ATKK-DEK-0-012

Opis

Maszynopis z propozycją cyklu telewizyjnego "Dekalog" autorstwa Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza, który stał się podstawą telewizyjnego cyklu filmowego "Dekalog" (1988-1989), zrealizowanego według scenariuszy obu autorów i wyprodukowanego przez Zespół Filmowy Tor dla Telewizji Polskiej. Dokument nosi tytuł "Dekalog - propozycja cyklu / serialu TV. 10 odcinków godzinnych" i ma postać wielostronicowego maszynopisu. Zawiera część wstępną - esejowy opis założeń artystycznych cyklu (refleksje o współczesnym kryzysie rozróżnienia dobra i zła, o roli Dziesięciu Przykazań jako najstarszego zbioru norm etycznych) - oraz szczegółowe konspekty wszystkich dziesięciu odcinków, oznaczonych nagłówkami "Odcinek 1", "Odcinek 2", "Odcinek 10". Każdy z nich przedstawia zarys fabuły z głównymi bohaterami, sytuacjami dramatycznymi, relacjami rodzinnymi i zawodowymi, a także sygnalizuje związek z jednym z przykazań (bez dosłownego przywoływania go w tytule). Tekst ma charakter materiału koncepcyjnego: zapisany ciągłą prozą, bez numeracji scen, służy jako punkt wyjścia do późniejszych nowel i scenariuszy odcinków, określając tonację całego cyklu (odejście od publicystyki i polityki na rzecz opowieści o odpowiedzialności, winie, miłości, wierze i przypadkach kształtujących ludzkie losy).

Rodzaj dokumentacji
A - dokumentacja aktowa
Kategoria
film telewizyjny
Nazwa serii
Dekalog - ogólne
Technika
wydruk komputerowy
Język
polski
Reżyseria
Krzysztof Kieślowski

Strona 1

Krzysztof Piesiewicz Krzysztof Kieślowski DEKALOG- propozycja cyklu /serialu/ Tv. 10 odcinków godzinnych. Proponujemy realizację dziesięciu godzinnych odcinków telewizyjnego serialu /lub cyklu/ gdzie tytułem i tematem każdego z odcinków byłaby kolejne z 10 Przykazań. Od razu uprzedźmy - stąd bierze się skiz skala trudności tej propaycji - że traktujemy poważnie i same przykazania i opo­ wiadania, które korzystając z. tych dziesięciu prostych norm chcemy zrealiwać. Nawet bardzo poważnie. Czas, w którym żyjemy jest trudnym czasem. Nie tylko ta chwila i nie tylko tu - na całym świecie od wielu już lat pozacierały się ^see^ew^jy **^ różnice między tym co nazywamy dobrem a tym co złem. Od dywnayjużvwv wi®iux dawna już słychać - zarówno w życiu publicznym jak i prywatnym - że wybieramy mniejsze zło, coraz rzadziej wybieramy dobro. Tak ułożyły się sto­ sunki między ludźmi, między państwami czy narodami. Nie jest ambicją ani tego zapisu ani też proponowanych filmów filozoficzna czy tym bardziej reli­ gijna. wykładnia dziesięciorga przykazań, warto jednak naszym zdaniem co jakiś czas postawić zasadnicze, podstawowe, proste pytania. Czy w życiu co­ dziennym - a szerzej - czy cywilizacja nasza kieruje si^ miłością? Czy nie obserujemy rozziewu między normą a zachowaniem? Czy nie posuwamy się do na- ginania normy do zachowania? Czy nie zapominamy o zasadach dla doraźnych lub partyktilarnych osiągnięć? Ja ma się dobro publiczne do naszego, włas­ nego dobra? Pytań takich zarówno natury moralnej jak pi politycznej czy spo­ łecznej jest dziesiątki. Dekalog chrześcijański jest od dwóch tysiącleci niekwestionowanym przez żadną ideologię zapisem najprostszych norm współży­ cia. Czy dziś, w y codziennym życiu pełnym komplikacji jesteśmy w stanie odwołać się do tych norm? Czy jesteśmy w stanie przestrzegać je choćby w stopniu pozwalającym bez obrzydzenia spojrzeć na siebie samego? Czy przes­ trzeganie tych norm prowadzi w prosty sposób do tego co nazywamy dobrem, mi­ łością, jasnością? Nasza propzycja byłaby próbą odpowiedzi na te pytania a może tylko postawieniem Je po raz któryś z rzędu* Piszemy o cyklu lub serialu. Jest to rozróżnienie, które należy roz­ strzygnąć już w następnym, nowelowym etapie prac. Gdyby decydować się na cykl można z większą swobodą poruszać się zarówno w czasie jak i w konwen­ cjach. Gdyby myśleć o serialu należałoby zdecydować się zarówno na czas /nie wątpliwie współczesny/ na jakiegoś, choćby trzeciorzędnego bohatera i na

Strona 2

Krzysztof Piesiewicz Krzysztof Kieślowski propzycja cyklu filmów Tv 10 odcinków godzinnych Nie chcemy jeszcze decydować się na tytuł tego cyklu. Będzie on zawieą rał w sobie pojęcia takie jak "LOS" czy "KONDYCJA", o tych bowiem rejo­ nach współczesnego życia traktują, wszystkie filmy. Trudno także określić tę propozycję - nie jest to ani serial /filmów nie łączy akcja mb ani bo­ hater/ nie jest to też tradycyjnie rozumiany cykl.yv:£^itoyv:sl^ £fx v:xj^1W:£v:^£^^ j64£d:P^'^RrJ€^W &$^^^i^^«^-gxrką^ wz^^ W^ito^ W®?M - / jak■np. "kronika wypadków", "Sytuacje rodzinne"/ czy "Najważniejszy dzień życia"/ Są jednak dwa elementy, które w sposób wyraźny łączą wszystkie filmy. Pierwszy., który wskazuje, źe filmów powin­ no być aż dziesięć i tylko dziesięć to trop dekalogu i dziesięciorga przy­ kazań. Każdy z tych filmów - kolejno - w jakiś sposób nawiązuje do kolej­ nych przykazań. " W jakiś sposób " - chcemy przez to powiedzieć, że filmy w żadnym wypadku nie są ilustracją ani interpretacją przekazań, są raczej portretem skomplikowanych sytuacji, które niesie życie ®xk±śx® wiążąc je czy tego chcemy czy nie z tym najstarszym zespołem norm etycznych. Nie będziemy podkreślać tego związku, choć łatwo byłoby to zrobić /np. poprzez tytuł cyklu czy śródtytuły poszczególnych odcinków/, mamy jednak przekona­ nie, że wybrana przez nas tonacja całości, skala poruszanych porblemów nasuną widzowi myśl o istniejących między odcinkami związkach. Sfr^ -Będzie to więc dziesięć osobnych, odrębnych filmów o niezależnych prze­ biegach fabularnych, które złożą się na całość porządkowane jedną,, wspól­ ną myślą, zintegrowanżych odniesieniem do znanego, powszechnie i akcep­ towanego przez wszystkie ideologie i systemy zespołu norm. Drugim trópem jest perspektywa, którą przyjmujemy, perspektywa wyraźnie autor­ ska, która zawarta zostanie zarówno w scenariuszach jak' i w gotowych fil­ mach /wszystkie odcinki reżyserować ma K. Kieślowski/. Wszystkie filmy dotyczyć będą współczesności, . jest ona obecna zarówno w szczegółach jak i w tematach, sposobach rozwiązania. Nie chcemy jednak, by współczesność oznaczała doraźność, dlatego filmy choć toczą się waraź- nie dzisiaj pozbawione są wydarzeń, które w sposób dosłowny umiejscawiały­ by je w czasie. Jest to zabieg rozmyślny i przeprowadzony konsekwentnie. Bohaterowie bardzo często stawiani są przez nas w sytuacjach ostatecznycho Miłóśe, nienawiść, przeznaczenie, śmierć, wierność, zdrada, wina, współ­ czucie - ta skala zwalnia nas zarówno od doraźności jak i od charakterys­ tycznego dla małego realiźmu "opisu obyczajów".

Strona 3

2. Do uzgodnienia pozostaje sprawa ewentualnych łączników, czyli sytuacji które w' sposób fabularny czy znaczeniowy łączyłaby wszystkie formalnie wszystkie odcinki. Nie jesteśmy przekonani,, że jest® to niezbędne, można jednak taki element wprowadzić. Powinien on być neutralny i nie stanowić konkurencji dla poszczególnych odcinków. Gdyby posłużyć się przykładem takim łącznikiem fabularnym mógłby być zakład fotograficzny® a którym każ dy z bohaterów ma w jakimś momencie akcji kontakt zamawiając zdjęciecdo paszportu, legitymacjir^^ reprodukcje z jedynej^ni,-^ Wcrtkiy 0*/zdjęc z wakacji, zamawiając < odbitki,, robiąc fotografie nagrobne czy też ślubne albo rezygnując z któregoś z tych zamówień, jeśli -zdjęcie nie będą mu już potrzebne. Innym zabiegiem mogłoby być zdjęcievtłumu "przypadkowe" wyławianie przezykameręz bohaterów z tłumu /np. na ulicy/ przez^odpowiednio pracującą kamerę czy też powolne odnajdywanie wśród setek okien jednego wielkiego budynku mieszkalnego tego okna, za którym toczyć się będzie życie bohaterów odcinka. Podając te przykłady chcemy jedynie wskazać przy pomocy jakiej metody można będzie posłużyć się przy rozwiązaniu tego problemu - jeśli zajdzie potrzeba - nie są to jeszcze konkretne pomysły. _____ ___ —--------—— ----- :—- -------- _ Przedstawiony niżej zapis nie ma ambdeji -literackich. Jego celem jest zapoznanie Redakcji Filmów Tv z rejonamiyw których mamy zamiar się poru­ szać a nie przedstawienie gotowych dialogów czy nawet konstrukcji drama- turgicznych. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że niektóre odcinki przedstawio­ ne są bardziej szczegółowo, inne mniej. W niektórych dostrzec można za- rysy przyszłych rozwiązań, inne są raczej; rozbudowanymi tematami. Wszyst­ kie jednak - niezależnie od tego jak wyartykułowaną - mają zapowiedzianą myśl o którą nam idzie. Na tej podstawie napisane zostaną - w wypadku przyjęcia cyklu - nowele a później scenariusze filmów. ' ODCINEK 1. Bohaterem jest < ezżx czterdziestoletni mężczyzna. Wychowany w domu o tradycjach katolickich, ąw latach powojennych i pierwszych pięćdziesią­ tych katolicyzm, ten uprawiany był może i jako forma niezgody na tworzącą się rzeczywistość. Elementy tych informacji wystąpią bądź w formie retro- spekcji bądź raczej będą eksplikować się przez żyjące postacie z. otocze­ nia bohatera /matka, siostra etc./ W wieku trzydziestu kilku lat bohater odnajduje coś co zastępuje mu akceptowaną dotąd religię i dającego poczu­ cie sensu Boga. Tym. czymś jest nauka - bohater odnajduje w nauce to wszystko co jest potrzebne mu do rozumienia świata,® dom poczucia ładu. Proces ^ztxtzw.±K ten jest tematem ok. 1/3 filmu - pod jego koniec bo­ hater uzyskuje pewność i spokój, jego negatywny stosunek do religii obja­ wia się w sposób oczywisty choć nie natrętny - żyją ludzie, których kocha i którzy myślą inaczej a których nie chce obrażać lub odtrącać. Jest prze­ konany, że wszystkie zjawiska i wszystkie problemy dadzą się rozwiązać przyzpzraary poprzez nową odnaleziony system wartości: świat tłumaczy się . logicznie, elementy układanki tworzą całość. Bohater uzyskuje pewność i rodzaj spokoju; nic nie jest w stanie go zaskoczyć® - tak w każdym razie mu się wydaje. Życie jest dość ustabilizowane:8-letni syn, niezłe mieszka­ nie, samochód. Żona opuści^ a go kilka lat temu, kontakty są żańkis spora­ dyczne. Z myłym rozumieją się świetnie - płaszczyzna uczuciowa oczywista

Strona 4

- 3 - ale i intelektualna.'Chłopak może interesować się tym ^ czym / bohater; jeśli nauką którą uprawia będzie np. fizyka, elektronika, xsutEnratykx - na^tay - można się porozumieć i zafascynować dziś już 8-letniego chłopca teżxx/komputery, gry elektroniczne wte itp.konstrukcje/. Któregoś zimowe­ go dnia na jeziorku w okolicy osiedla bohatera łamie się lód. Ślizgało się na nim trzech chłopców, wszyscy z osiedla. Pojawiają się sprzeczne infor­ macje - kto to byli ci chłopcy. Matki, babcie ojcowie szukają swoich dzie- cixx^adv3©ziErkoxprzyyeżdżavEkipxvmiłlsy^uayxMurkuwi®yxeicx po znaj ornych, kompletach angielskiego, popołudniowych zajęciach w szkole. Synek bohatera lubił jazdę na łyżwach i bohater, który obliczając grubość lodu pozwalał mu na to. Lód nad jeziorem- okazuje się cieńszy od teoretycznych obliczeń, Bohater coraz nerwowiej szuka dziecka, nigdzie go nie ma. Dzwoni po swo­ ją siostrę, która przyjeżdża do domu, sam szuka dalej. Wszelka nadzieja koń CZY się wraz z upływem godzin. Oświetlając teren jeziora potężnymi reflek­ torami zaczyna poszukiwania w jeziorku ekipa nurków i milicjantów. Jezior­ ko jest głębokie, prace idą trudno. Tłum zgromadzonych na brzegu ludzi z przerażeniem śledzi kolejne wynurzania się nurków, kolejne puste, wydo­ bywane z wody długie pręty szukających. Bohater nie może wytrzymać napię­ cia. W domu siostra przytula go i tak, jak kiedy był dzieckiem mówi mu, że nie trzeba sumka tracić nadziei. Bohater pyta: co robić? "Zaufać Bogu" mówi siostrajBohater biegnie do budującego się na osiedlu kościoła. Koś­ ciół jest jeszcze surowy, tylko odlana w betonie, zimna piwnica służy za chwilową kaplicę. Palą się małe, robocze lampki. Bohater pierwszy raz od wielu lat modli się, kościół jest pusty. Bohater mówi, że nie wierzy w Boga i wie że to niemożliwe, by sprawił cud, modli się jednak - by wbrew rozumowi - Bóg ocalił dziecko. Do kaplicy wchodzi siostr^TT^^ka przy^tahaterze. Bohater patrzy na nią i wis rozumie: w jeziorku znaleziono ciała. Wybiega z kaplicy. Nad jeziorkiem: na łódce ratowników leżą twEtecŁała trzy mokre, jakby mniejsze niż za życia ciała chłopców. Wśród tłumu jest ksiądz. Kobiety płaczą, mężczyzźni też. Bohater zbliża się do łódki. Jego syn ma spokojną twarz. Ksiądz uspakaja klęka obok łódki. Za nim inni. Ksiądz rozpoczyna modlitwę za dusze zmarłych. Bohater stoi dłuższą chwilę, w końcu jaki i hh inni klęka na zmarzniętej, porytej samochodami ziemi i modli się razem__ze wszystkimi, ^Dasna^rsSisktory silne reflektory. ODCINEK 2. ,M^^^^»»^;'.wliMiii^^^ Ordynator ma sześdziesiąt ±x±x parę lat. Wygląda na człowieka zasadni­ czego, pedantycznego, dostęp do niego jest trudny. W dużym pustym mieszkaniu przygotowuje się do wyjścia. Bierze -duży* kosz^dTpuste butelki po mleku. Na klatce schodowej, przy oknie stoi kobieta. Pali papierosa. Ordynator jest w płaszczu, koebieta w bluzce, widać mieszka tu. Ordynator przypatruje się jej. Kobieta kłania się, robi krok jakby coś chciała. Ordynator odkłania się me-

Strona 5

4. chanicznie i czekając na windę patrzy w jej stronę. Kobieta odwraca się dc okna. W sklepie ordynator kupuje Ki chleb, ser, etc. i oddaje puste butelki po mleku. Wysiadając z windy widzi tą samą kobietę stojącą w tym samym miej­ scu. Kiedy w mieszkaniu zdejmuje płaszcz zerka przez judasza. Kobieta stoi pod jego drzwiami i nie może zdecydować się, by nacisnąć dzwonek. Ordynator czeka, jeszcze chwilę, rozpakowuje kosz i otwiera, drzwi. "Pani czegoś chce ode mnie?" - pyta. Kobieta potwierdza. Mieszka na ostatnim piętrze i ma na- dzieję, że ordynator ją pamięta. "Tak, Dwa lata temu przejechała pani mojegc psa" - mówi ordynatora i otwiera szerzej drzwi. Rozmawiają w przedpokój#. Kobieta mówi jak się nazywa. Jej mąż leży na oddziale ordynatora. "Możli­ we...X.s nie pamiętam wszystkich nazwisk.it Chodzi o stan zdrowia?" Kobieta potwierdza. "Przyjmuję w środy. Od szesnatsej do osiemnastej. Proszę przyjść do szpitala." "To za pięć dni..." - mówi kobieta. "Tak, dziś sobota" - po­ twierdza ordynator. Mąż Doroty - bo tak ma imię kobieta - jest starszy od niej o 7-8 lat. Blady, chudy, wymęczony po operacji leży w jednym z łóżek dużej sali. Do­ rota patrzy na niego z bolesnym zdumieniem, które zwykle ogarnia nas na wi­ dok człowieka, którego na naszych oczach opuszcza życie. Być może wstrzymu­ je łzy. Mąż leży z zamkniętymi oczyma. Nie wiemy czy śpi. W środę Dorota wchodzi do gabinetu ordynatora. Ten jest w białym kit­ lu- i nie rusza się zza biurka, sięga tylko po teczkę chorego. Dorota wyjmuje papierosy i zw^iJ?vWW^ nie widzi popielniczki. "Można...?" - pyta. "Ja nie palę, ale jeśli' pani musi..." Dorota chowa papierosy. Ordynator przegląda teczkę.Eh® Ogląda zdjęcia, czyta. "Operacja była konieczna "mówi po długiej chwili nie odrywając się od papierów - "ale według tego co tu widzę są przekuty". Dorota pyta co to znaczy. "Zle" - mówi krótko ordy­ nator. Dorota musi zadać oytanie, które zadaje się w takiej sytaucji: czy będzie żył. Ordynat orx^^f^|f^, nie wie. Uważa rozmowę-za skończoną, ale Dorota nie wychodzi. "Pan jest wybitnym specjalistą " - mówi - "Pan musi wiedzieć. I ma pan obowiązek powiedzieć mi". "Mam obowiązek leczyć pani mę­ ża jak umiem najlepiej. I jedną tylko rzecz wiem. Że nie wiem". Ordynator wstaje z miejsca i żegna się z Dorotą. Przed szpitalem o zmierzchu Dorota czeka w Yolkkswagenie. Ordynator wychodzi ze szpitala i rutynowo, skręda w boczną ulicę. Dorota podjeżdża. "Podwiozę pana doktora" - mówi, ale ordynator nie chce, chodzi zwykle ze szpitala na piechodię. Odchodzi, a Dorota patrzy za nim z wściekłością. Przed domem czeka siedząc w samochodzie. Ordynator wychodząc zza rogu widzi Yilkswagena z siedzącą w środku Dorotą. Wchodzi do innej klatki scho­ dowej, wjeżdża na' ostatnie piętro i korytarzem prowadzącym przez całą dłu­ gość budynku przechodzi do xww$y swojej klatki, po czyni zjeżdża windą na xwe¥#vxwk# swoje piętro. Dorota zwwża zauważa światło, które zapala się .w oknie ordynatora. Nie zdążyła się nawet zagotować woda w czajniku, kiedy pochylonego nad kuchenką ordynatora podrywa dzwonek do drzwi. Chyba domyśla się kto dzwoni. _________ _________ .____________ _______________________________ __ _

