pokoju i wypadli lejąc benzynę z karnis- strów. - Nie lać !- krzyknął przywódca - mamy pgoi jeszcze jego! Zamknęli Witka w drucianej klatce. Poczuł się właściwie dobrze i szlachet­ nie - jako zakładnik. Podali mu ii® telefon i mógł zadzwonić przekazując warunki. Był zdania, że należy się zgodzić, ponieważ, twierdził do telefo­ nu, oni mają rację. Przywódca wyrwał mu słuchawkę i zapowiedział, że cze­ kają na wiadomości do S rano. Potem podpalą. Przynieśli z piwnic miedni­ ce i przeleli tam benzynę, potem porozstawiali miedenice po całym domu, bo przy tej próbie lania zobaczyli, żę benzyna wyjątkowo długo wycieka z W^ifOCWA Włł^t lEflP)^ ł tUGOKHc I NAC-CE ”c tf LaANK^ ^fT^^) ^« karnistra. r^o^'- ^'^^ ai $iw(^t o^ saKA/k, mn^w <^-j^ ^m^ę j t^p^^ 7 FDPifeŁoiH i Pokoi* scłt^iifc sic „ k-n'£ Sod ^i? ’° *a>o« Pow'E-------- J 0^^V (r^U\i ZAPAtMi w UĄ^wW.-T^W) r nj> 3^, -3 ^ ^ S/£ C^ J£ r W nocy ktoś zagrał na gitarze i poczęstowali Witka skrętem z domieszką Marpśk±cKx Marii H. ale nic nie poczuł. Dali mu drugiego,® wrażenie było takie jak po dwóch setkach. Zadzwonił telefon i Witek odrzucił propzycje, żeby użyć siły. Tłumaczył, że nie można używać siły przeciw racjóm, pytali go czy się boi, powiedział, że nie. Ale prawda była taka, że czuł się dobrze i dlatego bo się bałł - Jeżeliąmy się pomylili - skończył rozmowę- trzeba się wycofać. Niedługo potem zadzwonił telefon zapowiedział zgodę na warunki. Witek mu- siał tylko wynegcjować, że na wyjście z ośrodka wydawane będą przepustki i że nie będą one automatyczne. Nad ranem miało dotrzeć pismo. Ze wszystfc kich opadło napięcie, otworzyli drzwi klatki, ale Witek nie wychodził. Chciał poczekać z nimi do rana. ^Hii^ Buzek wrócił po południu ^otom i chodził po pokojach małego domku na przedmieściu. - Werka! Werka! - wołał. Wyszedł i za domem zobaczył ojca kopiącego coś w ogródku. -Nie widział tata Werki? - Wyszła koło południa, nie widziałem. Buzek podszedł bliżej i zobaczył wesołe oczy ojca.

Strona 22

22. - Czego H^Bio tata taki zadowolony? " ' - Wracam do Garwolina. - Czemu? -Zlikwidowali patronat, z powrotem Mm ma być szpital normalny. S®±wxk®iw £$±k Powiesiło się dwóch chłopaków , dziewczyna wyskoczyła oknem i zlikwi- dowall^ Taka Maryną, opowiadałem ci, pamiętasz? <z narkomanami i benzyna/ Po tym incydeiKFIeYl(fftelF~J^^ mocniej uwierzył w sens .działania, i to działania tam właśnie^ gdzie się znalazł. N^e^ył tak naiw­ ny, żeby nie widzieć, że gdzieś pod rodzę dzieją się rzeczy niezbyt czys­ te, że główny tor działania organizacji nie zawsze zgodny jest z ideami, dla których ją powołano, ale często z satysfakcją zauważał, że coś zostało zrobione i stoi, że jakaś sprawa została załatwiona i ludziom jest lepeij. We wszystkich działaniach czuł za sobą siłę aparatu i presję masy ludzi , których - wierzył w to głęboko - sprowadziły tutaj nie potańcówki i wczasy i nie perspektywa kariery lub tylko spokoju, a właśnie wiara w sens działania dla poprawy i ku dobremu. Kiedy rozmawiał o tym ze Stasz­ kiem lub z wujem - sportowym prezesem widział w ich oczach uśmiech nad jego naiwnością właśnie i zapałem ale też widział rodzący się szacunek. Staszek wprowadził go do Rady głównej, a tam zakres jego możliwości i kompetencji poprawił się znacznie. Bardzo możliwie, że zajął się organi­ zacjami studeckimi, a może tylko organizacjami studenckimi w domach aka­ demickich. Kiedy lubelscy studenci w ramach chrześcijańskiej pomocy chmie­ li opiekować się pensjonariuszami domu nieuleczalnie chorych, zapomnia­ nych już zupełnie starców, gdzie permanentnie brakowało personelu, a wła­ dze nie bardzo chciały ich tam wpuszczać, Witek pojechał i załatwił wej­ ście, a potem zorganizował autobus, którym studenci mogli dojeżdżać do swoich pensjonariuszy, spowodował, że w domu tym ustały kradzieże prowian­ tu, o który ■starty starzy i zniedołężniali pensjonariusze nie mogli się na nawet dopominać.i w czasie tygwńni® swojej tam obecności i wrażenia, któ­ re zrobił udało mu się dporowadzić do sytuacji, w której kilku studnetów wstąpiło do jego organizacjIjWierz widząc skuteczność poczynań. Kiedy wy- jeżedżał, domem starców opiekowałasię już Rada Wojewódzka, a podobne ak-

