ATKK-DEK-0-010

Description

Typescript with Krzysztof Kieślowski's text titled "a few remarks for the English edition of the 'Decalogue' screenplays" concerning the television film cycle "Decalogue" (1988-1989) directed by Krzysztof Kieślowski, based on screenplays by Krzysztof Kieślowski and Krzysztof Piesiewicz, produced by the Tor Film Studio. The document takes the form of a multi-page continuous prose essay in which the author - writing for the English publisher of the screenplays - explains the origins of the cycle and his own creative path, from his years working in documentary film, through the experience of martial law and attempts to film political processes, to meeting and collaborating with Krzysztof Piesiewicz on the film "No End", and finally to the decision to make "Decalogue". The author describes, among other things, the role of chance in life, the circumstances surrounding the idea for a cycle of ten films inspired by the Ten Commandments, relations with Polish Television (the project as a potential opportunity for young directors to debut), as well as key artistic choices: abandoning direct politics and journalism, focusing on emotions, passions, and the protagonists' "borderline situations". setting the action in a contemporary housing estate, and adopting a consciously non-moralizing attitude toward the Commandments. The text also includes comparative reflections and remarks on the reception of "Decalogue" in Poland and abroad. The typescript serves as an authorial commentary and a kind of preface to the screenplays of the cycle, revealing the historical, political, and creative context of one of the most important projects in Kieślowski's career. Other versions of this document bear the signatures ATKK-DEK-0-011 and ATKK-DEK-0-017.

Type of documentation
A - file documentation
Category
television film
Series name
Decalogue - general
Technique
typescript
Language
Polish
Film directing
Krzysztof Kieślowski

Page 1

Krzysztof Kieślowski kilka uwag di angielskiego wydania scenariuszy "Dekalogu". Nor dobra* Pusta kartka papieru, którą tym razem trzeba zapeł­ nić przepisem na "Dekalog". Jakie są składniki tej potrawy, jakie przyprawy a zwłaszcza czemu brać się za gotowanie czegoś, na co ni ę ma recepty,zamiast skorzystać z tylu sprawdzonych, pewnych sposobów o których wiadomo, że dają dania jadalne, lekko strawne, takie, któ­ re stosunkowo łatwo juzyżąirtt przyrządzić i sprzedać. Czemu nie ko­ media? Albo melodramat? Dlaczego nie film obyczajowy, polityczny albo jeszcze lepiej film z wyraźnym, jasnym morałem — nie pozestawia— jący wątpliwości* Oczywiście, najprostsza odpowiedź na pytanie czemu filmować "Dekalog" brzmi: "bo jest". Być może odpowiedź ta jest najbliższa prawdy i w istocie zawiera wszystkie motywacje, które złożyły się na tę decyzję. Można ją skomplikować. Ale wtedy trzeba zastanowić się, dlaczego jest się akurat w tym miejscu gdzie się jęst, a nie gdzie indziej, co się stało i jak to się stało, że ukształtowały się takie właśnie poglądy i gusta, jaka była droga* Wierzę, że przypadek jest ważnym elementem życia. Każdego, moje­ go też. Ile i jakich przypadków musiało się zdążyć, że siedzę dziś tu, w Warszawie i piszę o "Dekalogu" dŁa^angielskiego wydawnictwa? Jasne, że człowiek wybiera drogę, w jakimś sensie wybiera też przy­ padki, które na tej drodze mogą się pojawić. Na sąsiedniej są już in­ ne. Żeby zrozumieć, gdzie się jest trzeba cofnąć się wstecz i zobaczyć przebytą trasę. Co w niej było koniecznością, co wolną wolą , co przy­ padkiem. Zaraza po skończeniu szkoły filmowej w łodzi zacząłem robić filmy dokumentalne. Kochałem ten gatunek i wierzyłem, że może opisać świat. Robiłem filmy o tym co Jest, a nie o tym co można wymyśleć. Robiłem je