Strona 6

5. Przez chwilę zastanawia się czy nie wyłączyć dzwonka, ale rozumie absurd te­ go gestu. Otwiera drzwi. "Muszę wiedzieć..." - mówi Dorota agresywnie. Ordy­ nator wpuszcza ją do środka. Nie zdejmując kożucha Dorota siada na w wygod­ nej kanapie. "Strajk okupacyjny?" - pyta ordynator i. po raz pierwszy może uśmiecha się lekko. Dorota jest zdecydowana. "To nic nie da, proszę pani. Może pani zapalić". Dorocie lekko drżą ręce, kiedy zapala papierosa. "Ja bardzo kocham męża..." - mówi. "Tak, widziałem państwa kilka razy. Tak wyg­ lądało". "Muszę wiedzieć..." - powtarza po raz któryś Dorotaz — "przecież medycyna...dziś..." - plącze się w napięciu. " Medycyna trochę wie o skutkach nic o przyczynach, bardzo mało o prognozach..." "Amerykanie mówią swoim cho­ rym..." - przerywa mu Dorota. " Na nie im się przeważnie sprawdza, na tak rzadziej." k " Nie wiem czy pan mnie zechce...czy pan mnie może zrozumieć" - mówi Dorota -" Kocham męża, naprawdę go kocham i. chcę- zrobić dla niego wszystko co mogę."" Nic pani nie może" - mówi spokojnie ordynator - "może pani czekać". Dorota nabiera oddechu* - "Kocham też innego mężczyznę". "Rozumiem" - mówi po dłuższej chwili ordynator. "Jestem z nim w trzecim mie­ siącu ciąży. Długo nie mogłam mieć dziecka, teraz wyszło. Wiem, że jeżeli usunę ciążę, nie będę miała już szans. Jeżeli mąż będzie żył.... nie będę miała tego dziecka. To jest mój problem" - mówi już spokojnie Dorota. Milczą. "Na wyzdrowienie ma kilka procent szans, na wegetację przeżycie i wegetację może 10, 15%. Tak mówi medycyna. Ale ja jestem człowiekiem głęboko wierzącym i wiem, że los zależy nie tylko od medycyny, od chorego i od choroby. Zbyt wielu widziałem w życiu ludzi, którzy żyli, choć nie powinni i takich którzy umierali* bez pw® powodu. Mnie nie wolno...ja nie mogę wydawać wyroku". Doro­ ta słucha go w milczeniu. Długo, metodycznie gaji papierosa w'pudełku zapa­ łek. Z pudełka bucha krótki płomień zapalonej gwałtownie siarki* Dorota uś­ miecha się. "On będzie wiedział, że to nie jego dziecko? " - pyta ordynator. "Oczywiście" - mówi Dorota i podnosi twarz gdzie przez ślad uśmiechu p® widać łay. "Ludzie czasem godzą się..." - mówi ordynator. " Nie mogę mu tego zrobić. Nigdy nie mogłam...A teraz...." xxkuńczyxD®v®vax Dorota patrzy na or­ dynatora* - "Pan wierzy w Boga?" "Wierzę." "Mnie jest trudniej..." - kończy Dorota - "Nie mam kogo spytać co robić." W ciemnym pokoju dzwoni telefon. Pod dłuższej chwili Dorota zapala lam­ pkę i podnosi słuchawkę. "Nowy Jork do pani" - mówi zaspana telefonistka a potem już głos mężczyzny słychać bardzo wyraźnie, jakby dzwonił z sąsiedniej ulicy. On słyszy słabo, bo zaczyna od kilka razy powtarzanego "Słyszysz mnie? Słyszysz mnie? Dorota?". Pyta czy ją obudził. Oczywiście, jest dopiero czwar­ ta. Chce wiedzieć czy Dorota coś wie. Ona nie wie nic. "A jak się czuje? Jak się Andrzej czuje? " "Zle" - mówi Dorota. Chwilę milczą. "Pojutrze idę na za­ bieg" - mówi Dorota. "Mów głośniej!" - krzyczy mążczyzna zza oceanu i Doro­ ta krzyczy do niego sylabizując tą wiadomość. Mężczyzna milczy i trwa to tak długo, że Dorota pierwsza mówi "Halo". " Słuchaj" - mówi mężczyzna spokojnie, jakby przemyślał wszystkie słowa kolejne słowa - " Słuchaj, jeżeli to zrobisz

Strona 7

6. , jeżeli to zrobisz a Andrzej umrze... nie będziemy mogli być razem". "Wiem"- odpowiada natychmiast Dorota. Tamten znów milczy. Po chwili Dorota mówi, że ta rozmowa będzie go kosztowała majątek, on to wie i powtarza tylko: nie bę­ dziemy mogli być razem. Dorota już się nie odzywa, kiwa głową jakby mógł to, zobaczyć. "Dostałaś paszport?" "Wczoraj..." - mówi Dorota. MwtzaSS X Oi&x#£O$#O#&* . Tamten znów milknie. "Zrozumiałaś mnie dobrze?" "Tak, dob­ rze". "Kocham, cię" - aw®*s^^ mówi tamten i czeka na Dorotę. "Ja też" - mówi Dorota w chwilę po tym jak odłożyła słuchawkę. W pustym laboratorium, wyraźnie po normalnych godzinach pracy ordynator ogląda coś pod mikroskopem. Trwa to długo. "Poprzedni-wycinek proszę" - mówi do młodej pielęgniarki i znów patrzy. "Jeszcze wcześniejszy". Znów patrzy i prosi o najnowszy. Dorota wchodzi do niedużego pokoju pełnego segregatorów. "Chciałam od­ dać paszport" - mówi do kobiety w średnim wieku. Tamta pyta o nazwisko i szu­ ka w segregatorach. "Pani dwa dni temu odbierała..."- mówi zdziwionas - "Do Stanów Zjednoczonych". "Tak" - odpowiada Dorota. "Pani nie musi go teraz od­ dawać, nawet jeśli podróż przesunęła się na później." "Ja zrezygnowałam" mówi zdecydowanie Dorota. Ordynator stojąc pod oświatloną na niebiesko, matową szybą ogląda zdję­ cia rentggnowskie. Tych zdjęć jest wiele i ordynator porównuje je w skupie­ niu. Dorota siedzi obok łóżka męża. -Andrzej ma zlepione potem włosy, $kx± policzki bardziej zapadnięte niż poprzednio, niegolony zarost sterczy ze spiczastej brody. Rurki kroplówki. Mała nerka, w którą odpluwa co chwila nie otwierając oczu. Przez EbwiięxpxzEZxjEgnviwarx moment jego twarz jeszcze bar­ dziej zniekształca grymas 'bólu. Dorota siedzi spokojna, patrzy uważnie, ma nieruchomą, zaciętą twarz. ' Drwzi gabinetu ordynatora otwierają się. W gabinecie trwa jakaś narada, kilku lekarzy, pielęgniarki, etc. W drzwiach stoi Dorota. Ordynatr patrzy na nią, przeprasza obecnych i wychodzi do sekretariatu. "Niech pani nas zostawi na chwilę" - mówi do sekretarki. "Nie trzeba. To sekunda" - mówi Dorota i patrząc prosto na ordynatora mówi: "Pan nie chciał wydać wyroku na mojego mę­ ża. Ale nie chcę, żeby pan miał spokojne sumienie, bo wydał pan wyrok na moje dziecko". "Niech pani nas zostawi" - mówi ordynator jeszcze raz do sekretarki Ta wychodzi. "N±®.ukvpsr "Za godzinę mam zabieg" - mówi Dorotą patrząc, na zega­ rek i xbivEaxsięxdzvwy^ŚEiBX idzie do drzwi. "Niech pani tego nie robi. On umrze." - mówi cicho ordynator. Dorota odwraca się od drzwi. "Przekuty są ' szybsze i groźniejsze niż przedtem.1 Nie ma szans". Dorota podchodzi do niego blisko. "Pan wierzy w Boga" - mówi - "Niech gan przysięgnie". "Bóg mi świad­ kiem. Umrze". - mówi równie cioho jak przedtem ordynator. "Karta zwolnienia " - mówi sekretarka podsuwając ordynatorowi papiery do podpisu. "Jak on z tego wyszedł, panie ordynatorze?" "Nie wiem" - mówi ordy­ nator - "Naprawdę nic nie wiem". Podchodzi do okna. Przez dziedziniec szpitala w stronę yolkswagena idą Dorota z Andrzejem. On jest bardzo osłabiony, ona w wyraźnej ciąży więc podtrzymują się nawzap jem. Albo ona albo on powiedział coś śmiesznego, bo oboje śmieją się nagle. Ordynator patrzy uważnie, bo Dorotą stanęła nagle w miejscu. Bierze rękę Andrzeja- i kładzie ją sobie na brzuch. Stoją tak chwilę, tuż przy samocho­ dzie .

Strona 8

ODCINEK 3. Wigilia. Pasterka. W dużym kościele tłum ludzi. Dekoracje,choinki, lampki,, -szopka. Kilka ostatnich słów ksi^dza.xxmtayx..."te radosne dni, które spędzicie ze swoimi bliskimi powinny być dniami roazinnego szczęścia. Trudno znaleźć dziś szczęście w życiu publicznym* dlatego też xrakxpis tym.bardziej miłości i dobroci szukać trzeba wśród biżsktKń najbliższych.”. Wśród tłumi ludzi zasłuchanych, poddających się nastrojowi adnajdujemy 40-letniega mężczyznę. Przytulona do niego kobieta, przystojna, jasna. •Dwoje dzieci. Obok babcia i dalsza rodzina :t brat żony ze swoją żpną 4 doros łym prawie synem, 16-letnia siostrzenica, troje przyjezdnych w średnim wiek ku. Janusz mruga posczwmiewawEzz wesoło do’córeczki, to jej pierwsza paster ka, jest szczęśliwa i wniebowzięta. Ksiądz kończy: ...” chciałby też byście pvmiętaiiv®vtymyxżE w tych dniach znaleźli czas na refleksję nad sobą, na szukanie Boga..." Janusz patrzy przed siebie, coś przeszkadza mu skupić uwa gę. Cwierćprofilem, kilkanaście osób przed nimi stoi ciemna kobieta, isśii Może czuje na sobie wzrok Janusza, może nie, w każdym razie odwraca się ty­ łem. Janusz odrywa wzrok. Myślał, że to kto inny? Mroźna noc. Gała rodzina wraca do domu. Janusz z dziećmi śTiżga się na oblodzonej jezdni. Jego żona prowadzi babcię. W oknach choinki, zapalone światła. Przed domem Janusz przypomina sobie o szampanie. Otwiera drzwi Piata z emblemetami taksówki. "Zamrożony!" ń- woła do pozostałych. W hollu próbują złapać dwie windy, izissi nie zmieszczą się w jednej, trwa przepy­ chanka, dzieci chcą być windziarzami, śmiech, tuż Przed nosem Janusza zamy­ kają się automatyczne., drzwi. Dostrzega ciemną, kobiecą postać cofającą się za załom muru. W dobrze urządzonym mieszkaniu duży stół. Po wigilii pełno na nim ta­ lerzy i resztek jedzenia. Zona Janusza, siostrzenica, babcia sprzątają, ro­ bią herbatę, Janusz zajęty przygotowaniem do szampana. Dz eci przy prezen­ tach, gwar. Ostry dźwięk domofonu. Janusz, zdejmuje okulary dalekowidza, któ­ re włożył do czyszczenia szklanek. Podnosi słuchawkę. Zmienia się na twarzy "Tak" - mówi - "dobrze’.' Pytające spojrzenie żony. kręci przy sa­ mochodach" . Wychodzi ż drzwi domu. Przy domofonie nikogo. Na klatce schodowej, w holiu pusto. Otulając się marynarką biegnie dookoła budynku. N^c. Wracas wściekły. Wyciera buty, otrzepuje śnieg, podnosi wzrok. Przed nim ciemna, 30-letnia kobieta. "Dzwoniłaś...." W^nrylc^Edward zginął.. Pomóż mi." "Edward?" "Pomóż mi poszukać." "Dziś? Teraz?" Kobieta kiwa głową. "Co powie­ działeś?" "Że ktoś się kręci przy samochodach". "Daj kluczyki". Zanim Janus: ma czas ochłonąć jego Fiat-taksówka odjeżdża sprzed domu pełnym gazem. W mieszkaniu, wkłada kożuch, prosi żonę żeby rozlała szampanaz i zadzwo­ niła' na milicję. "Odjechał Wisłostradą" - mówi-" może coś złapię". Wychodzi

Strona 9

3 • dymu.Biegnie* Jaleko za roSiem 3eS° Fiat wypluwa w mroźne powietrze kłęby pasy. Ewa siedzi już na miejscu obok kierowcy. Z rozmowy możemy zorientować się, że kilka lat temu /powiedzmy 5 lat temu/ byli razem, ki® Edward,, który teraz zginął,3 mąż Ewy przeżył to mocno i mimo, że od tametj pory nie widywa­ li się /może raz, przypadkiem/ Edward, jak mówi 5hj±exusyB»itvsi.ę®x Ewa "nie uspokoił się". Teraz, przed wigilią wyszedł i nie wrócił do dwunastej w nocy. "Byłaś na pasterce? W naszym kościele?"- pyta Janusz. "Nie, skąd." - mówi Ewa. Nie wiedzą jak i gdzie szukać Edwarda. "Szpitale, komendy" - mówi Janusz Ewa chwyta się tego pomysłu. Ruszają. W szpitalu na portierni pusto. Słabe światło na korytarzach, pozamykane drzwi. Schody, na pierwszym piętrze wxdx smuga światła z jakiegoś pokoju. Gra radio. Podchodzą. Na stole lekarskim choinka. Radio gra głośno. Lekarz z odchyloną do tyłu głową' śpi. Mruga powiekami, zmęczony. iwani^smaYdyżuru W tym szpitalu nie ma ostrego dyżuru, nie. mogli tu nikogo przywieźć. Czy może zadzwonić? Może. Dzwoni. "Jak nazwisko?" - pyta Ewy. "Ile lat?" "trzydzieści jebcny siedem. Garus". Na pogotowiu nic nie wiedzą. Dzwoni jeszcze na ostry dyżur. Tam mają kogoś z wypadku, bez nóg, nie żyje. Nie miał dokumentów. "0 której wyszedł?" - pyta lekarz Ewy. "® W południe" - mówi Ewa. To mwżwxt>yćx iwx chyba nie to, przywieźli go o 11.30. "Nie pamiętam dokładnie o której wyszedł." - mówi Ewa w samochodzie^ i za chwilę każę skręcić Januszowi w boczną uliczkę, potem w prawo, znów w pra­ wo i stanąć. Komisariat widoczny jest za rogiem. "Nie podjeżdżaj" - mówi Ewa, - "twój samochód jest skradziony, prawda? Dzwoniłeś?" "Żona dzwoniła" - mówi Janusz. Zapomniał o tym, albo nie przyszło mu do głowy, patrzy zdziwiony na precyzję Ewy. Na komendzie też nic nie wiedzą. "Pił?u pyta dyżurny milicjant. "Dziś?" "W ogóle.." "Od kilku lat tak" - opowiada Ewa. "A dziś?" "Pewno też". "Zadz­ wonić na izbę?" Ewa nie chce, mówi że pojadą. "W wigilię przeważnie spokój"mówi milicjnat jakby na usprawidliwienie pustego.posterunku, a może chce po­ cieszyć Ewę. Lekarz, prowadzi ich długim pustym, korytarzem. Puka w małą szybkę. Wychy­ la się starszy, człowiek. "Ten bez nóg" - mówi lekarz. Ewa patrzy na Janusza. "Nie mogę"- mówi.- "Zobacz". Janusz wchodzi. Starszy człowiek przygląda mu się uważnie. Podchodzi do jednego z® metalowych stołów i zdejmuje płaszcz z głowy leżącego tam mążczyzny. Jest pokiereszowana, w jakimś dziwnym grymasie wystają zęby. Janusz milczy. "Ten panie redaktorze?" - pyta mężczyzna. Janusz patrzy na niego. "Nie wiem". "Pan robił u nas. reportaż, jak jeszcze pracowa­ łem wv^axtadachvDmbżaxskiKk na kolei#. Dawno pana nie widziałem, ani w tele­ wizji..." "Pakt" - mówi Janusz. "Co się porobiło..." - mówi mężczyzna. Janusz wraca do Ewy. "Nie mogę go pxxxi poznać. Raz go widziałem....Musisz sama". .WracayąYrazcm® Wchodzą razem. Ewa odwraca raptownie głowę i wtula ją w ko­ żuch Janusza. Janusz gładzi ją po włosach. Ewa podnosi na niego suchą twarz. "To nie on" - mówi. - 068łt$teĄ$&$^^