Strona 23

23. cje proponowano w innych województwach, często ze skutkiem. Do ludzi i idei studentów z Lublina Witek dotarł przez Czuszkę, którą spotkał kiedyś w warszawskim akademiku, gdzie na skutek niedogrzania przysz li inżynierowie porobili miejscowe s urządzenia elektryczne o takiej mocy, że po kilku dniach etsktorw elektorwnia wyłączyła prąd, a kiedy puścili go­ rącą wodę plastikowymi rurami t" orząc zamknięty obieg i doprowadzając do znośnej temperatury w pokojach, & wtedy wyłączono im tą gorącą wodę (L*^> 4^ studenci odmówili chodzenia na wykłady - ^właśnie gzisz Czuszka patrzy­ ła na poczynania Witka zeirwk złością, siedząc w stołówce, owinięta w kil­ ka kocy, ale kidy Witek dw sprowadził władze miejsskie, kontrolę San-epi- du, kiedy na skutek tej działalności powyjmowano kryzy w kaloryferach i w pokojach przestała zamarzać woda x a ci z akademika znów zaczęli chodzić W*E fH-rMAM:4 Oo* W W SPoWftna wykłady - Czuszka o^ej grzała -na Witka "ina-eze"^. Zsx zamisszksisYW EkEgEvprx6Xv^ak4^vEZ3ix Kto wie, czy wszystko nie poszło tak jak poszło właśnie dlatego, że Witek zobaczył jej wyzywające spojrzenie kiedy pierw­ szy raz znalazł się w tej zimnej i ciemnej stołówce! i zrozumiał w tym spojrzeniu, że są teraz w zupełnie innych miejscach, a on naprawdę wcale tak nie myślał, a napewno tak nie chciał. Potem Czuszka wprowadziła się do niego i okazało się, że te kiikaytst sześć lat od czasu ich ®e±a± przed­ ostatniego widzenia w pierwsze j jvyTtka\k^ te kilka mie­ sięcy kiedy widzieli się u niego w domu - to był dla nich czas stracony, a zazdrość o ten czas i o ludzi tam spotkanych, o te miłości krótkie i ndszwasząc® przypadkowe była tak gwałtowna, że Witek musiał zobaczyć tych wszystkich mężcżyzn i chłopców^pca obgryzając paznokcie do gołej skóry, karząc się za każdego, który dotknął kiedyś Czuszki. Tak właśnie poznał brodacza z Lublina, który spędził kiedyś z Czuszką wakacje, a teraz pró­ bował się opiekować niedołężnymi staruchami. Już po Lublinie Witek obejrzał transmisję z pobytu Papieża w Polsce i zro­ zumiał jak bardzo mu jest bliskie to co mówił ten człowiek, wobec takich ilości ludzi, jak bardzo jest to mądre i piękne i jak bardzo jest to nie jego ®Vwxdxy±ętoarx to mądre i piękne. Może być i tak, że Witek poznał te słowa w innych okolicznościach. Na wycieczce do Włoch zorganizowanej przez