Page 2

2. dwanaście lato Było więc zupełnie naturalne, że kiedy w grudniu 1981 zapanował stan wojenny ehciałem zarejestrować to, co się stało<> Były czołgi, podziemne gazetki i malowane na murach antykomunistyczne hasłao Za te hasła, gazetki i strajki zapadały surowe, kilkuletnie wy­ roki wyroki więzienia. Tam, gdzie zapadały - na sali sądowej ehciałem postawić kamerę. Myślałem, że sfilmuję twarze skazywanych i tych, któ­ rzy skazują. 0 zezwolenie było tr^dnu ir^dn trudno, dostałem je dopie­ ro jesienią 1982. Kamerę powitano w sądzie niechętnie; była świadkiem, który miał pamiętać bardzo długo. Sędziowie nie znali do końca moich intencji, adwokaci i oskarżeni mogli podejżewać, że działam w imieniu skompromitowanej zupełnie telewizji i odmawiali współpracy. Nie trwa­ ło to długo. Adwokaci już po kilku dniach zauważyli, że kiedy kamera znajduje się na sali sądowej wyroki albo wcale nie zapadają albo też zapadają ale z zawieszeniem. To proste i zupełnie zrozumiałe: sędzio­ wie obawiali się, że taśmy z ich twarzami zarejestrowanymi w momencie wydawania niesprawiedliwych wyroków staną się kiedyś dowodami prze­ ciwko nim. Adwokaci zaczęli więc zawiadamiać mnie o terminach rozpraw swoich klientów; chcieli dla nich wolności a więc kamera na sali roz­ praw stała się dla nich pożądana. Rozpraw w sądach wojskowych i cy­ wilnych było kilka dziennie, aby więc obsłużyć wszystkie ”zamówienia" siusiałem postarać się o drugą kamerę i dopóki było to możliwe stawiał łem je na salach nie troszcząc się o to, czy załadowane są taśmą czy nie. Po jakimś czasie - rzecz jasna - odebrano mi zezwolenie na zdję­ cia w sądzie. Film nie powstał, bo mimo, że obsłużyłem kilkadziesiąt rozpraw nie udało mi się zarejestrować żadnego wyroku. Ale jednym z tych adwokatów, którzy bardzo szybko zrozumieli funkcję kamery na sali sądowej stanu wojennego był Krzysztof Piesiewicz. W dwa lata później pomyślałem o filmie fabularnym, który w jakiś sposób dotyczył moich doświadczeń w sądach. Byłem bezradny wobec tego wszystkiego co stanowi kuchnię procesu politycznego i wtedy pomyślałem o Piesiwwiczu. Razem napisaliśmy scenariusz ”Bez końca” i w czasie tej