Strona 10

3- to Jadą. Widać milicję kontrolującą jakiegoś Trabanta. Janusz zwalnia. Przejeżdża o&ok kontrolujących, potem przyspiesza. "Trzymaj się"- mówi do -Ewy. Jedzie coraz szybciej. Samochód tańczy po zakrętach ronda. -Ewa ogląda się. "Jadą". Bardzo dlaeko na pustej ulicy widać- rzezczywiście migocącej niebiesko k$gn±a światło. Janusz jeszcze przyspeisza. Przelatują obok wesoło oświetlonej ulieznej' choinki. "Zwolnij" - mówi Ewa. Janusz zwalnia. "Masz dokumenty?" Kiwa głową. "Jedz powoli". Niebieskie światło rośnie w oczach. Polonez z poślizgiem zajeżdża im drogę. Dwaj milicjanci wyskakują. Szaripą Szarpią drzwi. "Wysiadać. Ręce na dach". Obszukują ich. "To pańskie auto?" Sttzyrf. Janusz potwierdza, wyjmuje dokumenty. Sprawdzają. "Mieliśmy zgłosze­ nie, że kradziony". "Znalazłem" - mówi Janusz - "porzucili na Wisłostradzie" Polonez odjeżdża. Janusz ciężko oddycha. "Może wrócił? "- mówi do Ewy. W niedużym mieszkaniu wszystko przygotowane do Wigilii. Stół na dwie o- soby, paczuszki pod choinką, ciepło. I pusto. "Zjedz coś" - mówi Ewa - "Tak cię wyrwałam..." Janusz nie jest głodny, Ewa robi sherbatę. Siedzą naprzeciw siebie w ±cjvnigwasx)iKp tej niewesołej, dekeracji, Janusz jam grzeje sobie ręce o szklankę. "Opowiedz" - mówi do -^wy. Ewa opowiada.® Po ich rozstanie, o które, jak mówi,nie ma przecież pretensji, nie kochała już Edwarda i on jej też nie kochał. Zajmował się dalej matematyką ale już bez. tg® tego co dawnie j zapału. R^żyateffixtP¥gh^ vp$x yxp®tgmxwd ^cep vxSkvp O>wałx yakichśx fc®±K- g^yx^YKyg&£v^^ygyg&ywsarx]o:Miitóvx©x^ravxii±tealx Wszystko było niby w porzą dku, bo przećieżwybaczył jej, tak się umówili, ale życie nie wróciło do nor my. Slip Upijał się często z dziwnymi, coraz mętniejszymi ludźmi, nie chciał siedzieć w domu. Dzwonił z dworca, albo z lotniska, mówił, że wyjeżdża, po­ tem w nocy wracał."Spałam z nim tylko raz. Wtedy jak wyszedłeś". Janusz pa­ trzy na nią, przeprasza, wychodzi do łazienki. Na półeczce leży maszynka do golenia. Janusz w nagłym odruchu rozkręca ją. Wś środku zardzewiała, od lat nieużywana żyletka. Wraca. Ewa nalewa do talerza gorący bardzcz z uszkami. "Zjedz, proszę cię...". Jedzą w milczeniu. Potem Ewa nakłada karpia po kawa­ łeczku karipa i kiedy Janusz wyjmuje z niego ości nagle wstaje. "Zapomnieliś .my o opłatku!! Podchodzi do Janusza z kawałkiem opłatka. Janusz wstaje sztyw­ no, ale Ewa podaje mu tylko rękę. "Wszystkiego" y mówi-"jedziemy dalej?" Akumulator jest słaby, samochód nie chce zapalić. Już szaro. Na poblis­ kim przystań postoju taksówek dwóch chłopaków. Janusz prosi, żeby pomogli popchać. "A podrzuci pan nas? Na Pragę". "Nie mogę. Spieszę się." "To nie pomożemy." Janusz z trudem rozpycha ciężkiego, zmrożonego Fiata. Wreszcie na małej pbhyłości zapala Ewa puszcza sprzęgło, silnik pracuje. Zasapany Janusz wskakuje do toczącego się samochodu. "On zapuścił brodę? Edward.." Ewa patrzy podejżliwie."Czemu?" Hamuje. "Czemu pytasz?" Janusz może powie- ' działby coś o zardzewiałej żyletce, ale rezygnuje widząc wzrok Ewy. "Chcę wiedzieć a kogo szukam", ‘'pi^, ^^^ &pZ BtlcO^ ■ - ^tw^ 2^^-, Drzwi izby wytrzeźwień zamknięte. Janusz Obchodzą ją dookoła. Pali się małe, zakratowane okienko. Zaglądają. W Strumieniach wody puszczanych ze

Strona 11

szlaucha kuli się dwóch mężczyzn. Szlauch trzyma potężnie zbudowany facet, w białym kitlu. Janusz puka w okienko. Facet patrzy w ich stronę. Zamyka wodę Otwiera drzwi. "Ga rus.. .Garus.." - mówi i otwiera jedną z. metalowych kasety z literką "G". "Żyd?" - pyta znajdując $xk jedną z kart. Ewa zdziwiona zaprze -cza. "Był jeden Garus w 79 roku. Żyd." - mówi facet. "Każdy ma taką kartę?"pyta Janusz. "Musi byó porządek'.' - wyjaśnia facet - "Niektórzy się nie przyz­ nają, ale jak ich wezmę pod szlauch, zaznaczam sobie". Ciągnie Janusza do po­ mieszczenia ze szlauchem. Dwaj ki nadzy pi jacy się pod ścianą z zimna. "To nie któryś z nich?" - pyta facet i puszcza wodę. Janusz kiwa przecząco głową. X Pijacy chowają się po kątach przed strumieniem. "0 jak tańczą... proszę bardzo...Pierwsża sprawa czystość". Białe TAXI podjeżdża pod dworzec. Ewa z Januszem’chodzą po pustych pe­ ronach, poczekalniach, korytarzach. Tu i tam ktoś śpi na ławce. Na środku peronu oświetlona choinka. Janusz patrzy w kierunku zawieszonej nad peronem kamery Txx telewizji przemysłowej. Wchodzą do pomieszczenia z napisem "wstęp wzbroniony". Na ekranach kilku telewizorów widać wszystkie te miejssca w któ­ rych byli przed chwilą. Na stole choinka. Chwilę stoją, wychodzą, Bod drzwia­ mi zatrzymuje ach dziwny dźwięk. W Korytarz obok ma chodnik z lekką pochyłoś­ cią. Młoda, brzydka kobieta w kolejarskich spodniach zjeżdża poi tej pochyłoś ci na deskorolce. Doganiają ją. "Pani ma tu. dyżur?" - pyta Ewa. Kobieta kiwa głową. "Nie było tu jakiegoś wypadku? Szukamy...nie wpadł ktoś pod pociąg?" "Nikt " - mówi kobieta - "Jeżdżę trochę, bo przysypiałam..." "A nie widzała pani takiego mężczyzny w okularach, w krótkim korzuszku, takiej kurtce... często tu bywa, ale nigdzie nie jedzae.." Kobieta kr nie widziała. Mówi, że różni się tu kręcą. Bierze pod pachę swoją deskę i odchodzi. Przed dworcem młody chłopak ucieka przed dwoma innymi. Sprawa musi byó poważna, bo gnają bardzo szybko. Uciekający ma może 15 metrów przewagi. "Zwoi -nij® - mówi Ewa i kiedy są na wysokości uciekającego otwiera tylne drzwi. "Wskakuj!" - woła. Tamten łapie się drzwi, chwilę ślizga się s±^ po oblodzo­ nej jezdni i wreszcie z trudem wciąga się do wnętrza. Oddycha szybko, w ką­ cikach ust krople śliny. "Dokąd?" - pyta Ewa. Tamci dwaj widząc, że są bez sznsv szans zawracają i biegną do stojącego daleko samochodu. Chłopak kiwa głową, że nie chce nigdzie. " I tak mnie złapią..."- bełkocze. "To po ucae- kasz?" - pyta Ewa."Bez sensu..." - mówi chłopak. Prosi o zatrzymanie przy przejściu podziemnym w Alejach Jerozolimskich i znika w przejściu. "Stań pod Monopolem" - mówi Ewa. Janusz skręca w prawo i jeszcze w prawo. "Zgaś świat­ ła". Janusz gasix silnik i światła. Od dworca nadjeżdża tamten samochód. Dwaj chłopcy stają na chodniku i nie zamykając drzwi wbiegają do przejścia. Jest już widno i zupełnie pusto. Widać całe rondo. Z przejścia nikt nie wychodzi. Ewa patrzy na Janusza. "Idź tam" - mówi po chwili. Janusz zapala silnik. "Wracam" - mówi. Kiedy skręcają w x±kcx ulicę prowadzącą do domu Ewy, ta nag­ le łapie za kierownicę. Samochód, raptownie skręcony ślizga się chwilę. Ja­ nusz próbuje wyrwać z rąk Ewy kierownicę, ale ona trzyma mocno. Samochód nie­ uchronnie zbliża się do słupa i uderza. Stłuczona latarnia, pogięty błotnik.

Strona 12

44 ^1 Janusz wyrżnął głową w lusterko. Z rozciętego czciła cieknie krew. Wysiada, nabiera w dłonie śniegu i próbuje zatamować krwotok. Śnieg jest brudny, na twąrzy krew i brud* Ogląda szkody, silnik pracuje, w sumie nie jest to groź­ ne. Pochyla się nad maską, klęka. Ewa wysiada z samochodu. Rozpina szeroki płaszcz, wyjmuje ze spódnicy bluzkę i obdziera kawał. Wyciera twarz Janu­ sza. "Jeszcze na lotnisko" - mówi - "Ostatnie miejsce..." Lotnisko to pierwsze miejsce, gdzie nie widać świąt. Tłum jak zwykle przy odlotach, pełna SSfeśf^ffeh restauracja na górze, tłok przed szybą oddzielającą oczekujących od tych, którzy przylecieli. Janusz przytruje się Ewie. Ta uważnie lustruje Karukiem twarze tych za szybą i przed szybą. Zatrzymuje się. Ściska Janusza za rękę. Janusz, patrzy za jej skupionym, ostrym spojrzeniem. Przed celniczką stoi Edward. Ma na ręku malutkie dziec- ko. Obok niego. 25~ letnia, piegowata dziewczyna trzymająca za rękę starsze— go* 5 — letniego chłopca. Celniczka pyta o coś kobietę, Edward najwyraźniej^ bo z tej odległości nie słychać:, tłumaczy. Dziewczyna śmi^ą^rui^ kiwa prze­ cząco głową, wszyscy i Edward i dziewczyna i celniczka śmieją się, bo. dziew­ czyna pokazuje obrączkę, chyba chodziło o złoto. Biorą dwie spore walizki i klerują_się do wyjścia. "Chcesz żeby nas zobaczył?" - pyta Janusz. "Nie"- mówi Ewa i wycofuje się w tłum, chowa. Edward z żoną i zagranicznymi dzieć­ mi przechodzi obok. "Chciałaś, żebym ja to zobaczył?"."Nie"x - mówi Ewa. "To po co?"- pyta Janusza - "Czemu wyciągnęłaś mnie zxmm nocy, w święta... w taki dzień...." "Nie jestem egzaltowana...?" - pyta Ewa. "Nie". " I-jes­ tem dokładna, precyzyzjna, dobrze planuję, prwada?"o "Tak" - mówi Janusz. "I nie kłamię?" "Nie kłamiesz." Obok nich przepychają się ludzie z waliza­ mi, z tobołami, inni z kwiatami i z dziećmi na barana."TQ już czwarte świę­ ta" - mówi Ewa."iudziex Wszyscy bardzo dukładi® dokładnie zasłaniają firan­ ki....w święta zupełnie. Jeżeli dzisiaj .w nocy nie byłbyś ze mną, rozgryz­ łabym to" Ewa wyjmuje spod języka maleńką ampułkę i pokazuje ją Januszowi na końcu języka. Ktoś przechodzący potrąca Ewę i ampułka spada na podłogę, zadeptana od razu. " Było mi wszystko jedno jak to się stanie, żebyś tylko był. A tutaj...żebyś uwierzył, że on nie może być, dzisiaj nie mógł..." Z rozbitego Piata pod swoim domem wysiada Ewa. Pochyla się, patrzy na Janusza. Ten chce uchylić szybę, ale zamek widocznie zamarzł. Ewa uśmie­ cha się i odchodzi. Janusz otwiera drwi, Ewa nie rauguje na ten dźwięk. idzwv Odchodzi w stronę domu. Janusz, kiedy znanie, zatrzaskuje z powrotem , Piat rusza. Zmęczony, brudny, rana na czole znów otwarła się i krew zakrzepła wokół niej Janusz wchodzi do domu. Jego żona siedzi w kuchni. Nikogo nie ma. Janusz rozgląda się. Żona patrzy.na niego. "Poszli do kościoła" - mówi. Janusz kiwa głową. "Dzwonili w nocy, że znalazł się samochód". Janusz też kiwa głową. "Ewa?" - pyta wreszcie żona. "Ewa". - potwierdza Janusz. "Bę­ dziesz znów wychodził wieczorami?..." "Nie " - mówi Janusz. "Odgrzać ci' coś do jedzenia?". "Tak" - mówi Janusz i siada przy stole.

Strona 13

OBCINEK 4. Próba III roku szkoły teatralnej. Rozbawieni chłopcy i żartujące dziew­ częta w długich spódnicach zmieniają się w bohaterów parking Romea i Julii z powagą l^|^^i^^0^ recytując klasyczny wiersz. Kilka dziewcząt jest po kolei Julią - Łomnicki przygląda się temu znad okularów. Wchodzi gruba baba w fartuchu. "Pani Anna Zeman, pilny telefon". Ania, atrakcyjna, dobrze zbu­ dowana patrzy na Łomnickiego, ten kiwa głową, ogłasza przewę. W sekretaria­ cie kilka pań i odłożona na biurku słuchawka. Ania przykłada ją do ucha. "Tak." - mówi, nie słyszymy tamtej strony."Skąd?" - pyta Ania zdziwiona. Wyjaśnienia długo trwają, bo Aa przerywa" Rozumiem, ale co się stało?" i znów słucha. Zmienia jej się twarz. "Tak" - mówi mechanicznie, "tak, dobrze Tamten ktoś odłożył chyba słuchawkę, Ania jeszcze przez chwilę trzyma ją przy uchu. Wychodzi z sekretariatu w długiej sukni, z dramatycznym wyrazem twarzy, zza dużymi - wyda je 'się teraz - niepotrzebnymi rękoma. Chłopak, który kręcił się przy niej na próbie czeka pod drzwiami. "Co jest?" - pyta widząc jej twarz - "Coś się stało?" Anna kiwa głową, stało się. Chłopak chce pomóc, poważnieje, ale Ania wychodzi ze szkoły i biegnie na drugą stro nę ulicy by złapać przejeżdżającą taksówkę. Na lotnisku, przy jednym z biur kilkadziesiąt osób. Ktoś głośno, roz­ pacza, ktoś przytula kogoś w geście ukojenia, mężczyzna ziuku powtarza w kółko "jak ja jej to powiem? Jak ja jej powiem?". Ania przeciska się powo­ li przez wzburzonych, płaczących, skupionych ludzi. Na liście pasażerów przylatująca samolotu z północnej Afryki' jest nazwisko jej ojca. To co po­ wiedziano jej przez telefon zyskuje tu tylko urzędowe, potwierdzenie. Nikt się nie uratował, linie lotnicze zapewniają o współczuciu i deklarują po­ moc. Anna nie słucha już tyc$ ofert do końca, wychodzi przed lotnisko, oddy cha ciężko. Anna, ciągle w swojej absurdalnej długiej spódnicy wchodzi do Polskiej Akademii Nauk. Przed którymś z. pokoi zawraca. Wychodzi stamtąd dwóch męż­ czyzn. "Kto mieczem wojuje.... za dużo latał, za często" - mówi jeden z nich i śmieje się. Drugi podchwytuje ton. "Ale to nie był jego ostatni lot. Szybko się pozbierał, białe skrzydełka i z powrotem w górę...fiuuut!". Ania wbiega do toalety i mijając się z wychodzącą kobietą z czajnikiem zamyka się w kabinie i płacze bez opamiętania. W domu nie jest w stanie skupić się na. niczem. Przygotowuje jakieś je­ dzenie, ale nie je. Dzwoni telefon, wyłącza go. Zdejmuje buty, ale pamięta tylko o jednym. Może w trakcie tej czynności przypomina sobie o czymś. Wcho dzi do Kabinetuzojcai pokoju ojca i jakby nie chcąc niczego ruszać w tym męskim bałaganie, z pewnością świadczącą'o tym, że wie gdzie leży to czego szuka sięga po leżący w osobnej teczce, na dnie szuflady list. "Nie otwie­ rać przed moją śmiercią". Odkleja kopertę i kuśtykając na w jednym bucie wy

Strona 14

13. chodzi z pokoju, ale zatrzymuje się, wraca, siada na pcs^nymKtoytsy^ak tap­ czanie. Wszystko'co robi jest w jakiś sposób .nieskoordynowane, jedna czyn­ ność zaprzecza drugiej. W kopercie jest list, o którym mysiała myśleć już dawniej, ciekawił ją i bała się jego treści, więc teraz też - choć ma już prawo przeczytać postępuje z nim inaczej niż robi się to ze zwykłymi lista­ mi. Na jednej stronie listu podane są takie, oto wiadomości: ojciec zawiada­ mia ją, że nie jest jej ojcem. Ożenił się z jej matką, kiedy była w ciąży ®vx¥XvzvpwxpBrcstzie vms±kavzfflarłax w pół roku po porodzie matka zmarła. By­ ło jej życzeniem, żeby córka dowiedziała’się prawdy. Wszystko jedno jak ab­ surdalna wydaje się wola schorowanej matki - on musiał tę wolę wypełnić. ‘•'Kochałem cię - pisze ojciec - bardzo. Może tak jak ojcowie kochają swoje córki a może bardziej. Nie wiem, nigdy nie miałem dziecka. Jesteś dorosła i myślę, że zrozumiesz wszystko i zostanę w twojej pamięci jako człowiek bezgranicznie ®±s ci oddany i kochający tak, jak to jest możliwie". Dostać • taki list w takim momencie - można wyobrazić sobie co dzieje się w sercu Ani patrząc na jej twarz. SxMdMxwirzyiza£xzxmasąxn®xn£^xkt0Ee Wtula twarz w poduszkę i nawet jeżeli trzymała się na lotnisku i w PANie teraz płacze głośno, bez żenady, jest sama i jg^przKiziw^uzzacia nie krępuje się swo­ ich uczuć. Przytula twarz do poduszki, uspakaja się na chilę i delikatnie całuje miejsce, gdzie ojciec trzymał głowę. Znów płacze. Nie słyszy dzwon­ ka, który my słyszymy. Raz Dzwonek dzwoni kilka razy, wreszcie słychać klucz wkładany w zamek, kroki, których Ania podobnie jak dzwonka nie słyszy i na progu zbay®vm^żczyznz pokoje staje mężczyzna. Ze zdumieniem przygląda się plączącej Ani. Ma czterdzieści kilka lat i wygląda młodo na swój wiek. Nic z zasusonego naukowca, nic z podstarzałego lowelasa. Sportowo ubrany, o wsa- «p«b« przenikliwych oczach, szczupły^pogodny człowiek. Piękne ręce, «^M<^^U^ *1 nie pasujące trochę do niego - duże. Pw&chuazżvdjaxMi Stawia w progu dwie spore walizy, widzi rozerwany list, koszulę, która wyszła Ani ze spodni /pr /przebarała się/ jej drgającą w poduszce głowę, która na chwilę uspokaja się, jakby w przeczuciu, że w pokoju jest jeszcze ktoś. Mężczyzna podchodzi do tapczanu i kuca przy nim. Ania nagle podnosi głowę i tuż przed sobą-wi­ dzi twarz ojca, ^si to być moment, w którym jeszcze sto lat temu każda ko­ bieta na miejscu Anny zemdlałaby. Dziś już nie - Anna z ogromnym skupieniem patrzy w twarz mężczyzny, nie wierzy, że widzi go przed sobą, nie może go tu po prostu być. Ale jest. - Tato.... Mężczyzna uśmiecha się. - Przepraszam cię - mówi - na lotnisku w Tunisie xx spotkałem, przyjaciela, poleciałem z nim do iZopenhagi, na dzień.. .przepraszali nie miałem jak dać ci znać... Co się stało? Ania, podpuchnięta, zaczerwieniona /ale nie rozmazana, nie maluje się/ pró­ buje zrozumieć, zracjonalizować to co mówi do niej, siedzący naprzeciw oj­ ciec - nie ojciec, żywy - nieżywy. - Co się stało? - pyta po raz drugi- ojciec i dopeiro teraz bierze do. ręki kopertę i list, który był w środku, ń - Przecież to nie ma znaczenia, Anul-