Strona 24

24. swoją Radę urwał się w środę popołudniu z oficjalnego programu, ze spot­ kań® z włoską młodzieżą komunistyczną czy ze zwiedzania zabytków i picia włoskiej kawy w małych filiżankach i posłuchał tych słów na placu św. Pfot ra w tłumie Młchów, turystów i rodaków, z których starsza zakonnica zza srebrnych okularów przetłumaczyła mu te słowa. To też byłoby możliwie, a myśl o potrzebie takich słów o bliskości e i obcości byłaby taka sama - na placu św. Piotra i w domu przed telewizorem. ktŚFlSgEŚZdKŹE Którejś niedzieli ojciec Buzka wrócił z ręką na temblaku. Twierdził, że zwichnął rękę poślizgnąwszy s.ię na wypastowanych schodach, ale wieczorem Werką, ciemnowłosa,żsn trzydziestoletnia żona Buzka zobaczyła w łazience jak jego ojciec rozwinął bandaż 1 zmienił opatrunek na paJhdnej ranie, którą długo przemywał wodą utlenioną, na tyle długo, że Werka zauważyła fioletowe ślady kilku dziur między dużym a wskazującym palcem. Powiedziała o tym Buzkowi, powiedziała też, że ręka wyglądała tak, jakby ktoś wbił w nią widelec. Buzek teykv wyskoczył z łóżka, byłi wtedy akurat w dobrych stosunkach i y®±®KiaixdBvłaxikBk± sypiali razem a Werka właśnie dlatego wybrała się w nocy do łazienki, poleciał do ojca, Werka poszła za nim i z agresywnego tonu jakim Buzek koniecznie chciał się dowiedzieć, kto to ojcu zrobić i ze spokoju z jakim ojciec odmawiał odpowiedzią, z podej^eń Buzka, że musiał to zrobić któryś z tych łykasz# wąchaczy Ixi i z uparte­ go milczenia ojca z próbą uspakającego uśmiechu zorientowała się, że źle zrobiła mówiąc Buzkowi o tej wy ręce wyglądającej jakby dopiero co ktoś wyjął z niej widelec. Co by zrobił Witek, gydyby chciał, żeby to mądre i piękne, to co usłyszał od mężczyzny w białej sukni było ivwgi®vkyk czy mogło być bardziej jego? ■Na obóz wakacyjny dla młodych małżeństw, gdzie program przewidywał różne konkursy i wygrywanie pralek, a m@ża ■* na finałowym obozie - małego fiata, Witek chciałby zaprosić kogoś, kto mówi podobnie nie odwołując się do tajemnicy i niepoznawalnej® choć istniejącej sprawiedliwości, z młodzień­ czych lektor pozostał mu prof. Kotarbiński z życiem godziwym, ale Staszek natychmiast uświadomił mu, że dziś Kotarbiński nie jest już w stanie pro­ pagować swoich idei, więc Witek przypomniał sobie z Tv prof Jankowskiego

Strona 25

25. który mówił o etyce i moralności i Witkowi we wspomnieniu zrymowało się to z hasłami z najwyższego ziemskiego tronu. Prof. Jankowski okazał się na obozie człowiekiem dużo ciekawszym i bardziej dotykalnym niż jego wspomnienie ż Tv i Witek był xx bardzo zadowolony z przebiegu długo w nocy ciągnącej się dyskusji o sensie życia. Stxdxnxix Młode małżeństwa na chwilę studenckie uwolnione.z przymusu doprowadzania swoich domków do stanu ide­ alnej czystości okazałxyxx się wyjątkowo chłonne na podstawowe wartości głoszone przez profesora,! wyjątkowo zagubione wśród codziennej biegani­ ny i bardzo gorzkie w konstatacji brakunadrzędnego celu tej krzątaniny. W czasie dyskusji energicznie i ze swadą zabierał głos trochę starszy od injaych facet w okularach. Mówił jak trzeba, o podstawowych wartościach, o wspólnocie celów, że wszyscy razem możemy, jeśli weźmiemy się za ręce, trochę nawet za gładko mu szło. Witkowi wydawało się, że zna faceta. Kiedy tamten-powiedział, że nawet kiedy wielu jest przeciw nam, musimy wytrwać i że wierność jest tak ważna w życiu każdego człowieka-Witek przypomniał sobie. To był by-iy dyrektor ośrodka dla młodych narkomanów, k którego Witek widział raz tylko,za fctsłjmi^krKtM białą siatką w s^yy. pokoj uYnauc zy c i e1hkim. - Stary, wdzięczny cl jestem - powiedział były dyrektor kiedy potem Witek się przypomniał - wyjeżdżam na kontrakt do Arabów. Gdyby nie ty tkwiłbym do dziś w Garwolinie. sv®0śv±yx sra iś vwwii$x<x zd ziw±ŁxaięxW±tKkx Witek nie mógł xx pogodzić jego działalności w ośrdoku z tym co dziś mó­ wił, wszystko to razem nie pasowału zupełnie do kontraktu zagranicznego. Wyraził więc wątpliwości. - Jest takie powiedzenie - powiedział tamten - czy ornitolog musi umieć fruwać? Bazak odwiedził ojca w szpitalu. Ręka nie goiła się dobrze, ojciec zanied­ bał widać ranę. Bazak był człowiekiem honoru i kochał ojca. Kiedy podesz­ li do okna powiedział; - Wiem, kto ci to zrobił, tato. - Skąd? - Wiem. - Gdzie jest Werka? - spytał ojciec, bo wiedział, że przy Werce jego syn •