Page 3

3 pracy zaprzyjaźniliśmy się* ”Bez któea" przeszło fatalnie; władza była wściekła, że film nie ma nic wspólnego z jej punktem widzenia, partyjna gazeta K¥pis¥ła^vż¥x "Trybuna Ludu" napisała, że jest "instrukcją dla podziemia", dystrybuowano film złośliwie źle. Opozycja uznała film za kompromisowy i obcy - chciała wyglądać zwycięska a film mówił o tym, że w tej wojnie przegrali wszyscy i pokazywał ludzi o opuszczonych gło­ wach. Trzecia siła polityczna w Polsce - Kościół - skrytykowała film, bo pokazywał on samobójstwo a główna bohaterka kilka razy pokazywała się bez biustonosza a raz bez majtek. Po tym wszystkim spotkaliśmy się z moim współscenarzystą na ulicy. Było zimno. Padał deszcz. Zgubiłem jedną rękawiczkę. Piesiewicz powiedział!! "Trzeba sfilmować Dekalog, po­ winieneś to zrobić". Czas był niedobry. W kilka miesięcy później trzej oficerowie km służby bezpieczeństwa mieli zamordować księdza Jerzego P^piełuszkę a Piesiewicz miał być jednym z oskarżycieli posiłkowych na ich procesie. To, co się miało dopiero stać wisiało w powietrzu. W kraju panował cha­ os i bałagan - w każdej dziedzinie, w każdej sprawie i w prawie każdym życiu. Napięcie, poczucie bezsensu i jeszcze gorszych czasów było wy­ czuwalne, oczywiste. Na świecie - zaczynałem już trochę wyjeżdżać r też obserwowałem niepewność. Nie myślę nawet o polityce ale o wkip zwyk­ łym, codziennym życiu. Pod uprzejmym uśmiechem wyczuwałem mt®y$tHWjfó wzajemną obojętność.axHMK£txKZjagBX Miałem dojmujące wrażenie, że coraz częściej oglądam ludzi, którzy nie bardzo wiedzą posco żyją. Pomyślałem więc, że Piesiwwicz ma kk#^ racjęx i że to bardzo trudne zadanie nakrę­ cić Dekalog. Spytałem go jak to zrobić. Powiedział :"Nie wiem". Nie wiedzieliśmy jeszcze dość długo. Jeden film? Kilka? A może i dziesięć? Serial, może raczej cykl dziesięciu osobnych filmów dla któ­ rych pretekstem będą kolejne przykazania? Ten pomysł wydawał się naj­ bliższy idei samego Dekalogu. Dziesięć zdań, dziesięć godzinnych fil­ mów. Wtedy, na tym etapie w grę wchodziły napisanie scenariuszy, nie myślałem jeszcze o reżyserii. Jedyym z motywów decyzji by zacząć robo­ tę był fakt, że od kilku lat pełniłem w Zespole Filmowym "Tor" funkcję

Page 4

zastępcy kierownika artystycznego^ Krzysztofa Zanussiego* Zanussi praco­ wał dużo poza krajem podejmował więc generalne decyzje, na codzień Zespół prowadziłem ja* Jednym z. zadań itayłi Zespołu jest opieka nad młodymi., debiutującymi reżyser amir filmowcami. Znałem wielu takich re­ żyserów, którym należał się debiut i wiedziałem jak trudno jest zna­ leźć na to pieniądze* Telewizja od dawna jest naturalnym miejscem de­ biutu reżyserskiego - film telewizyjny jest krótszy i tańszy, mniej się więc ryzykuje* Trudność polegała na tym, że Telewizja nie chciała taju produkować pojedyńczych filmów, chciała seriali, ostatecznie zgadzała się na cykle* Pomyślałem więc, że jeśli napiszemy dziesięć scenariuszy i zaproponujemy je telewizji jako cykl ‘'Dekalog" dziesię­ ciu młodych ludzi będzie mogło zrobić swoje pierwsze filmy* Przez ja­ kiś czas ta myśl napędzała pracę nad tekstami* Dopiero dużo później, kiedy pierwsze wersje scenariuszy były już gotowe egoistycznie zrozu­ miałem, że nie cheę oddawać ich nikomu. Kilka polubiłem i zrobiło mi się śai ich żal* Miałem ochotę wyreżyserować te filmy i stało się jasne że zrobię wszystkie dziesięć* Od początku wiedzieliśmy, że filmy będą współczesne* Przez chwi­ lę zastanawialiśmy się nad możliwością, żeby zrobić je o polityce, choć oczywiście ze względów cenzuralnych nie było to możliwe* W na­ szym kraju nie brakowało tematów na filmy o dramatycznych, tragicznych * lub śmiesznych błędach i przestępstwach władzy, każde z dziesięciu przykazań mogło się tu doczekać ilustracji* W gruncie rzeczy bawiliśmy się tylko wymyślając hipotetyczne xz fabuły* Polityka w połowie lat osiemdziesiątych przestała nas interesować* Na codzień była nudna i byle jaka, w perspektywie historycznej - beznadziejna. Nie wierzyliśmy, że polityka może zmienić świat a zwłaszcza, że może zmienić go na lepsze* Postanowiliśmy więc wyrzucić politykę z filmów. Dodatkowym powodem był fakt, że nikt na świecie nie był w stanie zrozumieć jej meandrów, my sami nie byliśmy pewni czy ją rozumiemy a intuicyjnie za­ częliśmy przypuszczaj, że "Dekalog" może stać filmem sprzedawanym za granicę. Z podobnych powodów pominęliśmy obyczaj. To wszystko co ota-