Strona 15

ka, dlatego plączesz? Czemu to otworzyłaś? - nie może zrozumieć.co się sta­ ło. Do Ani dociera wreszcie to, że ojciec siedzi naprzeciw niej,ixMisxMżs WY®dxi®vx Przytula się do niego raptownie, mocno, jak wtedy kiedy miała 5 lat i płacze jeszcze głośniej i rozpaczliwiej. Ojciecz trudem wyławia lOB§M®^s^xkiśxM wśród łez., pochlipywań, w rozpaczy i radościt samolot, za­ raz po starcie, nikt nie wyżył, byłeś na liście - układa się z tego historiadzisiejszego dnia, stanu Ani, otwarty list., wszystko. Przytula swoją córkę, która już wie, że nie jest jego, córką, a może i rozumie coś więcej i Ania przylega do niego ci całym ciałem, a on nie wie co zrobić xx tym ciężarem dorosłej kobiety, która jest jak mała dziewczynaka ale i jak kobieta. Być może myślał kiedyś o takiej chwili, może nawet bardziej niż myślał, ale nig­ dy myślenie takie nie mogło ułożyć mu się w prawdziwą, fizyczną sytuację. Jedyne co może zrobić, to przyjąć ją jako dziecko, powlutku, niezauważalnie przemieszczę się w ten sposób, że sadza Anię na kolana, przytula jej głowę do swoich piersi i czeka, żeby xi wyszlochała się do końca. - Aniu - powtarza - Anulka, no. - Kocham cię - mówi cicho Ania. - Dobrze córeczko. Nie płacz.. Wszystko w porządku, ja też cię kocham. - Naprawdę -pyta Ania i patrzy na niego z dołu. - Naprawdę. Zanieść cię do łóżka? Anna nie chce. Przytula się mocniej do ojca. - Nie jesteś moim, ojcem? - Nie. ____ , « WsCSSgEEsSSESSEJJE^^ - Ale mnie ukochasz? - Tak. - Ja ciebie też, Michał zaciska ręce aż do bólu. Zamyka oczy, ale zaraz otwiera je'przytomnie - Jestem, głodny. Anna sztywnieje. ś Przywiozłem ci buty. I torebkę, jak prosiłaś®... Ania wstaje. Patrzy na ojca, spojrzenie pełne jest bólu. Nie zrozumiał jej, czy nie chciał zrozumieć? Nie było dość wyraźne to, jak się zachowała? Trudno wvEtapx® na etapie tego szkicowego zapisu zająć się dokładną analizą psychologiczną stworzonej tu sytaacjix a zwłaszcza - jej wyrazem; gestami, dialogiem, zachowaniem. Związek te-g dziewczyny i mężczyzny musi być nakreś­ lony wyjątkowo, delikatnie, musi jednak zawierać też możliwe do odczytania intencje postaci. Wiadomość.o śmierci ojca, treść listu i pojawienie się ojca wytworzyło dla Anny sytuację zupełnie nową. Gdyby nie to wszystko praw- dopodbnie nigdy.nie uświadomiłaby sobie uczucia, które żywi do Michała. On z kolei też znalazł się w sytuacji nowej; Anna poznała swoją ale i jego ta­ jemnicę, poznała ją przedwcześnie. Karty zostały odkryte. Jest oczywiste, że oboje - zwłaszcza on - boją się ujawnienia uczucia do końca, zwłaszcza boją się spełnienia. Równocześnie kusi ich to spełnienie, prostsze i możliwsze wy daje się to Annie, młodszej, bardziej prostolinijnej, nie ogarniającej z.apew ne całości problemów, możliwych skutków. Pamiętajmy, że dwadzieścia kilka

Strona 16

15. Lat przeżyli łącząc się w miłości oczywistej i z., punktu widzenia Anna - zu­ pełnie czystej. Musi więc - aby określić intencje-toczyc się gra między bo­ haterami. Buty i torebka leżą gdzieś z boku. Oni jedzą kolagję. Nagle Ania wstaje. Pod­ chodzi do lodówki, otwiera, wyjmuje napoczęty półitrówkę. - Napijesz się? - pyta. Michał nie ma nic przeciwko temu, choć nie zna Ani z tego, żeby proponowała wódkę. - Musimy się napić.- mówi Ania przytrzymując ja swój kieliszek przy jego kieliszku.sv^skvfflwvaoxui®hi®vmćwić? - Zawsze byliśmy na ty - odpowiada Michał. - Ale teraz... jak mam do ciebie mówić? Tato? Michał? Może Misiu? - To jest poważniejsze pytanie niż myślisz. - Wiem - odpowiada Anna* i przekłada rękę z kieliszkiem przez rękę Michała. - Ania - mówi. - Michał. Wstają i Michał delikatnie całuje ją w policzek. Ania znów patrzy na niego z bliska® i leciutko zbliża usta do warg ojca. Kiedy Michał nieruchomieje 1 trwa to chwilę całuje go lekko w czubek nosa. Trudno-nazwać ten pocałunek erotycznym, ale też nie jest on zupełnie niewinny. ' k - Pamiętasz m - mówi Michał od razu - kiedy ostatni raz pocałowałaś mnie w k nos? I zaczyna się krótka chwila wspomnień. Wyłonić się z niej powinien obraz dzieciństwa szczęśliwego, spokojnego, ale we wspomnieniach Ani musi znaleźć się i chwila niegdysiejszego podziwu dla ojca, może też jakiś moment kk® dziecięcego wzruszenia erotycznego - "lubiłam jak głaskałeś mnie po plecach.. .. kiedy pałakałam, -jak mi było smutno.. .przechodził mi wtedy po karku taki dreszcz®...czasem specjalnie płakałam...." lub coś w tym rodzaju. Taki dziń jak ten powoduje - łatwo to zrozumieć - że Ania upija się kilkoma kieliszkami wódki. Nie żeby zataczała się czy bełkotała, jest podekscytowana, mówi może trochę głośniej niż zwykle, może jąka się odrobinę, może trudno jej powstrzymać lekką czkawkę. Ania nagle, cichutko zaczyna się do siebie śmiać. Odwraca.głowę, siedzi już pewno w fotelu. A Michał nie wis rozumie, a ponie­ waż ten śmiech może równie dobrze brzmieć jak płacz - a staje się to nagle - podchodzi do Ani, kuca przy niej. Odwraca jej twarz do siebie. Nawfet cichy śmiech Ani jest zaraźliwy, więc śmieją się oboje. Michał zauważa jednak, że w tym śmiechu o coś Ani chodzi, o cos konkretnego. Pyta o co. - Byłeś o mnie zazdrosny...Byłeś zazdrosny, prawda? Byłeś? - dopytuje się An nia przez śmiech. Michał.nie bardzo wie co powiedzieć, to oczywiście prawda. - Kiedy trzy lata temu przyłapałeś nas z Markiem tutaj, w łóżku, byłeś? - Tak...byłem. - Dlatego wyjechałeś? Stąd wziął śię nagły kontrakt...to był 81, prawda? - Tak, stąd. - Nie chciałeś czasem, żebym poszła do klasztoru? - Nie, nigdy.

Strona 17

16. - A żebym, umarła? Nagle, bezboleśnie... Michał nie odppwiada. Ania poważnieje . - Wiesz, że ja też byłam zazdrosna? leraz sobie uświadamiam....przecież by­ łam mała...tak nie znosiłam Marty, potem tej Francuzki...nie cierpiałam. Wtedy, przy Marcie,, chciałam, żebyś umarł, wiesz... aiwhi1-88i^jafoB8ii^ też już się nie śmieje. Musi być w jego wzroku jakaś nowa treść, patrzy na nią jak na dorosłą kobietę i Ania zmienia nagle temat. - Nie miałeś.dzieci? Nie miał. Pracował w Instytucie Badan Jądrowych,to były początki, w Świerku nie znano jeszcze precyzyjnych systemów zabezpieczeń i nie mógł mieć dzieci. Jej matka wiedziała o i^ym i wspólnie zdecydowali, że choć Ania nie jest jego dzieckiem, będzie ich dzieckiem, wspólnym.... Anna przerywa mu. - A czemu, się nie ożeniłeś? Michał uśmiecha sięx smutnym, uśmiechem. - Nie wiem: - mówi, choć chyba wie. - Czekałeś na mnie? - Nie mogłem...przecież nie mogłem czekać ną ciebie, to bezsensu... - Powiesz mi czemu.?xxx Michał kiwa głową, nie powie. Anna bierze jego rękę i kładzie ją sobie na szyi. - Chcesz mnie dotknąć? ^Michał milczy. - Chcesz? leciutko posuwa tą rękę w dół. - Chcesz? Michał wyjmuje rękę, odwraca się, wstaje. - Idź spać - mówi. Ania rozbiera się w łazience. Przypatruje się sobie dokładnie. Staje krok dalej od lustra. MiEkxłxpxxKiEknxpBdshsdxixiżaxdKxwixkazi®nkixx®naxiBżx.jes± pEzyadrzwiaEh^azadEngis^astEaNyiaNiiEząiaSłysząaswojEaadaEEkyis Michał w swoin pokoju rozkłada dwie walizy, zdEymuj-waz wyjmuje z szafy jeszcze dwie i bez­ ładnie wrzuca do nich garderobę, książki, drobiazgi. Ania wkłada lekką noc­ ną koszulę i idzie do swojego pokoju. Gasi światło nad łóżkiem,. Chwilę leży, potem wstaje i wychodzi na balkon, po cichu otwiera drzwi. Skrada się, balkon jest długi /loggia/ i maxy®ł^®x®xi®xxxxwychudzivnx okno pokoju ojca wychodzi na ten sam balkon. Ania powili, żeby nie byś zauważona .wychyla się zza zało­ mu muru. W pokoju ojca jest ciemno. Na balkonie też. Anna xy± wpatruje się w miejsce, gdzie powinien być tapczan ojca. Nagle, tuż przed' jej twarzą błys­ ka zapałka. Michał w swoim pokoju stoi przy oknie i zapala ppapierosa. W rozyażayąwyiz czerwonym świetle żażącego się przy pociąganiu papierosa Unia widzi twarz ojca. Nie jest pewna, ale wydaje jej się, że pa widzi łzy w jego oczach. Po cichu, tak jak weszła.wraca do swojego pokoju.

Strona 18

Rano przy stole w kuchni jedzą śniadanie. Długo milczą świadcząc sobie obo­ jętne grzeczności-, podsuwają sól, podają posmarowaną kromkę chcleba. Nie. patrzą na siebie i w ciszy słychać pytanie Michała. — Chcesz wiedzieć, kto był twoim ojcem? - Nie® Ty jesteś. Nic się nie zmieni, pr$wxda? - Nic. - mówi Michał. - Odwiezeisz m ie do szkoły? - Tak. Nic się nie zmieni. Ania pochyla się nagle, bierze jego dłoń w swoje ręce i całuje go w grzbiet tej dłoni. ODCINEK 5. ' Z gużego domu mieszkaalnego, który już' znamy, bo mieszkają w.nim wszyscy bo­ haterowie cyklu wychodzi taksówkarz. Jest mocno zbudowanym, niezbyt syppatycz nym pięćdziesięciolatkiem. Ma w ręku dwa kubły, jeden z gorącą, drugi z zim­ ną wodą. Podchodzi do niebieskiego poloneza pełnego nalepek typu "mój olej to.." x±K±®K«#xx "proszę lekko .zamykać drzwi", z ziloną folią dunlop przeciw słońcu u góry przedniej szyby. Duży napis Taxi i boczne numery, kogut thsówki na dachu itd. Taksówkarz myje smaochód, bardzo starannie. Jacek ma dwadzieścia lat .Króciutko ostrzyżony, w kurtce z polskiego dżinsu z gwoździami ręcznie przymmocowanymi, zbyt szerokich spodniach i dużymi czer­ wonymi rękoma wygląda nędznie.i Twarz ma okrągłą, oczy bys tre o niechętnym spojrzeniu. Na ramieniu, stara lotnicza torba. Msja ^kolejkę na jakiś amery­ kański film, ogląda się za dobrze ubraną dziewczyną. Taksówkarz kończy mycie samochodu. Naciera teraż karoserię, mleczkiem kosme­ tycznym. Jackowi jest zimno. Chowając zapałkę.w dłoni zapala sporta. Przez szybę wys­ tawową widzi kilka kobiet przymierzających jakieś suknie w butiku Alicja na Krakowskim. Przedmieściu. Zaciąga się i odchodzi od wystawy. Mija Minister­ stwo Kultury i wystawę w Kordegardzie. Zatrzymuje się przy Bristolu i patrzy w kierunku postoju taksówek. Dopala sporta. Na postoju kilka osób. Dwie dziewczyny w korzchach śmieją się z czegoś, Eacet z aktówką nie może znaleźć czegoś koniecznie potrzebnego w kieszeniach. Podjeżdżają dwie taksówki, ale na puste miejsce natychmiast pojawia się znów kilka osób. Taksówkarz wlewa benzynę z karnistra. Lejek lokuje starannie w specjalnym miegjcu w bagażniku. Karnister stawia przy wiadrach, widać weźmie go do domu. Ściera resztki benzyny za karoserii. Jadek widzi wsiadającą do taksówki starszą kobietę. Ponieważ ma ze sobą dwie walizki, taksówkarz otwiera bagażnik i umieszcza tam waiizki® bagaż. Jacek obserwuje to uważnie. Rusza wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia patrząc na wysta

Strona 19

18. . <§ wy i szyldy sklepów. Koło Uniwersytetu jest sklep z wyrobami skórzanymi. Jacek wchodzi. Wskazuje ręką na walizkę. "Ile kosztuje?" "Siedem dwieście". iaEBkvKi®viOTimig "Ile?" "Siedem tysięcy dwieście złotych". Jacek uśmiecha się ziywHŚHiEJsta® i wychodzi. Taksówkarz zapala silnik. Maskotka - mały E.T. przyczepiony przy lusterku ■ drga w rytm, pracy zimnego silnika. Samochód rusza. Jacek wchodzi do narożnego sklepu hotelu Europejskiego., Nie ma kolejki, tyl­ ko przy stolikach siedzą ludzie na wysokich stołkach. "Herbatę ..." "Nie ma herbaty u nas" "A co jest?" "Kawa". "To kawę. I to ciastko. Makowe". Jacek protestuje kiedy ekspedientka chce wziąć jakieś inne ciastko. Naprowadza ją na to, które wybrał. Grzeje ręce o filiżankę z gorącą kawą, powli ale żar­ łocznie je makowe ciastko. Taksówka podjeżdża pod postój przy Miodowej. Stoi tam dwócha facetów, jeden mocno, drugi mniej kiwają się na nogach. Te trzeźwiejszy otwiera drzwi szeroko tylne drzwi i próbuje wtaszczyć do Samochodu trzymającego, się słupke kolegę. "Pomóż pan" woła. Kierowca szybkim ruchem pochyla się do tyłu, za­ trzaskuje drzwi i odjeżdża. Pijak odrywa kolegę od słupka, ale taksówki już nie ma. Jacek pod, stołem - ciastko już zjedzone - wyjmuje z lotniczej torby zwój dość cienkiego, bardzo mocnego- sznurka. Owija go dokładnie na ręku, robik kilkanaście ruchów, żeby cały sznurek zmieścił się na z jednej dłoni. Wy­ chodzi z barku i idzie w stronę postoju taksówek. Nie ma tam nikogo. Stoi pomarańczowy fiat. Jacek podchodzi i zdecydowanie otwiera tylne drzwi. W tym momencie otwierają się przednie drzwi. Młoda kobieta z małym dziec­ kiem, zdyszana patrzy uważnie na Jacka. Przez sekundę zastanawia się czy zacząć awanturę., ale wybiera prośbę. "Niech pan mnie przepuści, muszę z dzieckiem do lekarza...proszę pana bardzo." Jacek wacha się. Kierowca wy­ chyla się do przodu. "Z dziećmi pierszeństwo" mówi ostro i zdecydowanie. Jacek odstępuje, od samochodu. Na postoju nie ma nikogo. Fiat odjeżdża i od razu od placu Zwycięstwa pojawia się niebieski polonez. Jest czyściutki, E.T. kołysze się za szybą. Jacek wsiada z tyłu, rozgląda się jeszcze, nic, normalny ruch. "Biedronki. To na Stegnach" - mówi Jacek. "Wisłostradą?" "Może być". Samochód zjeżdża w dół Karową. "Może pan zamnkąć okno? Zimno" - mówi Jacek. Kierowca niechętnie przykręca szybkę, tylko trochę. Jacek patrzy na swoje ręce. Trzyma je nisko. Dłoń, na której okręcony jest sznurek zsiniała trochę, spomiędzy sznutka' wysia widać nabrzmiałą,białe ciało. Próbuje trochę rozluźnić zacisk, ale żeby to zrobić- musiąłby odwinąć cały sznur, więc rezygnuje.Samochód jeszie Wisło' stradą, zbliża się do drogi prowadzącej do ssmeniMMis "Tutaj w lewo" - mó­ wi Jacek. Oxs "Do Biedronki lepiej prosto" "Wolę od tamtej strony" - poka­ zuje Jacek w stronę cementowi^ elektrociepłowni. Samochód skręca. "Teraz w prawo" mówi Jacek kiedy zbliżają się do bocznej drogi. Samochód znów skręcą. Jedzie powoli wyboistą, błotnistą ulicą. W głębi po prawej stronie widać stojący daleko samotny domek. Jacek odwija część sznura i od razu