Strona 26

26. spokojniejszy• - Znów pojechała do Łodzi. Mam dzisiaj po nią wyjść - powiedział Bazak i jeszcze bardziej zaciął się w sobie. Taki mógłby być los Witka Długosza, gdyby udało mu się dopędzić pociąg w odjeżdżający z Ł^dzi do Warszawy. Być może mogło potoczyć się to trochę innymi drogami, ale kiedy wskoczył - kierunek był właśnie taki. Być może powinien kiedyś przypadkiem, w przelocie spotkać Bazaka. Może nie powinien zajmować się studentami tylko rolnikami, albo chłopcami ze szkół budowla­ nych. Możliwie, że zacząłby nie na kortach tenisowych tylko w Instytucie dla głuchoniemych, bo przecież brat jego matki nie musiał być wcale pre­ zesem klubu sportowego, ale doszedłby i tak tam, gdzie doszedł. Wierzył­ by, że organizacja może coś zrobić, może pomóc, jest najpraktyczniejszym sposobem realizacji. Ale gdyby nie wskoczył? Gdyby znxiumy:xpEuiąg znajomy Sakw SOK-ista. wypił tamtego dnia szybciej su swoją popołudniową herbatę i prędzej znalazł się na peronie a widząc pę­ dzącego z niewygodną torbą studenta z poszanowania obowiązku, dla dobra biegnącego chwycił Witka wpśiS w rozwarte nagle ramiona? Witek dyszałby wściekłością, SOK - ista poznałby w nim chłopaka, którego oświatelił Sziań niedawno xexsśx±x^ na tym samym peronie i powiedziałby: - Lał pan tu kilka dni temu, a teraz pan chce w biegu wskakiwać. PęWiedzmy, że tak się stało. Stali teraz na peronie, Witek jeszcze raz wyrwał się SOK-iście, ale ten pogonił za nim z wrzaskiem i złapał gyp^g^ zmęczonego poprzednim biegiem, może nawet przy pomocy przechodniów na koń­ cu peronu. Witek tak długo szarpał się i miotał, już biały z wściekłoś­ ci i nie pamiętający o niczym aż radiowóz wezwany przez kolegów SOK-isty zlikwidował całą sprawę. Na kolegium Witek nie okazał skruchy. Jak wtedy z nauczycielem, tak i te­ raz nie bardzo mógł wykrztusić logiczną obronę. Mówił o śmierci ojca i pilnym wyjeździe do Warszawy, musiało zrobić to jakieś wrażenie, bo kara nie była zbyt wysoka. Tydzień prac publieznych lub trzy tysiące złotych grzywny. Witek wybrał pracę, ale czuł się ukarany niesłusznie, niespra­ wiedliwie i nie mógł polubić kurzących. Wśród pracujących z wyroku kolebki*.

Strona 27

27. był| kżtkuwshiopców chłopak, który udostępnił swoje mieszkanie wykładow­ cy z Warszawy, który nie wykładał już na normalnym uniwersytecie, znajdo­ wał natomiast chętnych słuchaczy w różnych miastach polski. Wykłady ciąg­ nęły się długo w nocy, przychodziło na to wielu ludzi i sąsiedzi zasisis uważali, że zakłóca to możliwość ich zagwarantowanego odpoczynku. Skłspak jvpońotejr±®xtxkxWitxk Wśród ludzi skierowanych przez kolegium do prac po­ rządkowych za pijaństwo i nocne wrzaski ci dwaj chłopcy wyróżniali się wyraźnie, nic dziwnego, że polubili się wkrótce. Kiedy skończył się ±X zadany tydzień Witek znał już w Łodzi wielu ludzi z kręgów xow®goxz®®x 5W®gox Marka. W tym czasie <®. ŁócIź^Uj^h##^ szykowała się na przyjęcie jednego z popular niejszych w Polsce ludzi, Anglika Harrisa. Marek zapronował Witkowi pra­ cę w społecznym komitecie, który zajmował się organizacją tego przyjazdu. Harris przyjmował do leczenia iM-Łtea tysięcy ludzi dziennie, miał być przez trzy dni i te trrydEieśc i tysięcy ludzi trzeba było najpierw wyselekcjonować z kilkakrotnie większej liczby chętnych, a potem niesłychanie sprawnie dorpowadzić do Wielkiego Lekarza. Na każdego pacjen­ ta Harris miał tylko kilka sekund. Organizacja, zupełnie społeczna i spon­ taniczna rozwinęła się wobec tych potrzeb niezwykle starannie. Istniały poszczególne kręgi wtajemniczenia, przepustki, kandydaci na pacjentów ®k zobowiązani byli do przedstawienia zaświadczeń lekarskich, każdy z cho­ rych miał wyznaczoną precyzyjnie godzineę przyjęcia, przy czym harmonogram obejmował ludzi dowożonych ze szpitali kaletkami pogotowia i tych przyno­ szonych na noszach. Witek napatrzył się tutaj tylu naraz dramatów xxtxx ludzkich, zobaczył tylu potrzebujących pomocy i nadziel, że bez opamię­ tania rzucił się do tej roboty. Jako człowiek pracujący w sztabie uzyskał dwa numerki wstępux i nie bardzo wiedział co z nimi zrobić. Ciotka, w myśl zasad zdecydowa ie odmówiła leczenia, które uważała za szarlatanerię i w końcu Witek oba numerki dał spokojnej, czterdziestoletniej Krystynie, która lecząc ludzi na codzień mogła ńokładwi® z nich zrobić najlepszy użytek. Kiedy Harris wyjechał Witek odczuł pustkę. Zgłosił się do pośrednictwa pra cy ,txa®£k§CX zaproponowano mu Prac$ sanitariusza, dając do zrozumienia