Page 5

5. 5 czało nas na codzieńj - kolejki, kartki na mięso, brak benzyny, biuro­ kracja dająca o sobie znać przy najdrobniejszej okazji, jazgot w auto­ busach, drożyzna jako iem^ixu® stały temat konwersacjiyvEkKFzy i cho­ rzy umierający na korytarzach szpitali, Codzienne życie było nieznoś­ nie jednostajne i przeraźliwie Kratery nieciekawe* Wiedzieliśmy więc, że musimy szukać dla naszych bohaterów sytuacji ekstremalnych, wyborów trudnych, decyzji, których nie podejmuje się k byle jak i byle gdzie® Zastanawialiśmy się jacy powinni być - ci bohaterowie* Musieli być wia­ rygodni i rozpoznawalni na tyle by widz mógł pomyśleć: "Znam to* Kie­ dyś tak czułem"* Albo:" Przytrafiło mi się coś bardzo podobnego"* A jednak - filmy nie mogły być w żadnym wypadku reportażami a życia, przeciwnie, powinny mieć formę zwartej, skondensowanej, nabitej kuli* Dość szybko stałomsię jasne, że będziemy ® opowiadać a uczauciach, a namiętnościach bo zrozumieliśmy, że miłość, strach przed śmiercią czy ból od ukłucia szpilką ludzie odczuwają podobnie niezależnie od prze­ konań politycznych, koloru skawry skóry a nawet od staopnia zamożności. Myślę, że życie każdego człowieka warte jest uwagi, ma swoje ta­ jemnice i dramaty, Ludzie nie opowiadają o tym bo wstydzą się, nie chcą rozdrapywać ran lub >oją się posądzenia o niemodny sentymentalizm. Obcięliśmy więc zaczynać każdy film w ten sposób, żeby bohater został wybrany przez kamerę w jakimś sensie przypadkowo, jako jeden z wielu. Był więc pomysł ogromnego stadionu na którym spośród stu tysięcy twa­ rzy zbliżalibyśmy się do jednej. Był i taki żeby kamera zatrzymywała się na kimś w tłumie przechodniów, wyławiała go i prowadziła potem przez cały film* W końcu zdecydowaliśmy się umieścić akcję "Dekalogu" w dużym osiedlu mieszkaniowym z tysiącami pudotyMKk podobnych okien widocznych w kadrze. Za każdym z tych okien - powiedzieliśmy sobie żyje ktoś komu warto zajrzeć do głowy,serca czy jeszcze lepiej brzucha. Miało to i dodatkowe zalety, Widzowie telewizyjni przyzwyczajeni do seriali mogli rozpoznawać w poszczególnych filmach swoich znajomych z innych odcinków spotykanych przelotnie w windzie czy na korytarzu lub