Strona 20

2o 19. nawija go na drugą dłoń w ten sposób, żeby między rękoma mieć kilkadziesiąt centymetrów sznura luzem.Oba końce okręcone są mocno mi na dłonie. "To tam. Niech pan stanie,, dalej dojdę, iii nieprzejezdne ” - mówi Jacek poka­ zując głową stojący xx®tó z boku domek. Kierowca hamuje. Kiedy już prawie stoi Jacek pbzEżs®^ przerzuca ręce ze sznurkiem nad głową kierowcy, opusz­ cza trochę w dół i z całej siły zaciska. Samochód toczy się jeszcze kilka metrów i staje. Jacek nie trafił i sznur wbił się taksówkarzowi w usta. Wi­ dać jego zepsute zęby i wykrzywioną w wysiłku walki o życie twarz. Jacek orientuje się, że nie trafił, zluźnia ucisk, kierowca natychmiast łapie dłońmi za sznur i ciągnie vgox wxpx-as ciwną^^trsy próbuje go odciągnąć. Jest silny, ale pozycję ma niewygodną. Jacek z ogromnym wysiłkiem opuszcza -sznur i razem z jedną dłonią taksówkarza zasiska go na jego szyi. Taksówkarz próbuje drugą rękązłapać Jacka za włosy, za rękę, ale Tiie jest to możliwe. Wyciąga więc ją do przodu i naciska sygnał. Samochód ryczy, w pustym polu dźwięk jest przeraźliwy. Jacek przywiązuje-nie zwalniając chwytu- sznur do I edgłówka kierowcy, ten wyrywa rękę, uchwyt sznura na chwilę słabnie, Ja­ cek zaciąga mocniej, kierowca charczy, kiakEunvEycryx oczy wychodzą mu z orbit, KisntarazndwiEYwsiiiKYr-ęE^YprćtayEyct^gKąńYBstKt^MSKiisYtyłuąYwyKwaKy xvgtówek^ w®rywsrxv^k^v®trxkłsrks®iiuvivasfis±kXYmvsił Jhcek wyskakuje z samocho du, kyewew nerwowo' szarpie się ze sfatygowanym zamkiem błyskaiwcznym lot­ niczej torby, wreszcie jest, wyszarpuje z torby metalowy rurkę do robienia dziur w betonie, rozgląda się, nikogo nie ma, samochód przestaje ryczeć, bo kierowca ostatkiem sił próbuje obiema rękami wyrwać przytrzymujący duszący go sznur zagłówek. Jacek otwiera drzwi od strony pasażera, próbuje uderzyć kierowcę rurką, jest niewygodnie, ale rani go w pierś i w rękę, którą nastawił, obiega jeszcze raz samochód, kierowca wyrywa zagłówek i próbuje wysiąść, w tym samym, momencie Jacek otwiera drzwi i z całej siły wali go w głowę, raz, drugi, krew, oślizgła rurka w przy trzecim zamachu wysuwa mu się z rąk, uderza-z brzękiem w maskę bagażnika i leci gdzieś dalej. Kie­ rowca zakrwawiony, osuwa się na siedzenie, z którego zdążył się tylko pod­ nieść, krwawi. Jacek oddycha. Kierowca nie rusza się. Dookoła nikogo, pus­ to. Jacek patrzy na skulonego kierowcę, który siłą bezwładu wali się na siedzenie po prawej stronie. Wyjmuje kluczyki, otwiera bagażnik i wyjmuje stamtąd kocyk w kratę. Wraca do samochodu i żeby nie pobrudzić siedzeń krwią kierowcy zawija mu głowę w kocyk i z wielkim trudem - kierowca jest ciężki - przesuwa go, żeby zrobić sobie miejsce przy kierownicy. Jeszcze raz rzut oka m - nikogo. Wsiada zapala silnik i samochód powoli, ślizgając s się po błocie rusza w stronę widocznego w oddali nasypu, przejeżdża przez ten nasyp, zaczynają się krzaki i brzeg Wisły. Woda przy brzegu- jest zamar­ znięta, Zamarzły też wszystkie brudy, szlam, jakieś beżowe wydzieliny. Samochód zatrzymuje się. Jacek wywleka ciało kierowcy, ciągnie go za nogi. Ciężko. Nad brzegiem puszcza na chwilę, odpoczywa. Widzi, że kierowca ru­ sza ręką. Jakiś bełkot, słowa. "Pieniądze...skrytka...żona, K®rks syn... pieniądze, samochód". Ledwo słychać te słowa spod koca ale ręka rusza się

Strona 21

20. wyraźnie, trochę spazmatycznie a trochę jakby celowo. Jacek rozgląda się, biegnie, potyka się, łapie przymarźnięty na brzegu spory kamień, który musi podnieść dwoma rękoma, wraca, staje w rozkroku na d kierowcą, odsłania koc, ma teraz tuż pod sobą nieprzytomne, próbujące się skupić oczy kierowcy, bie- rze zamach i kilka razy z całych sił wali kamieniem w te oczy. Odrzuca ka­ mień. Znów bierze sił® ciało za nogi i ciągnie w stronę woda. Nad brzegiem rękami i nogami wsuwa ciało na lód. Łćdvn Kawye vsię Ciało popchnięte jedzie po lodzie kilka kroków i zastyga. Jacek rozgląda się. Wraca po kamień i rzuca go w górę, tak, żeby spadł obok kierowcy. Kamień robi w lodzie sporą dziurę i ciało zaczyna się zanurzać. Trwa to chwilę i udaje się tylko poło­ wicznie. Jacek znajduje długi drąg i wchodząc ostrożnie na lód, trzymając się krzaków brzegowych wpycha tym drągiem ciało tak, aż zanu&y się całkiem pod lodem. Potem obcasem wybija mniejszą dziurę przy brzegu i myje zmarznię­ te, czerwone ręce i twarz. BotemA/r^zgżąd^sfi^YprzygłądaYsięysaiHaehsdswiyr zry wx vi ak sawkar sk te go vk oguiay vi vi on ir ga vw vtym vs smym vm te $s ©u vs ox ci ał u^ Tym obrazem - zaciemnieniem-kończy się pierwsza część. Być może jednak na­ leżałoby tą część skończyć bardziej fabularnie. Wtedy: Jacek wyrzuca do wody i topi taksówkarskiego koguta, potem długo obdrapuje numery z bocznych drzwi, wsdsrdMxwxp®ianE®® sam doprowadza się do porządku i podjeżdża pod ten sam dom, spod którego wyjechał przedtem taksówkarz. Może być już ciemno. Podchodzi do domofonu i dzwoni. Mężczyzna odbiera domofon, Jacek pyta o Beatę. Beata jest i pudck©X3±vda mówi jej, żeby wyszła. Ona nie bardzo chce, ale Jacek przekonuje ją, zobaczysz, wyjdź coś ci pokaŹę. Beata wychodzi, Jacek zaprasza ją do poloneza. Ona zachwycona, kiedy już siedzi patrzy na kołyszącego się przy lusterku E.T. Poważnieje i nagle ostro pyta: skąd masz to Mi auto? Obraz zaciemnia się. £^«^*^^i/#«t<£^^£W>U<^&^^ Oglądamy dobrze ubranego, młodego, poważnego adwokata która wygłasza w sądzie duży, dobrze skonstruowane przemówienie przeciwko karze śmierci. Mówi o tym, że kara śmierci jest formą zemsty społeczeństwa, a nie jak powiada'prawo - ka­ rą. Że skazany nie ijestzwz^anfeYBdEZufcwyshwawze^yfuntasjivkary żadnych szans, ani. na poprawę, ani na udowodnienie., że zrozumiał swą winę. Mówi też że wystarczy w sprawie tej już był trup - co przyjdzie komu z tego że będą dwa. Że oskarżony tylko życiem, pokutą i’ pracą jest w. stanie dać coś z sie­ bie - zabijając go odbiera mu się jakiekolwiek szanse. Mówi też jak wiele wy­ roków był® po niewczasie okazało się niesprawiedliwych 1 nie można było już cofnąć tej niesprawiedliwości, i jak wiele wykonanych kar nie odstraszyło następnych przestępców. Polemizuje z prokuratorem na temat sylwetki oskar­ żonego, tłumaczy społeczne tło motywowi zbrodni. Mówi też, że protestuje przeciw następnej zbrodni, jakiekolwiek byłyby jej motywy. Apeluje do Sądu o wybaczenie, miłosierdzie i twierdzi, że nie większej wartości od życia ludzkiego, nawet jeśli jest to życie zbrodniarza. ^ c^^^^'^ ^'^-^

Strona 22

21 . 22 O świcie do gmachu więzienia wchodzi mężczyzna. To strażnik więzienny.' Przebiera się, jakieś zdawkowe, codzienne powitanie z kolegami. Strażnik obejmuje służbę przed, pojedynczą celą. Jego kolega, który pełnił służbę wcześniej wychodzi z budynku. Na portierni mija innego mężczyznę. Ten jest wysoki i szczupły, trudno odczytać wiek z jego twarzy-. Ubrany jest w garnitusr i białą koszulę. Pobiera z portierni klucze i idzie długimi koryta­ rzami wiezniennymi. Otwiera drzwi do pokoju na końcu korytarza, za załomem. ?n^ój jet wybity - jak sale dźwiękowe w wytwórniach filmowych - miękkimi opakowaniami po jajkach, tłumiącymi dźwięk. Mężczyzna wiesza marynarkę i odsłania kurtynkę z boku pokoju. Jest tam nieduża wnęka. Przymocowana do metalowej konstrukcji w podniesionym w tym miejscu sugicie wisi pętla. Sprawia dziwne wrażenie w tym pokoju zupełnie normyInym zy jakimś stolikiem, popielniczką, wieszakiem i dwoma krzesłami. Kat z podwiniętymi rękawami bia­ łej koszuli sprawdza działanie mechanizmów szubienicy. To działanie jest dosc proste, nie mniej musi da-i-ałacYDezbłędnie i zapewne przed każdą egze­ kucją kat starannie kontroluje każdy drobiazg. System polega na tym, że w podłodze jest klapa. Po naciśnięciu guzika w ścianie klapa z lekkim sk hałasem opada w dół. To tyle. Kat sprawdza więc miękkość sznura, być może używa mydła lub tłuszczu by spowodować lepszy poślizg pętli. Bada też dzia­ łanie klapy, stan zawiasów i dsiałanis sprawność elektrycznego zwalniacza zarte zatrzasku. Kiedy wszystko jest w porządku i klapa kilka razy spada tak , jak powinna kat wyciąga spod nieprzybitego w tym miejscu wykładziny kawa­ łek linoleum i układa je równiutko na betonowej podłodze, która znajduje - się pół metra poniżej klapy. Następnie udaje się, już w marynarce do gabi­ netu komendanta więzienia. Sekretarki jeszcze nie ma więc puka do drzwi. Komendant zezwala na wejście i kat widzi dwóch mężczyzn, z których jeden,w mundurze jest komendantem, a drugi w garniturze ono znanym nam z.sądu adwo­ katem. Kat melduje gotowość, komendant pozwala mu odejść.. Wzywa dzwonkiem kogoś - pojawia się stpażnik, którego już znamy, ten sprzed pojedynczej ce­ li. Komendant poleca mu zaprowadzić adwokata i obaj wychodzą. Komendant właą®zaxMwaażax zauważa, że elektryczny czajnik zaczyna wrzeć. Wyjumje z biurka szklankę i puszkę z kawą, patrzy na zegarek i wyjmuje też drugą ®x szklankę. Sypie kawę, wlewa wrzątek. Słychać pukanie do drzwi i wchodzi jeszcze jeden mężczyzna. "Dzień dobry, panie prokuratorze" - mówi naczel­ nik i proponuje kawę. Prokurator nie ma nic przeciw temu i widać, że zmarzł bo grzeje ręce o gorącą szklankę tak, Mówią mało, jak już widzieliśmy w tym filmie. jeśli wymieniają jakieś uwagi to takie, które w żadnym wypadku nie będą świadczyły o tym, że są ludźmi nieczułymi, lub przyzwyczajonymi do'tego co ich czeka. Przeciwnie, są poważni, spokojni i zachowują się' tak, jak powinni. W celi, która niewiele różni się od hotelowego pokoju siedzi na 'krześle Ja­ cek. Naprzeciw niego siada adwokat. "Chciał pan się ze mną widzieć" - mówi po przywitaniu. Jacek kiwa głowąo i od razu przystępuje dó rzeczy. Prosi

Strona 23

. 23 .22- żeby adwokat zobaczył się z jego matką. Mówi cicho, nie wszystko dokładnie słyszymy, patrzy skupionym wzrokiem prosto w oczy adwokata. Chce mianowicie, żeby matka pochowała go w tym grobie, gdzie leży ojciec. On wie, że w tym grobie jest tylko jeszcze, jedno miejsce i że było ono przeznaczone dla mat­ ki, ale cheiałby leżeć tam właśnie. W tym grobie gdzie leży ojciec, choć jest tam tylko jedno miejsce. Powtarza to kilka razy, jakby upewniając się, czy adwokat rozumie. Kat siedzib przed swoim pokojem, na brzegu krzesła, nogę założył na nogę, pali papierosa. Popiół strąca żabka rzadko, ostrożnie Mxaąsx wyciągając rękę w stronę popielniczki. Naczelnik więzienia'ma jeszcze pół szklanki kawy. Patrzy w stronę prokura­ tora, ten kiwa głową. Naczelnik nakręca numer telefonu. Telefon na korytarzu obok pojedynczej celi podnosi strażnik. "Tak jest, pa­ nie naczelniku" - mówi i otwiera drwzi celi. "Pan mkx prokurator pyta czy już" - mówi do adwokata. "Jeszcze nie" - odopwiada adwokat. 3xe Strażnik wy­ chodzi. Jacek baa^a dalej wyłuszcza swoją prośbę. Chodzi mu ciągle o to samo , ale przytacza nowe argumenty. ®i)EkxK®x±y2ixsa W tym samym grobie leży też Marysia i on chciałby leżeć a przy ojcu i przy Marysi. Marysią kilka lat te­ mu przejechał pijany traktorzysta, miała wtedy dwanaście lat. "Może gdyby żyła, byłbym innym człowkaams. Pan mecenas rozumie, to była moja, jedyna sios tra, braci miałem kilku ale ona była jedna. Jedna siostra. Przejechał ją traktor,, wtedy kupiliśmy ten grób. Ona była, na jbard ie j łubiana z całej rodziny, ja też ją lubiłem najbardziej. Może by wszystko inaczej poszło, gdyby nie to. Może bym wcale nie wyjechał od nas, może bym tam był dotąd i nic by się nie sstało. Może bym nie chciał wyjeżdżać, jakby żyła." Jacek znów powtarza kilka.razy to samo, równie cicho i monotonnie jak przedtem. -Nie ma w tym nic chorego, chce po prostu być dobrze zrozumiany, a może ży­ cie nauczyło go, że trzeba kilka xyxa.x razy powtórzyć, żeby zrozumieli. - Adwokat słucha spokojnie, nie przerywa. Dokładnie tak samo jak przed kilku' minutami wchodzi strażnik i powtarza pytanie prokuratora. Adwokat odwraca a się. "Niech pan powie panu prokuratorowi, że ja nigdy nie powiem:już" - mówi wyraźnie, może z pewnym zniecierpliwieniem do strażnika. Kiedy ten znika Jacek 5^x®E3‘£vs^ybsiEyxx próbuje mówić szybciej, może bardziej gorącz­ kowo. "Kupiliśmyten grób, bo Marysia lubiła drzewa. Lubiła zieleń,drzewa, lubiła .drzewa. Więc kupiliśmy ten grób, wszyscy się złożyli bo na cmentarzu było tylko kilka drzew i wszystkie inne były zajęte. A przy tym grobie aku- rat było jeszcze drzewo i był wolny. Więc jakby widział pan mecenas moją matkę, żeby powiedzieć, że ja bardzo proszę, żeby pod tym drzewem.i..." Naczelnik patrzy na zegarek, prokurator wstaje. "Ma pan wyrok?" - pyta prokurator. Naczelnik wyjmuje z biurka teczkę i sprawdza. Leżą tam dwie kartki papieru. "Mam". "Idziemy" - mówi prokurator, avxaEwin.ikvzM®wx i wychodzą z gabinetu, który, naczelnik zamyka na klucz. Idą korytarzem, pod­ chodzą do strażnika i naczelnik wydaje mu jakieś polecenie, bo strażnik ot­ wiera drzwi celi. Jacek przerywa swój monolog. Widać stojących na korytarzu

Strona 24

naczelnika i prokuratora. "Pan prokurator polecił zakończenie rozmowy" mówi strażnik. Jacek.wstaje,.adwokat też. Wychodzą. Idą. korytarzem. Przed u jeszcze, ^edeii^ezgzyzna - pewno,.lekarz,j . . pokojem, który przygotował kat stoi'ksiądz)u Kat otwiera drzwi z kilku zasiew i zamyka je od wewnątrz, gdy wszyscy już weszli. Ksiądz szepcze coś Jackowi, wszyscy czekają. Jacek-.też szepcze kilka słów. Ksiądz robi mu malutki znak krzyża na czoie, Jacek pochyła się domjego ręki. Ksiądz jest młodym czło- wiekim, ale rozumie sytuację i pozwąla pocałować się w rękę. Wszyscy stoją teraz w tym niewielkim pokoju. Naczelnik otwiera teczkę i odczytuje wyrok. Odczytuje też drugą kartkę, z której wynika, ła że Rada Państwa nie skorzysta­ z prawa łaski. Zamyka teczkę. "Może papierosa" - pyta i.wyjmuje pudełko Giewontów. "Wołałbym bez filtra" - mówi Jacek cicho. Kat podsuwa mu swoją paczkę sportów. Jacek bierze, leciutko drżą mu ręce. Kat pis zapala zapałkę w zwiniętej dłoni i kiedy dobrze się rozpali podaje Jackowi. Znów wszyscy czekają, pali tylko Jacek. Kat przysuwa mu popielniczkę. Jacek zaciąga się dwa, trzy razy i gasi papierosa. "Cchiałbym się załatwić" - mówi jeszcze. Kat wskazuje mu małe drzwi w jednej ze ścian pokoju. Jacek znika tam, znów "Nie moSę" wszyscy czekają. Po chw li drzwi - mówi i to s^ jego ostatni słowa. Ka^l podprowadza go do zasłonki i jednym ruchem odsłania właściwy sens pokoju. Jacek wchodzi za^zasisnkę, kat za nim i zasłaniając za sobą zasłonk^y z szelestem metalowej szyny zasłonkę. Już w środku powoli, starannie zakłada mu pętlę na szyję. Sprawdza położenie pętli i podchodzi do guzika. Naciska, klapa z cichym łoskotem usuwa się Jackowi spod nóg, cifto drga jeszcze kilka sekund i uspokaja się. Nogi kołyszą się lekko, wyprężone i po chwili z nogawki spodni kapie na linoleum kilka kropel gęstej, brązowej; cieczy. Zciemnienie. ODCINEK 6, Tomek ma może dwadzieścia lat, wygląda jeszcze młodziej. Chudy, wysoki, z niedużą twarzą’, nieśmiały, wstydliwy pewno i naiwny jakby był jeszcze, młod­ szy. W pokoją bez żadnych szczególnych znaków ma stó^ stojący blisko okna. Na tym stole srgŚEM oprócz kubeczka, talerzyka, grzałki i paczuszek z her­ batą, cukrem, Chlebem - wszystko to starannie zawinięte i poukładane^- ma też niedużą, amatorską lunetę, którą można było kupić w sklepach ioto-oppyki za tysiąc pięćset złotych. Lunety nie trzeba wycelowywać, skierowana •jest tam, gdzie Tomek widocznie patrzy zawsze. Wystarczy zdjąć zakrywającą ją flanelgęs i usiąść wygodnie, krzesło też stoi tak, żeby można było pat­ rzeć siedząc. Luneta powiększa 20 razy. W domu, który stoi naprzeciwko okna Tomkami oddalony od niego o mniej więcej 100 metrów widać zapalające się światło w oknie na które wycelowana jest luneta. Tomek wstaje i gasi swoją żarówkę oświtlającą pokój od sufitu, wraca do lunety. Kobieta, która weszła do.mieszkania ma może 25' może 28 lat. W jej mieszkaniu pełno jest arkuszów bristolu, stołów kreślarskich, sztalug z napiętymi na nie prjektami dekora­ cji lub kostiumów, elementy które ^łużą budowaniu makiet sceny a może hal