Strona 28

28. że po swoich prawie czeterech latach medycyny będzie mógł wykonywać i fun­ kcje poważniejsze, z braku dostatecznej liczby personelu medycznego, ale Witek absolutnie nie chciał wracać do tego^ zvEZEg®vnisdEWK® od czego nie­ dawno uciekł, a w co od dawna nie wirzyłi wierzył. Zgodził się^racę w drukarni. Ludzie od Harrisa też musieli odczuć pustkę, bo któregoś dnia Marek z kolegą przynieśli do jego domu dużą paczkę. Zawierała ona dr książki,1 które miały przeleżeć kilka dni i potem we trzech miali je rozeżkś& wieźć po kraju. Witek wykorzystał na to wolną sobotę i zawiózł książki do Krssnas Sanoka. Książki odebrał chłopak o wyglądzie hippisa, WI V6^ź który od kilku już lat mieszkał i pracował w Blesz'zadach.YFrzesiedział tam całą niedzielę, zobaczył jak żyją ci ludzie, którzy klika lat temu o— HtwowCt puścili miasta i zakładając nieduże afe4a owied, pracując jako drwale i mieszkając z daleka od najbliższych osiedli szukali dla siebie sposobu. Pogadali trochę i Witek szybko zrozumiał, że to co robią jest tylko dla nich i mimo dość niezwykłej urody takiego życia i szacunku dla ich ciężkiej pracy, namawiany na zostE dłuższą wizytę odjechał nocnym pocią­ giem. W Łodzi EdEyE^łyzsi^ACzęsta^zpEtknEżs Wli/itk coraz częściej miał wrażenie, że książki, które rozwozi są oczekiwane. To sprawiało mu satysfakcję. Ponieważ pracował w drukarni powstał projekt, żeby zatrudnić go przy druku tych książek i zaczął przy takim druku pracować. Wkrś Poznał tam syna swojego dziekana, który już nie był jego dziekanem, bo Witek po ro­ ku nie wrócił na Akademię. M]%e^ £ubił dzi^kazz jednak dziekana i nie­ chętnie słuchał 'słów buntu, których nie szczędził mu syn. %£^fc J(le był tak rygorystyczny a kiedy drukarnię nagle zlikwidowano, zobaczył, że w żaden sposób nie może dowiedzieć się, gdzie jest swa inna, bo chciał przecież dla niej pracować i zauważył, że na spotkaniach gdzie śpiewano piosenki przy gitarze i czytano wiersze■coraz mniej ludzi jest mu przychyl­ nych 1 chętnych. U Na jednym z takich wieczorów zobaczył ciemnego chłopaka w swoim wieku. Sb®kxn:leg©xsie'Ez±ułEv Kiedy tamten w tłoku przeszedł obok niego, Witek po 'cichu powiedział : -Daniel... Chłopak zatrzymał się, nie mógł poznać, ale to był Daniel. Witek ^