Page 6

6. pojawiających się z prośbą o pożyczenie soli* Pozostała sprawa najważniejsza! - jak odnieść akcje filmów do poszczególnych przykazań. Przeczytaliśmy w bibliotekach to, co było możliwe - masę interpretacji Dekalogu, omówienia i komentarze Bibli, Starego i Nowego Testamentu^ ale dość szybko postanowiliśmy zapomnieć o całej tej wiedzy. Wykorzystują ją na codzień księża, a my nie chcie- liśmy nikogo uczyć. Nie obcięliśmy przybierać tonu ludzi, którzy chwa­ lą i potępiają, klasyfikują pewni nagród za dobro i kar za zło. Raczej obcięliśmy gw± powiedzieć: "Nie wiemy tak samo jak wy. Dlatego może czasem warto zastanowić się nad tym, czego nie wiemy choćby dlatego, że to bardzo dotkliwe uczucie - nie wiedzieć". Taka postawa pozwoliła nam znaleźć rozwiązanie dla sprawy związku filmów z przykazaniami - powinien być luźny. Powinien dotyczyć przykazań w takim mniej więcej stopniu w jakim przykazania dotyczą naszego życia, w jakim pozwalają funkcjonować nie potrącając się nawzajem zbyt boleśnie. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że te istniejące kilka tysięcy dziesięfezdań lat dzie­ sięć zdań nigdy w istocie nie było zakwestionowane przez żadną filozo­ fię i przez żadną ideologię a mimo to łamane jest dzień w dzień. Mówiąc prościej i konretniej wszyscy wiedzą, że nie należy zabijać. Ale wojny trwają a policje całego świata znajdują zwłoki z nożami w gardłach w piwnicach i parkach. Pytania o to czy zabiejanie jest dobre czy złe nie można postawić bez podejżenia o naiwność lub głupotę. Ale pytanie czemu jeden gość zabija drugiego bez żadnego powodu można już spróbo­ wać postawić^ Zwłaszcza jeśli doda się do tego wątpliwość czy prawo, które zabijania zakazuje może równocześnie zabijać. Staraliśmy się tak konstruować scenariusze by po zakończeniu projekcji widz zostawał z pytaniem, z którym my siadaliśmy przed pustą kartką wkręconą w maszynę do pisania. Dośś długo baliśmy się rozmiarów "Dekalogu". Nie w sensie pracy,

Page 7

7. 1" która nas - scenarzystów a potem już mnie - reżysera czekała. Baliśmy się czegoś innego,. Czy mamy prawo dotykać tematu tak uniwersalnego i tak poważnego, tematu, który dla wielu depczących go każdego dnia na­ rodów stanowi wyraźną świętość. Te obawy łatwo zrozumieć w kraju kato­ lickim, w którym Kościół stanowi potężną siłę opiniotwórczą - takim jak Polska. Strach przeszedł nam wtedy gdy zrozumieliśmy nagle i zu­ pełnie jasno, że wszyscy pisarze, malarze, dramaturdzy i filmowcy przed nami i ci wszyscy, którzy przyjdą po nas dotykają tego; samego tematu. Czy szekspirowski Ryszard III nie miał przypadkiem ochoty na coś, co nie należało do niego? Synowie starego Karamazowa nie mieli wielkich powodów by czcić ojca swego a Raskolnikow nie miał żadnych by zabijać staruchę. Dostojewski przyglądał się swoim bohaterom uważnie, starając się ich zrozumieć.Breughel malował skat chciwców i złodziei a Woody Allen nie może sobie poradzić by nie wejść na chwilę do cudzego łóżka, bywa również, że to ktoś inny znajduje przyjemność z jego fil­ mową żoną. To samo w istocie dotyczy drugorzędnych kryminałów i trzecio rzędnych melodramatów, dotyczy Beethowena który czcił i kwestionował Boga często w ^edMymxixtyKx^amjae jednej i tej samej symfonii. Dotyczy wszystkich tych, którzy opisują życie, nastrój lub stan ducha i my po prostu ustawiliśmy się w tej kolejce opisujących. Pisaliśmy scenariusze ponad rok, jeden po drugim, po kolei. Sie­ dzieliśmy wieczorami w kuchni PiesieWicza lub w moim małym, zadymionym pokoju. Potem przez rok i dwa miesiące robiłem zdjęcia. Teraz wszystko to jest już daleko za nami. Zostały filmy, które sprzedały się lepiej niż mogliśmy przypuszczać, właściwie nie bardzo wiadomo dlaczego.

1 / 7