Strona 25

24. wystawowych walają się po stołach i podłodze. Magda jest początkującą sce­ nografką albo architektką wnętrz. Zapala od razu wszystkie światła, zdej­ muje kotk modną kurtkę i spódnicę i znika w łazience. Jest to widać rytu­ ał, bo Tomek odrywa wzrok od lunety i przynosi sobie wodę z łazienki by zaparzyć herbaty. Przechodząc przez drugi pokój stara się nie SMracać na siebie uwagi. Tyłem do niego ogląda telewizję 40-paroletnia kobieta. Tomek sypie do wrzątku kiik trochę herbaty. Magda wychodzi z łazienki a Tomek jest już przy lunecie. Jest s^hrzezahudwaKaz zgrabna, chodzi po mieszka­ niu w niezawiązynym w pasie szlafroku. Robi coś do jedzenia, ogląda swoje projekty, poprawia.coś w makietach. puściła pewnie radio bo podryguje przy tym leciutko w rytmie, którego nie słychać. Pi je mleko z butelki. Tomek wy­ kręca numer telefonu, zna go widać dobrze i Magda odkłada butelkę i odbie­ ra słuchawkę swego aparatu. Teraz Tomek przez chwilę słyszy tą melodię: Magda ma poczucie rytmu. Powtarza kilka razy: halo i odkłada'słuchawką pzz przyzwyczajona widać do tych, pomyłek czy dowcipów, nie robi sobie z tego u nic. Tomek słodzi herbatę, cztery łyżeczki, popija gorący płyn, wypluwa fu ^foU>€ t^^-K^A ~ je, sy. Magda ma widać j-a-kąś wadę pudowy bo ćwiczy a-t-ęy chodząc przez kilka mi­ nut na pylwxeh palcach. Traktuje to poważnie, patrzy na zegarek i po kilku minutach przerywa. Tomek lubi te momenty, bo Magda jest wtedy wyższa i dok kładniej 4 widać wszystko co odkrywa przy energiczniejszych krokach szlaf­ rok. Nagle i»iwx dziewczyna słyszy chyba dzwonek, bo zawiązuje szlafrok, krzyczy coś i biegnie do kuchni, nabiera wody w usta i płucze pod kranem. Otwiera drzwi, trzydziestoparoletni mę blondyn w garniturze uśmiecha się na powitanie. Magda zamyka drzwi i blońdyn przytula ją mocno do siebie. Tomek Pierze długopis i w rubryczki narysowane starannie na pokratkowanej kartce papieru wpisuje: 20.55.nW innej rubryce pi'sze patrząc wyżej, , w te 5 już wypełnione: nr. 4 blondyn w garniturze, dziś:w szarym. Wiedzie palcem wzdłóż zapisanego już numeru 4, jest- - mały, czerwony fiat. Kieruje lunetę na parking i rzeczywiście gdzieś z brzegu wyłapuje takiego właśnie fiata. Blondyn wkłada ręce pod szlafrok Magdy a ona zdejmuje mu ręce z ramion, od chylą je do tyłu i szlafrok powoli zsuwa się z jej ramion. Blondynowi jest teraz wygodniej, przeszkadza mu tylko to, że Magda parali energicznie zdej muje z niego marynarkę i powoli rozpina guziki kamiżelki. Tomek zerka w swoje rubryczki. Tam, gdzie już notował blondyna napisane jest: do łazien­ ki i Tomek widząc, że oboje znikają w łazience pisze tylko: j.w. a potem kiedy widzi ich mokrych, nagich jak przenoszą się do pokoju i Magda wyraź­ nie kieruje się w stronę dywanu, pod okno Tomek również wpisuje :j.w., bo ma jużnapisane :na podłodze .Bod oknem niewiele, widać, dopiero kiedy Magda siada na blondynie Tomek zaczyna się onanizować. Nie idzie tu o pokazywani fizjologii, raczej o stan emocjonalny i po tej i po tamtej stronie lupy. Pow szystkim blondyn zbiera swoje ubranie i znika w łazience, Magda żegna się z nim ciągle jeszcze nieubrana, potem wkłada szlafrok i zasiada przy desce kreślarskiej. Tomek przygląda się jej dłuższą chwilę a potem za otul:

Strona 26

25. la swoją lupę flanelką. Budzik budzi go o 4.30. Wstaje i już po chwili widać jak ciągnie wózek z mlekiem przez, osiedle. ted3mKx®ddHi®nymvadxw©:j®‘g©XEfxt®£)xxM3gdyxE®xnK[xżx Przed drzwiami Magdy słucha przez chwilę ciszy z5 drzwiami. Potem wynosi za załom muru wystawioną przez nią butelkę i dzwoni do drzwi. Kiedy w szparze drzwi pojawia się , jej rozczochrana twarz mówi: nie wystawiła pani butelki. Magda znika i wraca za chwilę z* butelką w ręku. Tomek znów przystawia ucho do drzwi i słucha xzMmvzvłaż±eiikix*odgłosów z łazienki. Przy skrzynkach na listy wyjmuje z kieszni mały arkusik papieru i patrząc czy nikt nie widzi ‘wsuwa go przez dziurkę w tekrzynce pod znany w s.obie numer. Na poczcie przed okienkiem w którym pracuje Tomek sporo ludzi. Głównie sta­ ruszki domagają się swoich rent, proszą o wezwanie swoich listonoszy. Tomek wypłaca pieniądze ale naprawdę przygląda się stojącej w kolejce Magdzie. Ta skraca sobie czas czytając wszystkie pocztowe ogłoszenia, potem wyjmuje z torebki gazetę. Tomek ma więc dobrą możliwość przyglądania się jej bez zwracania na siebie uwagi. Kiedy nadchodzi kolej Magdy odbiera od niej zwi­ nięty kwitek zawiadomienia o pieniądzach. Nie znajduje przekazu i wyjaśnia, że musiała zajść jakaś pomyłka,. Długo szuka powtórnie, pozwala by Magda sa­ ma przeszukała przekazy i nie znalazła swojego nazwiska. Magda nic nie rozu­ mie: jest jej nazwisko i adres,, jeśli listonosz włożył zawiadomienie powin­ ny być i pieniądze. SkaruszKiwwkwieąki Tomek jest grzeczny,' ale nic nie może poradzić. Magda odchodzi zła na stracony czas. "Bałagan jak cholera" mówi raczej do siebie, urzędnik był miły,, nie może mieć do, niego pretensji. Tomek patrzy na nią jak przechodzi za szybą poczty. Na wolumenie tłumy kupujących i sprzedających. Ubrania, książki, płyty,sta­ rocie, kabanowsy. Tomek przywołuje spryciarza w kożuszku, dopytuje się o lunetę. -Którą? - nie pamięta go spryciarz. - Tą.pięćdziesięciokrotną - wy­ jaśnia Tomek - uzbierałem 16 tysięcy, tyle pan chciał. Spryciarz wśród moździeży i starych zegarów wydobywa zagraniczną lunetę, podaje Tomkowi. Tomek przykłada ją do oka. Ta. Wieczorem odstawia iunst starą lunetę i na jej miejsce instaluje hową. Pow­ tarza się rytuał poprzedniego podglądania, teraz jednak Tomek widzi wyraź­ nie, bliżej twarz Magdy. Rozkłada swoje pokiatkowane w rubryczki kartki, wpisuje datę. Kiedy Magda znika w łazience, a Tomek w kuchni nalewa sobie wody do kubeczkaw drzwiach pojawia się kobieta sprzed telewizora, trzyma w ręku pocztówkową fotografię. Pokazuje Tomkowi, Tomek kiwa, głową. Zdjęcie przedstawia twarz chłopca wydobytą powiększeniem xsxxx z fotografii całej klasy. Nad głową.chłopca ktoś trzyma palce. - rogi z dowcipu każdej klasowej fotografii.. - W domu dziecka była wtedy kwarantanna po żółtaczce, nie puszszczali nas do szkoły - mówi Tomek. - Marcin w tej koszuli - mówi kobieta. Tomek kiwa głową, jeszcze chwilę rozmawiają o zdjęciu, o Marcienie, kobieta wzdycha, ma mało zdjęć z Marcinem. Kiedy Tomek znów przykłada oko do lune­ ty w mieszkaniu Magdy nie może dostrzec nikogo. Szuka we wszystkich oknach i dopiero po chwili dostrzega podnoszącego się z tapczanu brodacza. Brodacz

Strona 27

26. wstaje, gasi światło. Wszystko odbywa się w ciemności i Tomek widzi tylko zarysy ciał. Męczy się też trochę ze swoją lupą, której prowadzenia jeszcze nie opanował. Lupa ma też transfokator i Tomek bawi się nim przez chwilę. W obserwacji przeszkadza mu też kobieta /gospodyni?/ która przy­ chodzi by dokończyć rozmowę o zdjęciach. Znalazła jakiś kwit od fotografa z wypoczynkowej miejscowości, gdzie byli oboje z Marcinem i nie odebrali zdjęc*«. Prosi Tomka by znalazł na poczcie kod adresowy i wysłał list. Kiedy Tomek wraca do lunety brodacza już. nie ma. Widzi odjeżdżający sprzed domu Polonez. Dostrzega też zarys drgających pleców Magdy. Po chwi­ li orientuje się, że Magda płacze. Widzi jąpo raz pierwszy w takiej sytu­ acji i długo przygląda jej się, aż zmęczona, z twarzą w dłoniach zaśnie. Być może przyśni mu się jeszcze - płacząca. Rano na poczcie Magda znów staje w kolejce rencistów. Kilka drobnych obser wacji obyczajowych w których poznawać będziemy Tomka jako urzędnika - skru pulatnego, pedantycznego ale naprawdę cały czas pw wpatrującego się w dxxx drzwi. Magda przychodzi na' pocztę, kiedy jest już luźno, koło południa. Ma znów powtórne' wezwanie na które kilka dni wcześniej nie otrzymała żad­ nych pieniędzy. Tym razem wywołuje awanturę, żąda naczelnika, następuje konfrontacja z listonoszem, który twierdzi, że wezwaniach -w^4rs«se nazwisko i adres wpisane są nie jego charakterem pisma. Naczelnik czy kontroler uważa, że Magda padła ofiarą jakichś dowcipów. Tomek przyptruje się jej przez cały czas i Magda zauważa to. Awanturuje się i krzyczy, śmieszna w swoich żądaniach, nie mająca racji. Jest tym wścieklejsza i śmieszniej© sza, że widząc wzr®kvSomka uważny wzrok Tomka przedstawienie to jest*w jakimś sensie robione dla niego. Wreszcie wybiega z poczty poniżona, w swoim modnym, świetnym ubraniu, które zmusza urzędników' do grzeczności ale tym większą sprawia.im satysfakcję' że racja była po ich stronie. Tomek' widzi i rozumie jej upokorzenie. Wybiega za nią w przykrótkim, granatowym fartuchu ż znajduje ją na pvxystxnkuxtpostoju taksówek. Mówi jej, że to on wkładał zawiadomienia do skrzynki. Po co? Cgciał ją zobaczyć -mówi i brnąc do końca, zmarznięty, zobaczywszy nagle wesoły błysk w jej oku mówi: Pani wczoraj płakała. Magda poważnieje. Skąd pan wie? - pyta. - Ja panią podglądam. - mówi Tomek patrząc jej w oczy i za chwilę spuszcza# M$ wzrok. Magda nie wie jak się .zachować. Mówi mu, żeby przyszedł do kawiarni xaxk®x na WX 1£« Będę na pana czekała o piątej - mówi wsiadając dó taksówki. Tomek ubiera się w ciemny garnitur, ten w którym zdawał maturę. Ze sporym bukietem w ręku pojawia się w kawiarni. Siedzi tam ńaczej młodzież w swet­ rach, z dużymi torbami przewieszonymi przez ramię.'Tomek nie wie, że w ka­ wiarni jest pięterko i nie znajdując Magdy na parterze stoi ze swoimi idio tyczńymi kwiatami obok szatni tamując ruch. Magda woła go z góry. -Jak mas na imię - pyta kiedy siadają przy stolikus - bo ja Magda. Tomek przedsta­ wia, wstydzi się, bo nazwisko ma nieszczególne. Dalej już nie wie co powie dzieć, nie był jeszcze z kobietą w kawiarni i Magda zauważa to i pyta go

Strona 28

27. o to. Uzyskuje oczywistą przewagę. Pyta, czemu Tomek ją podgląda, mówi mu na "ty". - Bo panią kocham - odpowiada Tomeks i to jest prawda. Magda się śmieje, w jej środowisku mówi się o takich rzeczach inaczej, nie tak wprost. Ten niezbyt ładny, nieproporcjonalnie zbudowany,,źle ubrany chło­ pak zaczyna ją ciekawić właśnie przez to, że jest tak zupełnie inny. Kwit ty leżą na stoliku. - Kim ty jesteś? - pyta Magda i chce jeszcze wiedzieć gdzie mieszka, ki ile ma lat, co lubi robić. Tomek metodycznie wyjaśnia, krab Od dawna nie ma rodziców, mieszkła w domu dziecka. Tam zaprzyjaźnił się z chłopcem, który w ostatniej klasy technikum pocztowego zginął w wypad ku samochodowym. Kiedy Tomek ks skończył technikum i musiał wyprowadzić się z domu dziecka, matka ±Mtegx przyjaciela wzięła go do siebie, do miesz kania. Mieszka teraz naprzeciwko dom położony jest o sto metrów od jej domu. Dawno ją zauważył. Jeśli ona mieszka tam od kilku lat, to może jego przyjaciel , Marcin też ją podglądał bo znalazł u niego w,szafie schowaną głęboko lunetę, a ich okna są naprzeciwko. - Mieszkam tam od trzech lat, znajomi wyjechali za granicę - mówi Magda. - To mógł panią pod­ glądać - mówi-Tomek - zginął półtora roku temu. Magda dziwi się, nigdy nie przyszło jej do głowy, że ktoś z tak dalekiego domu mógłby ją widzieć.- - Może kochał panią tak samo jak ja...? - mówi Tomek. - Mówił ci? - Mówił - odpowiada Tomek a Magda pyta go ostro: - Chcesz przyjść do mnie? Tomek czerwieniej. — Nie wstydź się - mówi Magda-- przecież wszystko wiesz. Tomek kiwa głową. U siebie Magda jak zwykle idzie najpierw do łazienki. Przeprasza Tomka, kąpie się zawsze po powrocie do domu, Tomek ±3 wie o tym doskonale i kiedy mechanicznie mówi - wiem - Magda przypatruje mu się znów uważnie. Tomek ogląda pokój z innej niż dotąd perspektywy, 5 wszystko wydaje mu się tu in­ ne, dopiero kiedy staje pod oknem uśmiecha się do siebie - ta, to te® samo pwk^s mieszkanie, przymyka oczy, tyle razy marzył o tym, żeby znaleźć się tutaj. Magda wraca w szlafroku, tym razem jest on zapięty i przewiąza­ ny paskiem. Pyta ostro- co jeszcze o mnie wiesz? - Pije pani mleko - mówi Tomek łagodnie. - Mów, co widzisz - każę Magda. Tomek opowiada po kolei, stara się pomijać szczegóły, które wydają mu się drastyczne, a możliwe, że nie myśląc o tym wszystko w jego opowiadania wygląda dużo bardziej lirycz­ nie niż wyglądało, kiedy razem z nim zaglądaliśmy tu przez lunetę, ^le Mag­ da chce wiedzieć dokładnie. Domaga'się szczegółów, brutalizuje. Być może ekscytuje ją to opowiadanie, oczy jej ciemnieją, patrzy z bliska Tomkowi w twarz, ten próbuje odwrócić oczy, ale napięcie Magdy udziela mu się po­ woli. - Onanizujesz się? - pyta Magda - Kiedy? - Kiedy pani już jest tu na podłodze albo na tapczanie.... - Co wtedy robię,dokładnie, powiedz dokładnie? Tomek milczy. - Wiesz, że cudzołożysz? - Wiem - mówi-Tomek. Magda bierze jego.ręce i wkłada pod swój szlafrok, Tomek dotyka jej ud. Przymyka oczy, Magda przesuwa jego ręce coraz wyżej. - Masz piękne ręce, delikatne - mówi. Tomek drży, nagle zaciska ąsga dłonie na udach Magdy, łapie powietrze, wypuszcza, oddycha głęboko. Magdę opuszcza podniecenie,