Strona 29

29. przypomniał mu kolonie letnie, Czerwonkę i młodą wychowawczynię, na twarzy Daniela ożyło to wszystko, okazało się, że nie mają tu wielu zna­ jomych i wyszli, jak k® nakazywał zwyczaj po kolei najpierw Witek, pocze­ kał na rogu i zobaczył koło siebie Daniela z TÓwsi^tfismHąy-js trzydzie­ stoletnią dziewczyną. - Moja siostra - powiedział Daniel. - Werka - powiedziała dziewczyna. - Witek - powiedział Witek. Daniel przyjechał na pogrzeb xx® ich matki, rozwiedzionej z ojcem przed wielu laty, która umarła teraz cicho w swoim małym mieszkaniu w odległej dzielnicy łodzi i iukz±exzxa±3Źiż sąsiedzi znaleźli ją dopiero po kilku dniach, kiedy pod drzwiami stały już cztery butelki pełne kwaśnego mle­ ka. Werkę już znamy. To ona powiedziała Buzkowi, ^skvwy^ix^xvxsnx że rana SgxziixdBrk®XMxWitkx ojca, którą przed chwilą widziała w łazience wy­ gląda jak po wyjęciu z dłoni widelca. Poszli do Witka i do rana Daniel opowigDoJb# wszystka o swojej Danii. ĄuTDSTRiKH/ Mał tam wszystko, ojciec budował śłłefale obaj a szczególnie on, Danie^ nie mogli uwolnić się od dojmującej tęsknoty i poczucia, że są za daleko. ®m±± Mówił jak brzmi po duńsku ” kawa” i "mleko”, jak mówi się "przyjechałem do Łodzi tydzień temu na pogrzeb matki a jutro muszę wyje­ chać i nie wiem kiedy wrócę”, a nad ranem zasnęli na wspólnym tapczanie. Tuż o świcie Witka obudził cichy płacz,\^aniel z głową'wtuloną w ramię swojej siostry płakał przez sen, a może na jawie. Rano Witek odprowadził ich na dworzec. Kiedy Daniel kupował bilety spytał Werki: - Przyjedziesz do Łodzi? - Za miesiąc. Równo za miesiąc. - Obciąłbym cię spotkać jakoś... Daniel wrócił z biletami,^ Oopiero z okna pociągu Werka wychyliła się się chwilę wcześniej od brata i powiedziała - poszukaj mnie. W czasie tego miesiąca do Witka znów przyniesiono książki. - Myśleliśmy, że miałeś udział we wpadce tamtej drukarni - powiedział

Strona 30

30. mu Marek - ale teraz wiemy, że chyba nie. Witka ogromnie zabolałe to podej^enie, rozniósł książki ale nie bardzo mógł się przemóc do dalszych kontaktów i kiedy spytano go, czy ^^chciałby pracować znów w drukarni, powiedział, że nie. Buzek jak zwykle dostał od francuskiej załogi kilka pocztowych znaczków. Był chyba najlepszym mechanikiem na Okęciu i wszystkie załogi i krajowe i obce chciały utrzymać z nim dobry kontakt. Budzik zaufanie swoimi grubymi łapami i uśmiechem znad wąsów. Witek odnalazł Werkę, kiedy przyjechała po miesiącu. Poszli na "Dziady” i P° wyjściu długo nie odzywali się do siebie. Potem Werka powiedziała, że mają wspaniałą historię. - Kto? - spytał Witek. - Wy, wy wszyscy. Spytała czy dziadek Witka też wiaczyis walczył. W powstaniach walczyli dwaj jego pradziadkowie i Witek powiedział jej o tym. Powiedział też o o jcu, wvwzxs±^xwywy który w czasie wojny bił się pod generałem Kutrzebą, a potem w kieleckich lasach, tak się złożyło. - Mój pradziadek zbudował fabrykę, tu w Łodzi - powiedziała Werka. - A dziadkowie zginęli na Majdanku. Byłam tam na rodznicę. Przewodniczka mówiła, że włosy ludzi stamtąd wysyłano do Rzeszy i tam robili z nich różne rzeczy. Na przykład skarpety dla załóg łodzi podwodnych. Tyle o nich wiem. I nie mogę się przejąć Konradem. Witek pedałował ją. ko^vit0wmvxa±rxymg±vxi^x Potem zatrzymał się. - Jesteśmy niedaleko domu - powiedział. - Wiem. - Za godzinę masz pociąg. Chcesz żebym cię odprowadził, czy chcesz pocze­ kać u mnie? - Nie muszę dziś jechać. Pójdę do ciebie - powiedziała Werka spokojnie. Została w Łodzi kilka dni. Znów miał przyjechać Harris i Witek znalazł x się w kręgu organizatorów jego pobytu. Tym razem miał być tylko jeden dzień ® chętnych była kilka rązy tyle^co za poprzednim sokytsan razem. Werkarwyt^shnłaprkiedyrzaczął-sżę^prawdziwy^runhs Witek znów zaszedł do ciotki z propozycją wejściowej kartki, ciotka znów odmówiła, ale kiedy

Strona 31

31. wychodził przytrzymała go za ramię. - To żydówka? - spytałam fo^^^c ^ SrCoiV^ ^^^ Hi^^t^"^* \ - Tak - powiedział Witek. - Wielu było wiskłi wielkich komunistów. - Wiem, ciociu. Werka wyjechała, kiedy zaczął się prawdziwy ruch. Na dworcu w Warszawie czekał na nią Bużek. M.ał dziwny wyraz twarzy, błysz­ czały mu oczy i właściwie nie zwracał uwagi na Werkę. Powiedział, że cze­ ka już trzeci dzień, ale czuło się, że nie i nie jest to dla niego takie ważne. - Przecież dzwoniłam - powiedziała Werka. Buzek nie odpowiedział, dopiero kiedy stanęli w kolejce do taksówek zbli­ żył do niej twarz. - Wiem kto to zrobił ojcu... Rękę pocharatał - ®®2 I co zrobiłeś? MwRękęsywfcaratsrłyy - Ukarzę go. I to mocno. Roześmiał się. Werka popatrzała na ten śmiech. - Ja nie załatwiałam nic z mieszkaniem matki - powiedziała. - A co ? - Zdradziłam cię. Podjechała taksówka. Buzek wepchnął Werkę. - Jedź do domu - powiedział - i czekaj. Zatrzasnął drzwi. Taksówka odjechał i zaraz była następna. - Do Garwolina - powiedział do kierowcy. Tak by wyglądał los Witka, gdyby SOK-ista wcześniej wypił herbatę tamtego popołudnia przed kilkoma laty. Może bardziej związałby się z ludźmi druku­ jącymi książki i biuletyny, może mniej. Może zbierałby pieniądze od pewnych\wskazany ch/ludzi i'skrupulatnie przeliczone oddawałby organizato­ rom zbiórek, może uczestniczyłby w manifestacyjnych mszach i z podnie­ sionym czołem wychodził z kościołów w przekonaniu, że robi coś ważnego dla połączenia się ludzi w dążeniu do lepszego świata. 41€ N^’ U^Z^

Strona 32

32. że zrobiłby tylko iyis to, o czym wiemy z tych kilku stron maszynopisu, tylko tyle. Ale gdyby w tamto popołudnie pociąg odjechał o piętnaście sekund wcześ­ niej, a SOK-ista zmitrężył chwilę przy popołudniowej herbacie? Wtedy goniąc pociąg i będąc o kilka kroków od poręczy ostatniego wagonu biegłby Etaił długi czas stale w tej samej odległości, a potem poręcz oddaliłaby się i Witek powoli wytraciłby szybkość, aż by stanął. Tak też mogło być i dla potrzeb ostatniego opowiadania o Witku załóżmy, że tak się właśnie stało. Wrócił, wysapawszy się, wlokąc niewygdoną torbę. Przy wyjściu do miasta czekała Olga. Witek nie spodziewał się jej, postawił torbę, blady teraz po wysiłku. - Skąd się wzięłaś ? - spytał. - Wzięłam się. Podniosła jego torbę i wzięła go pod rękę. Następnego dnia, już ubrana, spytała go jeszcze leżącego w łóżku: - Pojedziesz do Warszawy? - Dziś nie.s - A w ogóle? - Nie wiem, Przyniosła zakupy, ugotowała zupę i nie zwracała uwagi na to, że Witek nic właściwie nie robi. Potem zanosiła zupę ciotce, a jeszcze później ciotka przychodziła do nich na obiad. W trzy miesiące później wzięli ślub, w rok później Witek wrócił na Akademię i kiedy kończył xkxdsxiĘ już medycynę, a Ola pracowała w szpitalu Krystyny mógł wieczorem położyć FOTEM rękę na jej brzuchu, żeby poczuć, jak rusza się dziecko. Witek* zaczął pracować w pogotowiu, Ola EzięiasrwsnywKrtgg bez macierzyńskiego urlopu pracowała dalej, ciotka pwagaiE siedziała przy dziecku, znów energiczna i potrzebna. Kilka razy udało mu się uratować życie człowiekowi, leżało to niby w zakresie jego obowiązków, ale czuł się szczęśliwy przez kilka ToST^k TE-k następnych tygodni. 2&ezsfczEinrc^^ na akademii jako asystent, dziekan gk pokiwał głową wręczając mu kH±rak±¥x konktrakt. Jeździł razem ze studenta­ mi na białe niedziele, lecząc ludzi w podłódzkich wsiach za darmo, z