Strona 29

27. • uśmiecha się, Tomek ma ciągle zamknięte oczy. - Już? - pyta Magda. Tomek otwiera oczy i widzi przed sobą twarz Magdy, która śmieje się cicho, potem głośniej. Tomek patrzy na nią uważnie, uporczywie, jakby zobaczył wszystko w nowym nagle świetle, to mieszkanie, sibie w nim i ją przed nim, śmiejącą się'nagle głośno- i blisko, tuż obok. Szlafrok rozchylił jej się przy tym śmiechu, widać zarys, piersi ale Tomek nie widzi już tego, przez chwilę mocno, intensywnie patrzy w jej twarz i wybiega nagle z mieszkania przewra­ cając po drodze jakieś krzesło, łapiąc w przelocie palto, trzaskając drzwia mi. - Pod doemem zatrzymuje się, niewygodnie■mu iść, ale nie zauważa tego nawet. Widzixys^ Nabiera w dłonie garść śniegu i przykłada sobie do twarzy. Dos­ trzega Magdę w oknie, widzi go z rękoma pełnymi śniegu i twarzą mokrą, pozlepianymi włosami, śmiesznego,w rozkroku. Kiwa mu ręką porozumiewawczo, wydaje mu się, że jest w tym geście drwina, biegnie do siebie. Magda patrzy na jego małą sylwetkę.ginącą w ciemności i poważnieje. Na tle oświetlonej- klatki schodowej- widzi go wbiegającego na ±rz^ci®vpż piąte piętro, z tej odległości z trudem r®xśżniax rozróżnia postać. Potem widzi zapalające się okno na piątym piętrze, już wie, gdzie mieszka. Przez chwi­ lę* w pokoju pali się światło, nikt nie podchodzi do okna, potem światło gaśnie. Magda jest przekonana, że Tomek ustawia swoją lunetę. Patrzy poważ­ nie w tamtą stronę, po długiej chwili powoli rozchyla szlafrok. Tomek zapala światło w łazience. Po cichu zdejmuję stojącą na półce miedni­ cę, puszcza do niej prysznicem /żeby nie chałasowaś/ gorącą wodę. W tym czasie wy^xpEi®wij wxrąkawy zrzuca na podłogę marynarkę, podwija rękawy ko­ szuli, wykręca żyletkę z maszynki do golenia. Magda stoi wpatrzona w ciemne okno. Zachuchała trochę szybę, więc przeciera ją, chce sama lepiej widzieć i chce, żeby Tomek też widział ją lepiej. Pod­ chodzi do swojego rajzbretu, wyjmuje arkusz pap bristolu i pędzlem piszę na nim pośpieszny napis : PRZYJDĄ i stawia dwa wykrzykniki a potem dodaje jeszcze trzy następne. Podchodzi z tym plakatem do .okna i przykłada go do szyby, tak żeby napis widać było z zewnątrz. Tomek kuca przed miską pełną teraz parującej wody i metodycznie, patrząc czy tnie dobrze przecina sobie żyły najpierw w prawej, potem w lewej ręce. Woda zabarwia się na czerwono. Magda opuszcza puwłi powoli swoją planszę. Jeszcze przez chwilę patrzy w tamtą stronę, potem gasi światło, kładzie się na tapczanie i ciemności wi, / /i/M «i-C%<X£K/ W dac jak kładzie sobie, ręce na udach, tam gdzie przad—ehwiJLą trzymał je To­ mek im opuszcza powliw dół. Pątrzy ostrym,jasnym wzrokiem i widać jak wzrok traci ostrość, staje się łagodny J—Magda po ci.chu-mów^* j-oaefcTT-r^ Podrywa się nagle i biegnie do k okna tknięta przecuciem. Widzi pód kSbishi domem Tomka karetkę pogotowia do której ^sanitariusze wkładają nosze, ktoś wsiada, trzaska ją-drzwi, karetka odjeżdża. Magda biegnie do korytarza.. Wbiega na piąte piętro domu Tomka, szuka drzwi, dzwnnis są jedne, więc nie ma wątpliwości. Dzwoni. Nikt nie otwiera.

Strona 30

28. Rano budzi się pod kocem, ubrana, zziębnięta. Biegnie tą samą drogą co wczoraj, staje przed drzwiami Tomka, znów dzwoni. k’vtaą| Otwiera gospodyni Tomka, Magda pyta o niego, czy tu mieszka, choć nie ma wątpliwości, kobie­ ta ubrana jest na czarno, poważna, Magdzie ściska się serce. - Nie ma go - mówi kobieta, - jest w szpitalu. Magda chce się dowiedzieć co się stało, ale.kobieta milczy. Chce wiedzieć w jakim jest szpitalu, czymoże go odwie­ dzić, zasypuje kobietę nerwowymi, krptkimi pytaniami. Kobieta patrzy na nią chłodno i mówi, żeby nie szła do szpitala. - On niedługo wróci - mówi. - Czy mogłabym co państwa zadzwonić, żeby się dowiedzieć....- prosi Magda. - Nie mamy telefonu - ucina kobieta i zamyka drzwi. Wieczorem Magda patrzy w stronę domu Tomka. Jego okno jest ciemne. Na poczcie przygląda się urzędniczkom.ówytisia Grube, przeważnie starsze, jakiś facet w okularach o nieprzyjemnej, obrzmiałej twarzy. Do wszystkich okienek po kilka osób w kolejcem Dostrzega dwie młode praktykantki zajęte chichotaniem przy lakowaniu paczki, to stoisko jest stosunkowo puste. Pod­ chodzi i pyta o Tomka. Dziewczyny -przyglądają się jej zaciekawione. - Po­ dobno podciął sobie żyły - mówi jedna i znów zaczynają chichotać. Nie wie­ dzą w którym leży- szpitalu, a kiedy Magda pyta o jego nazwisko jedna naraz szczekliwie, nieprzyjemnie, nauczona widać od starszych koleżanek jazgocze ki nie dając Magdzie dojść do głosu. - Przyjdzie to bidzie, co to za zwy­ czaje żeby podawać klientom nazwisko pracownika, może pani .się najpierw sama przedstawi, kim pani w ogóle jest i tak daiej. 0 świcie Magda słysząc szczęk butelek wybiega przed drzwi. Mleczarz też- | nic nie wie ć swoim poprzedniku. Po tygodniu a może po dziesięciu dniach Magda która już przyzwyczaiła się do oglądania domu Tomka przez pożyczoną teatralną /albo wojskową/ lornet­ kę widzi, że w jego pokoju zapaliło się światło. Zamiera. Widzi gospodynię, która podchodzi do okna i zasłania firanki. Widzi cień kogoś drogiego, wy­ sokiego, kogoś pewnie Tomka, któremu kobieta pomaga położyć się do łóżka. Wychodzi, po chwili wraca trzymając w ręku coś, co ustawia na stoliku. Pewno kubek z herbatą. Potem światło w pokoju Tomka gaśnie. Zmarznięta Magda czeka przed pocztą. Kolejka przy okienku Tomka zmniejsza się. Magda czeka jeszcze chwilę, jeszcze dwie osoby, wchodzi i staje r-łej kwi na końcu. Widzi Tomka, który nie patrzy w jej stronę, jak zwykle skrupulatnie załatwia interesantów. Przeguby dłoni ma obandażowane i usi­ łuje ukryć to pod rękawami fartucha. Wreszcie Magda pochyla się w okienku i Tomek odwraca się w jej stronę. Magda uśmiecha się, Tomek jest smutny i przez chwilę patrzą tak na siebie. Magdzie znika uśmiech. - Ja już.pani nie pędglądam - mówi cicho Tomek. ODCINEK 7

Strona 31

29. 31 To co jest ważne zdarło się w tej rodzinie dawno, 6 lat temu. I wszyst­ ko to znajdzie odbicie teraz, is Pozornie dzień jest taki sam jak wszystkie od wielu już lat, NiEVK±Kvxapwyadxni nic nie zapowiada wydarzeń. Rodzina składa się z czterech osób: Ewa i Stefan,-rodzice, Majka i Ania - dwie cór­ ki .Mieszkanie mają spore, wyposarzone dobrze ale dość standartowe; nie ma żadnych indywidualnych cech.Ewa ma około czterdziestki, jej mąż wygląda na starszego, choć nie jest. Majka ma 22 lata i studiuje polonistykę, a Ania ma sześć lat i chodzi' do x®rówkżx ostatniej klasy przedszkola. Ewa jest nauczycielką, Stefan pracuje w jakimś przedsiębiorstwie na dobrym sta­ nowisku. -^ończą śniadanie w pośpiechu, ale bez nerwów. Majka jeszcze leży ale słucha dochądzących z kuchni odgłosów. Jakieś pospieszne zdania bez znaczenia, dopiero kieda mała Ania woła z ubikacji: Mamo! Mamo, chodź! Majka przymyka oczy.Ojciec ubrany do wyjścia wchodzi do jej pokoju, budzi ją i pyta o zajęcia. Majka udaje, że otwiera oczy z przebudzenia, zajęcia ma o dziesiątej. Wstawaj już, za dużo śpisz - rzuca ojciec i już za chwilę słychać trzask drzwi. W drzwiach pojawia się matka. -Odebrałaś polecony? - Tak - mówi Majka - jakieś bzdury, zapomniałam oddać książki z biblioteki. Matka wzdycha, kiwa głową, jak zwykle zda je się mówić ta mina, biedy matka z małą Anią wychodzą z domu Majka zrywa się i biegnie do okna. Patrzy jak matka całuje się z malutką przed bramą stojącego niedaleko przedszkola. W jej twarzy jak i przedtem, kiedy zamykała oczy pojawia się wyraz zawzię­ tości, oczy mrużą się lekko, usta zaciska ją.Kiedy Majka widzie jak matka biegnie z powrotem do domu, jakby czegoś zapomniała wraca do łóżka i uś­ miecha się słysząc wołanie z. dołu: Majka? Maja! a potem, stukot obcasów na schodach, uśmiecha się tak samo kiedy zdyszana matka wpada do jej pokoju. - Nie odbieraj dziś Ani, wznręvjąxvs¥max zaraz po przedszkolu jedziemy do teatru - matka chce już wyjść.-Mamo- mówi Majka i umyślnie przeciąga chwil - Spieszę się, mów - mwói matka już zła. - Słuchaj - mówi Majka i przecią­ ga się, matka robi się wściekła, kiedy ma wybuchnąć Majka pyta - Gdzie idziecie? e Do teatru!, przecież mówię...- Ale do jakiego - chce wiedzieć Majka. - Do "Lalki”- mówi fcjtas matka i chce wybiec. - Na którą? - Na pią­ tą - woła matka z korytarza i nagle wraca do pokoju. - 0 co ci chodzi? - 0 nic - mówi Majka spokojnie - chcę wiedzieć, gdzie będzie Ania po po­ łudniu. Matka trzaska drzwiami. Przed kasą kina' Majka kupuje bilet. - Na dziesiątą jeden - mówi do kas jerki - blisko ekranu. Majka nosi cienkie, druciane okulary. Z biletem w zębach przypatruje się zdjęciom do "Ghandiego" wiszącym w iwtrynach. - Oddaję indeks - mówi Majka do sekretarki swojego Wydziału na Uniwer­ sytecie. - Nie będzie się pani da odwoływać? - pyta sekretarka^ - na ostat nim roku ma pani szansę... - Wyrzucają, to wyrzucają - mówi Majka. Sekre­ tarka przegląda indeks. - Tu brak dziesięciu stron - mówi patrząc na wajkę - Wyrawałam-uśmiecha się Majka - z dwóch ostatnich sesji. Sekretarka patr rzy na nią czujnie. ćxni - Nie chciałam robić przykrości rodzicom - mówi

Strona 32

32 50. Majka i uśmiecha się nieśmiałym uśmiechem, który gasi natychmiast kiedy sekretarka odwraca s® od niej, wzrok. Na przedstawieniu dzieci bawią się świetnie. Trzeba pokazać kawałek tego, przedstawienia. Aktorzy przebrani są za wzierzęta, dobroduszny hipo­ potam nie może poradzić sobie ze złośliwymi małpami i krokodylem, albo k coś w tym rodzaju, mała Ania jak i wszyscy zarykuje się ze śmiechu oglą­ dając pokraczne ruchy hipopotama, który w końcu sprytnym wybiegnie® ob­ łaskawia swoich prześladowców. Ewa przypatruje się Ani - jest szczęśliwa, mała bawi się świetnie i przytula do Ewy małą, jasną główkę i łapie ją za ręce, żeby'razem, obie biły brawo. Hipopotam tańczy teraz z innymi zwierzętami, wszystko wygląda zabawnie - wzywa dzieci do wspólnego tań ca i najpierw powoli a potem szybciej dzieciaki wbiegają na scenę robiąc tam ogromny tłok, który w rytm muzyki próbują uporządkować aktorzy. Ania aż piszczy, Ewa nachyla się do niej - Shcesz lecieć? - Mogę - pyta Ania, -wa przepuszcza ją i patrzy jak mała zachwycona biegnie do sceny oglądając się i szukając u matki aprobaty. Ewa roześmiana macha Ani. Na scenie jest 3® z setka dzieci i Ewa bardzo prędko gubi małą z oczu. Jak i inni rodzi­ ce wstaje z miejsca i jak niektórzy podchodzi bliżej drzwi, wyjmuje papie­ rosa i już z korytarza patrzy na świetną zabawę. Muzyka kończy się, wszystkie dzieci biją brawo, kurtyna Edsłani^si zasłania i odsłania sce­ nę kilka razy, dzieci powoli wracają do rodziców, rozgrzane, czerwone, spocone, szczęśliwe. - Dał mi pogłaskać trąbę - wrzesczy jakiś chłopiec w pobliżu, wszyscy się śmieją. Ewa ®p.3kHyxievpy±igyx gasi papierosa i wra­ ca do swojego rzędu, popatrując na dzieci. Przykuca na oparciu, potem zaraz wstaje, bo nie widzi Ani. ^e sceny schodzą już ostatnie dzieci, Ani nie ma. Ewa idzie w kierunku sceny, rodzice ze soimi dziećmi idą w przeciwnym kierunku, Ewa przeciska się ku scenie i kiedy dociera tam scena jest już pusta. Ewa woła dziecko i przeciskając się między rodzi­ cami wybiega do holu myśląc, że mała pomyliła zejście ze sceny. Chodzi rozgorączkowana coraz bardziej po holu, widać tylko złączone pary dzie­ ci aga z rodzicami. Jeszcze raz wbiega na salę, sala jest pusta. Wraca do helu, tutaj tłum przerzedza się powoli. Ewa wybiega z teatru, już zmrok, ale jeszcze nie ciemno, rodzice z dziećmi schodzą ze schodów Pa­ łacu, samotnej dziewczynki nie widać. W tym samym momencie Majka pociąga małą Anię za rękę i wciąga ją za duży słup. Kuca przy" niej tak, żeby były niewidoczne dla Ewy. - Zrobimy mśmie dowcip - mówi. Ania rozgląda się bezradnie. - Nie mam płascza - mó­ wi. -Przyniosłam ci - Majka wyciąga z dużej torby trochę już za małą kurt­ kę- . -Ewa wraca—4-e- teatru. Holi pu&t^sroje. Podbi-e^ga do biletęrkT.- Zginęło >ł dziewek o - mów.i,—j£si^}u4—w^ww^e-irreTspckrrjTraT^a-ie^-psbttłu^^ ^U»^i^teł?iM#^ - Blondynka w ni akieskiej suknippp . Bileterka patrzy ira-saią'-yrte«%yt'-siy-&£Ał4-wd£_Ł__=-wMs4r6^_j£a34-^^ .

Strona 33

51 . x wa wraca do teatru. Holi pustoszeje., Ewa jeszcze raz biegnie w kierunku sali, na scenie maszyniści zdejmują dekoracje, szatniarka została z dwo- ma płaszczami i krzyczy- proszę odbierać garderobę!, Ewa podbiega do li-' czącej drobne bileterki i mówi#:. jeszcze spokojnie, choć w głosie można dostrzec już pierwsze oznaki histerii. - Zginęło mi dziecko, blondynka w niebieskiej sukience...- bileterka patrzy na-nią jakby nie rozumiała, zus- tami ciągle jeszcze liczy drobne i Ewa krzyczy wtedy głośno: - Zginęła mi córka! Czy panie nie rozumie? Dziecko zginęło! Elektryczny pociąg wyjeżdża z terenu Warszawy. W wagonach tłok, Majka z Anią przyciśnięte do szyby. - Pochuchaj sobie i porysuj - mówi z góry Majka i patrzy jak Anka małym paluszkiem stara się narysować coś na zachuchanej szybie. Ta zabawa ją na chwilę wciąga. Pociąg zatrzymuje się w Milanówku czy Józefowie. Jest już ciemno. Majka wydostaje się z Anią z zatłoczonego wagonuj i zdecydowanym krokiem zmierza do nielegalnego przejścia, które jest od dawna wydeptanym skrótem. Tam jednak założono jakąś siatką i muszą wrócić z powrotem w stronę podzi ziemnego przejścia. Majka zmienia nagle zamiar i siada na ławce peronu. Sadza sobie Anię na kolnach, ta rozgląda się'dookoła. - Przytul się do mnie- prosi Majka i Ania, jakby nigdy tego nie robiła przytula się do niej z pewną rezerwą. - Jesteś już dużą dziewczynką? - mówi Majka po cichu do ucha małej. - Dużą - mówi poważnie Ania - mama mówi, że da jestem bardzo duża. - To posłuchaj uważnie. Mama naprawdę nie jest twoją mamą. Wiesz kto jest twoją mamą? - Mama. - Nie. - To kto? - Ja - mówi Majka - naprawdę ja jestem twoją mamą. - Będziemy się bawić, że jesteś moją mamą? - Ania jest wyraźnie ucieszona tą perspektywą. - Nie - mówi Majka poważnie - tak już teraz będzie zawsze. Ja naprawdę jestem twoją mamą. Mama jest twoją babcią a tata dziadkiem. Nie miałaś nigdy dziadka- ani. babci, prawda? Ania patrzy na nią uważnie i niechętnie kiwa przecząco głową. - Teraz będziesz miała. Ja będę twoją mamą . - A tata? - pyta Ania. - Zaprowadzę cię do taty, pokażę ci. - Chcesz coś? - pyta Stefan stojąc nad Ewą z pigułką i szklanką wody sodowej. Ewa budzi zezamy stanu odrętwienia, w który zapadła, ciągle jesz­ cze w szaliku a może i płaszczu siedząc na fotelu z gbwą w dłoniach. xxS - Sad Co? - patrzy na niego nieprzytomnym- wzrokiem. - Relanium,* albo coś na ból głowy... - Po co ja ją tam wysłałam? - mówi Ewa właściwie do isbie i nie po raz pierwszy chyba dzisiaj, a potem powtarza obsesyjnie po co ja ją wysłałam? Wcale nie chciała iść, śmiała się. Po co ja ją wys­ łałam? Nagle jakaś myśl powoduje, że wzrok jej się wyostrza, patrzy na męża z determinacją. - Musimy tam jechać. - Po co? - pyta Stefan. - Ona musiała wyjść i wpadła pod coś...musiała pod coś wpaść, tam samochody... - Oni sprawdzą wszystko...- mówi Stefan, Ewa nagle zrywa się na równe no­ gi. - Dawaj klucze, jak cię. to nic nie obchodzi ! - krzyczy głośne, z ust wylatują jej drabne drobinki śliny - Klucze, skurwysynu! - Stefan