Strona 33

33. wielką przyjemnością, Ola jeśli mogła jeździła z nimi.Kiedy przyjechał do Łodzi Harris wysłali tam. swoich pacjentów*" jeśli ktoś chciał, ale 'wie­ czorem xwx®iixs±ęx Witek parodiował Wielkiego Lekarza trzymając ręce nad głową Oli z zamkniętymi oczyma, ale Olę nadal bolała głowa, więc całował ją delikatnie i wtedy przestawała. Olga co roku wyjeżdżała do Kijowa ze swoimi rodzicami, była jak na studiach spokojny k0feist^x-^%iWr K/ |W> OV{ . f o^j^i jak na studiach niezwykle oddaną, i zaborczy ^oł»^kąy Witkowi udało się uratować dziewczynę z akademika, kiedy akademik otoczył tłum gotowych na wszystko bab, bo w bramie.znaleziono o świcie martwe niemowWt^ZUA^t^ lę, a Witek zaświadczył, że żadna z fWwtSą^ tego niedużego, leżące­ go na peryferiach Łodzi domu studenta nie urodziła w ostatnim czasie dziec ka - on jeden zdecydował się w pogotowiu pojechać do tego akademika. Sais Potem, kiedy baby się rozeszły wrócił tam i powiedział dziewczynie tej dziewczynie, że powinna zgłosić się na milicjęx i nie sprawdzał nawet ona 1$ efektu, bo był pewnien, że dziew czym zgłosi się tam natychmiast. —----- J xDUn^ Oórxg®śx dnia epos ziixnavx Kiedy wrodziłiL®^ drugie dziecko, pracował już w szpitalu, biorąc tylko dyżury w pogotowiu nie dla pieniędzy, ale z nawyku, z ®iiox potrzeby wykonywania tego zawodu przez cały czas. Oki Na Akademii doktoryzował się i specjalizował w kardiologii i osiągał świetne wyniki pedagogiczne. Był w grupie lekarzy, którzy którym dane było obejrzeć operacje profesora Barnarda, brata słynnego chirurga z Kapsztadu, pacjenci wiedzieli już, że nie przyjmuje koniaków i w 5® ich domu nawet w zimie pełno było kwiatów. Kiedy zorganizowano kilktygodnio- wy wyjazd młodych pracowników naukowych da podparysking mediolańskiego szpitala, Witek znalazł się w tej grupie jako jedyny lekarz z Łodzi. Kilka dni przed wyjazdem poszli do teatru na "Dziady”. Witek zobaczył tam ciemną dziewczynę, xrxyjżxłxx kogoś mu przypominała, przyjrzał jej się uważnie, ona też,na niego spojrzała i na tym się skończyło. Naxi®tniskn OdebraV%ilet/w Wydziale Zdrowia, Olga miała dyżur tego dnia więc odpro­ wadziła go ze starszym synem naxdxexz$ tylko na dworzec, nie mogła je­ chać do Warszawy. Witek wychylił się przez okno. - Zdążyłeś ? - spytała Ola. - Zdążyłem.

Strona 34

P całował syna i żonę nim pociąg ruszył. Wychylił się w tym celu mocno przez okno. Załoga zagranicznego samolotu nie mogła znaleźć przy sprawdzanym silniku Bxxkxx swojego ulubionego mechanika. - Gdzie Buzek? - spytał jeden z pilotów młodego wwłranika specjalistę w kombinezonie. - Nie przyszedł - odpowiedział tamten. - Coś się musiało stać, dzwonili z milicji. - Ale co? - Nie wiadomo - odkrzyknął mechanik, pilot wsiadł do samolotu, spróbował, mechanik podniósł kciuk w górę. Witek przed swoim pierwszym międzynarodowym lotem wypił kieliszek koniaku z kolegami z innych uczelni medycznych. Wysypali się z autobusu i Witek poprawną francuszczyzną dowiedział się od stewardessy jak długo potrwa ±±x lot. Uśmiechnęła się do niego. Samolot wystartował, i kiedy znikał w EhmuxaEiixx®xx niskich chmurach rozbłysł nagle wielkim, nienaturalnym błyskiem. Dpiero po kilku sekundach rozległ się silny huk, a w jeszcze kilka sekund potem kawały żelaza opadły wirując w powietrzu przed filmującą to wydarzenie kssi®xę:x kamerę. Witek na zebraniu organizacji młodzieżowej nalewał sobie z butelki wody sodowej i nagle zamarł w pół ruchu. Witek xxk regulując wiilką kolejką jrxetvk®t<i9±«m Harrisa przed kościo­ łem przerwał równie nagle pracę i zapatrzył się przed siebie. (A^HP-C, *

1 / 34