Strona 34

52. 3^7 cofa się q krok,., potem bierze z wieszaka płaszcz i kapelusz i już ubrany podnosi słuchawkę telefonu. Zawiadamia milicję, że wychodzą, gdyby była jakaś wiadomość niech dzwonią, oni wkrótce wrócą. Ewa patrzy na niego, na jego sposkój nienawistnym wzrokiem. Samochód powoli objeżdża kilka razy Pałac Kultury. Ewa widzi na pustym placu, gdzieś daleko sylwetkę milicjantMa. Samochó jedzie powoli przez plac, milicjant już z daleka zatrzymuje gox czerwoną latarką, tam nie wol­ no jeździć, samochód podjeżdża i zatrzymuje się tuż koło niego. Stefan uspoakaja Ewę gestem, ona odruuca jego. rękę. Stefan wysiada, Ewa uchyla drzwi. Stefan dopytuje się, czy nie było tu dziś po południu żadnego wy­ padku. Milicjant ma służbę od piątej i żadnego wypadku nie widział. - Ale czy jakby się coś stało, pan by wiedział? - krzyczy Ewa. Milicjant patrzy zdziwiony. - Zginęło nam dziecko - tłumaczy Stefan, - zawieruszyło się. - Nie było żadnego wypadku - mówi milicjant, do Stefana i odchodzi. Ewa podchodzi do Stefana. - Go my powiemy Majce? Stefan patrzy na nią i nagle coś przychodzi mu na myśl. - Gdzie ona jest? przed małym, podwarszawskim domkiem Majka z małą. Furtka do ogrodu jest oberwana i Majka łatwo dostaje się przed drzwi. Dzwoni. Domofon: - Kto? ■ - Maja. Domofon milczy chwilę. Potem odzywa się brzędzyk i naciśnięte d drzwi otwierają się. V/ perspektywie korytarza z pokoju wyjeżdża wózek in­ walidzki, na nim młody chłopak w okularach. Patrzą na siebie, myła przytu­ la się do Majki. - Pogorszyło ci się - mówi Majka i robi kilka kroków. - I będzie dalej - mówi Michał. Patrzy na dziecko przytulone do Majki. - To twój ojciec - mówi Majka do dziecka. - Wejdźcie - mówi Michał. --- '----------- _-- :-- :- - -- -r^- ^-^--- - :- :------ -—--- i----- —------- —- ;---------- — Pokój i kuchnia urządzone są ciepło, miękko. Michał uważnie przygląda się małej, która boi się go wyraźnie. Majka podchodzi i staje obok, kładzie rękę na głowie Michała, ale on nie robi żadnego gestu przyjaźni. Ma teraz bliżej Anię i patrzy na nią z bliska. - Sam jesteś. - mówi Majka. - Am umarłw dwa lata temuż - odpowiada Michał. Sytuacja nie jest zręczna: i Michał chciałby o coś spytać i Majka wyjaśnić ale mała trzymając się ciąg­ le blisko niej uniemożliwia rozmowę.-Siądźcie - mówi Michał-. Sam jeżdżąc sprawnie po ppłączonym z kuchnią pokoju robi herbatę, pyta małą czy by czegoś nie zjadła, wymieniają jakieś uwagi bez znaczenia, Majka kilka ryzy łapie wzrok Michała skierowany na dziecko^x Michał - okazuje się—pracuje w domu, Majka opowiada jak wyrzucili ją z Uniwersytetu za niezdawane od roku egzarńiny, wreszcie mała, pokładając się na kolanach Majki zasypia. Teraz dopiero, szeptem, nad głową małej mogą porozmawiać. Oboje przy tym popatrują cały czas na dziecko, uważając by nie obudziła się i nie usłyszą ła tego, co nie jest dla niej przeznaczone. - Czego chcesz? - pyta szeptem Michał odczekując chwilę od momentu jak zamknęła oczy. - Uciekłam - mówi

Strona 35

55. Majka również szeptem - uciekłam z. nią i nic od ciebie nie chcę. Tylko mi pomóż. - Oni wiedzą? Majka kiwa głową,, że nie.. Nagle zaczyna chichotać. -^ciekłam a nią z teatru. Matka latała jak szalona... Równie nagle poważnie je. -.Kilka dni temu dowiedziałam, się, że ona nie mogła mieć dzieci. Od czasu jak mnie urodziła. Dlatego to wszystko. Masz do mnie pretensje? - Żal -mówi Michałx - żylibyśmy tutaj... - Oni chcieli dobrze - mówi Majka -.mówili, że trzeba skończyć szkołę, że mam życie przed sobą, że po co mi... - Kaleka - podpowiada Michał, bo Majka' zamilkła nagle. Tak, o to też chodziło. Ale teraz Majka widzi wyraźnie, że naprawdę chodziło o dziecko.±xoxmiłHŚś - Suka - mówi Majka nienawistnie, ciągle szeptem. - sucza potrzeba. Potem już chodziło o miłość. ńała rosła i Majka miała z nią coraz mniej wsólnego. Matka zagarniała wszystkie uczucia, Majka nie potrafiła się przeciwstawić, co dopiero wygrać. Stopniowo i dziecka i mi- łoś stawały się obsesją, kiedy nachylała się nad Anką, czy całowała gą na dobranoc widziała ostry wzrok matki i jej głos e Aniu, miałaś wypić mleko, - albo - Aniu, spać. - Sprzedali samochód, żeby kupić mi mieszkanie , żebym, jej nie widziała... - Co chcesz zrobić? - pyta Michał, k - Nie wiem, chcę z nią być. Wymyśl coś,* zawsze miałeś pomysły... Michał pyta, czy zawiadomili milicję. - Napewno, - mówi Axk Majka. - Zadzwoń do nich Michał jest konkretny - ale nie stąd,- mogli założyć podsłuch. Koło dwor­ ca jest automat. Powiedz, że wrócisz, jeśli załatwią,-że Anka jest twoja i zxmx powolą ci z nią mieszkać. - Jak nie będą chcieli? - Daj im dwie godziny do namysłu. Majka układa delikatnie Anię na tapczanie, tak by jej nie obudzić. Jeszcze od rw drzwi wraca do pokoju. - Uważaj na nią - mówi ostro, rozkazująco. Michał zostaje sam z małą. Pojeżdżą do niej bardzo blisko i patrzy na nią intensywnie i może od tego patrzenia bez mrugania oczy szklą mu się lekko. Anka otwiera oczy, S-wśro^rfi^t —si^-^^ patrzą teraz na siebie jak zahipnotyzowani, wreszcie Anka uśmiecha się'' d o niego lekkim, próbnym, uśmichem. Michał odpowiada podobnym. - Gdzie jest-Majka? - pyta Ania cichutko, Michał musi przybliżyć się jeszcze bar­ dziej, przyjmuje konwencje i równie cicho mówi:: - ^araz wróci. - My się bawimy, że ona jest moją mamą - mówi Ania. Michał nie może rozmawiać z nią o tym. - Lubisz rysować? - Ładnie? - pyta Ania. Michał kiwa głową. - Lubię » mówi Ania i siada na tapczanie. Michał prowadzi ją do stolika, stoi tam amatorsko robiony komputer, pełno przewodów, kiawixxx±syK^kvx lampek, przełączników. Mała klawiatura i ekran, Michał włącza, urządzenie i pokazuje małej jak można ixami narysować dom, konia, samochód. Ania na­ tychmiast zaczyna"iksowaó" - wychodzi jej jakaś dziwna głowa. - Kto to? - pyta Michał. - Nie powiem ci - mówi małax poważnie. W ciszy nocy telefon w mieszkaniu Lwy i Stefana słychać na całym osied­ lu, ale tylko w ich mieszkaniu pali się światło. Lwa w swoim pokoju, Ste­ fan u siebie -podnoszą równocześnie słuchawkę iwmświą - Słucham - mówi Stefan, a "wa nie słysząc głosu w słuchawce krzyczy -, Halo! Halo! Kto to?

Strona 36

34. Po chwili oboje milkną i wtedy Majka mówi wyraźnie^x^Mkiyxiy - Niech oj­ ciec się wyłączy. Stefan odkłada słuchawkę i idzie do pokoju Ewy. Staje k koło niej. - Jestem z nią - mówi Majka. - Gdzie jesteście? - woła ^wa i odwrac się do Stefana - Jest z. Majką - mówi i pokazuje, że chce papierosa. - Zawiadomiliście milicję?- pyta Majka. - Tak. - Odwołajcie, powiedzdie, że się znalazła to po pierwsze. - Jedziemy po was, gdzie jesteście - woła •^wa zapalając papierosa. - Gdzieś - mów Majkaz - nie pwuem powiem wam. Musicie wszystko zmienić. - Co? - Ewa marszczy brwi w nagłym przeczuciu. - Wszystko. Ania musi być moja. Musisz zmienić papiery. - To nie- jest moż­ liwe - mówi Ewa twardo. - Powiem wszystkim, udowodnię. - Nic nie udowodnis Nikt o tym nie wie. - To się dowie. - Ania jest moja - Ewa zaciąga się - jest wpisana jako moje dziecko. Tylko sżnEia Jadwiga wie, że i® ty ją urodziłaś i nigdy tego nie powie. Stefan przypatruje się tej rozmowie, próbuje uspokoić Ewę, aleia ta zdecydowanie odtrąca jego rękę. - Gdzie jesteście - mówi Ewa - Ania jest moja. - fikxHdłaśxKra±® Ukradłaś mi dziec­ ko - mówi Majka spokojnie, widać że przemyślała idąc tą rozmowę - a ja nie mogę tak żyć. Dam ci dwie godziny, żebyście się namyślili jak mi ją oddać. Majka odkłada słuchawkę, a "wa czeka jeszcze przez chwilę i robi to samo. - Dała nam dwie godziny - mówi do Stefana - zadzwoń na milicję, że się znalazła. Ania śmiejąc się kończy kromkę chcleba i popija herbatą. Michał jesz tuż przy niej i też śmieje się głośno. Majka zastaje ich w tej sytuacji, jest zaniepokojona. - 0 czym rozmawialiście? Oboje się śmieją jakby zawar­ li jakieś porozumienie poza nią, ponad nią. - 0 czym z nią rozmawiałeś? - krzyczy Majka. - 0 niczym. Tak sobie - mw® mówi Michał i odwraca się do Ani - Położysz się? - Majka, zobacz co narysowałam - woła Anka wstając od stołu i ciągnąc najkę w stronę komputera. - Miałaś mi mówićimamo - mówi Majka,i przelotnie patrzy na komputer. - Majka - przekomarza się Ania. Majka gwałt wnym ruchem, bierze ją na ręce, wyszarpuje sznur z kontaktu niszcząc niezły już rysunek. - Masz do mnie mówić: mamo. - mówi głośniej niż przedtem, głośniej niż potrzeba. Ma£a milczy. - Powiedz: mamo - krzy­ czy Majka £ zaczyna potrząsać Anią, która początkowo naburmuszona teraz jest wyraźnie przestraszona. - Powiedz: mamo! Mamo, rozumiesz? Mamo! - Majka z całej siły trzęsie teraz dzieckiem i krzyczy na cały głos, histe­ rycznie. s Michał podjeżdża do nich z tyłu, Majka ma dziki wzrok, widzi przed sobą zapłakaną,iwxsx wykrzywioną strachem, latającą na boki twarz dziecka i nagle przytula ją do siebie z całej siły i chrapiliwe, groźnie mówi jej do ucha wciąż to samo: - masz mówić mamo. Jesteś moja, powiedz do mamy mamp ! Mała milczy. Majka zmienia głos, jest teraz pełen miłości. -,Powiedz mamo, proszę cię...Ahulka, powiedz mamusi mamo... Miachał pat­ rzy z przerażeniem na gwałtownoś wybuchu Majki i równie gwałtwone zmiany w jej zachowaniu. Majka troskliwie układa Anię na tapczanie, przykrywa ją płaszczem, szepce jej do ucha jakieś zaklęcia miłosne. Maia zasypia.

Strona 37

35. Dzwoni telefon. Majka chce podnieść teł® słuchawkę, ale Michał patrzy na zegarek i wstrzymuje ją, dopiero przy piątym dzwonku sięga po słuhhawkę i mówi zaspanymi głosem: - halo... Kto? - udaje zdziwienie i kiwa głową do Majki. - A tak, poznaję, nic nie szkodzi... Nie mam pojęcia, ni® widziałem jej sześć lat. Proszę bardzo, dobrze - ziewa - ...przepraszani, dobrze-. Odkłada słuchawkę. - Szukają ci was - mówi. Stefan też odłożył słuchawkę. - On nic nie wie, spał. - skreśla z długiej listy ostatni telefon - pobudziliśmy masę ludzi. - Nic im nie będzie - mówi ^wa. Stefan rozluźnia krawat, zdejmuje marynarkę. - Idziesz spać? - pyta Ewa. - Nie ,- mówi zrezygnowany Stefan i siada wzdychając. -Rób coś, rusz się! - Co? - pyta Stefan.KXtezHtex®z®tete ^wa nie wie. - Nie ukochasz jej - mówi. Stefan znów wzdycha, zna już takie rozmowy. - Trzeba jej oddać dziecko, ^wa kiwa głową z politowaniem. - Nie kochasz jej. Wiedziałam o tym. Mówią teraz na zupełnie różnych falach. - Zle zro­ biliśmy. - Sam chciałeś. - Zgodziłem się, to prawda. Tęraż trzeba się cof­ nąć. Nwa wstaje nagle i wyrywa mu papierosa z. Ust. - Nigdy - mówi - 'nie wyobrażaj sobie. Tylko ona mi została, ciebie nie kocham od lat. Majka zawsze była twoją córeczką, nie moją. Ania jest moje. - Opamiętaj się - mówi Stefan sposkojnie - obcięliśmy, żeby skończyła szkołę, żeby normal­ nie żyła. - Tb nieprawda - mówi Ewa gorącym oddechem prosto w jego twarz - kiedy mnie wypatroszyli po Majce wiedziałeś, że muszę mieć dziecko i że tylko tym możesz mnie zatrzymać. Zgodziłeś się i chciałeś tego bo to był jedyny sposób żebym bytexzxtei)ąx± nie zwariowała® i®hxisxśxęxniKx»g® ' i^tete za twoimi dupami. Żebyś mógł robić co chcesz i mieć przyzwoitą żo­ nę i dom taki jak wypada. Nie chodziło nam o Majkę, ani tobie ani mnie. Zasłanialiśmy się tylko. I teraz nie wycofuj się, skurwysyna. - Masz nieŚwierzy oddech - powiedział Stefan. - Wytrzymasz i to - powiedz ała -^wa. - K chałem cię''- mówi Michał® - Gzemu poszłaś ze mną do łóżka? Z li­ tości? Majka kiwa głową. - Nie, też mi się wydawało, że.cię kocham. Mądry byłeś i chodziłeś tak, że mi się serce krajało. Potem jak wyjechałam sta­ łeś się modny. Aśka, Monika, Agnieszka, każda choiała spróbować... - Wiedziałaś o tym? Skąd? - Pewno, że wiedziałam. Dlatego, zgodziłam się na to wszystko. Siedziałam pod. Lublinem a ojciec przywoził mi listy ad­ resowane na Beker Sureet. Nigdy się nie domyśliły, że nie jestem w Anglii. Opisywały mi dokładnie jaki jesteś kogut, “ajka wraca do teraźniejszości. - Nic od ciebie nie chcę - mówi. Michał patrzy na zegarek. - Dwie godzi-' W - pokazuje Majce. Majka wrzuca przygotowane monety. Wykręca numer. Ewa natychmiast- pod- nosi słuchawkę. - Dwie godziny - mówi Majka. Ewa jest już zupełnie spokoj­ na, teraz ona przygotowała się do rozmowy. - Zgadza się,- mówi - a teraz posłuchaj. Rano przyjedziesz z Anką do domu. Potem będziesz mogła wyjechać za granicę na ile chcesz. Dostaniesz pieniądze na dwa lata życia, ojciec załatwi ci paszport konsuralny w kilka dni. Dostaniesz darmowe mieszkanie

Strona 38

3$ 36. w Londynie, a to które ojciec kupił w Warszawie będzie dla Anki. Chcesz jesz ze czegoś? - Tak - mówi Majka - dwa miliony dolarów. Przez chwilę w słuchawce jest cicho. - Zrozumiałaś? - pyta Majka, -^wa nie wie czy trak­ tować to jak dowcip, jak odmowę czy jak wyraz szaleństwa. - Wygłupiasz się - mówi niepewnie. - Tak - Majka w czasie długiego przemówienia doszła do siebie - czy ty zrozumiałaś co ja powiedziałam poprzednio? - Nie oddam ci Ani - mówi Ewa. - To nigdy nas już nie zobaczysz - odpowiada Majka. - Mnie jest wszystko jedno. Liczę do pięciu, jeśli nie powiesz zgoda od­ kładam słuchawkę. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć - liczy bardzo szybko i natychmiast odkłada słuchawkę. Ewa stoi ze swoją zaszokowana. - Majka! - krzyczy - Majka, zgoda! Majka! Krzyczy dalej, choć wie, że Majka nie mogę już'usłyszeć ani. słowa. Michał też gdzieś dzwoni. - ua wiem, że jest noc, ale mieszkanie jest MixpBtKwbwxHatytfhtóast^vWźvk±a<x® naprawdę muszę mieć teraz. Niech się wujek ubierze, wsiądzie w samochód, weźmie klucze i mi przywiezie, wszystko wytłumaczę, ki® Pamięta wujek jak tu się jedzie? W tym momencie Majka wchodzi do mieszkania. Słysząc rozmowę na palcach podchodzi do drzwi pokoju. Michał tłumaczy sposkojnie przez telefon. - Od szosy warszawskiej trzeba skręcić w lewo za stacją, potem pierwsza w pra­ wo i pierwszy dom przy pierwszej przecznicy w lewo...Ulica nazywa się... Majka wpada do pokoju i wyrywa mu słuchawkę z ręki, rzuca na widełki. - Zdradziłeś mnje - mówi. - Dzwoniłem,d żeby przywieźli ci klucz...do wuja... Ewa nie chce słuchać, krzyczy: - Zdradziłeś! Słyszałam jak tłuma­ czyłeś jak tu dojechać! Biegnie do tapczanu, budzi gwałtownymi ruchami Ankę, wkłada jej trzęsącymi się raękami buty, naciąga jej kurtkę,.mała jest ledwo obudzona, zaczyna płakać, ale Majka nie zwraca na to uwagi.i wyfei®gavzvxiiasxka:Ki3; Z małą na ręku podbiega do wózka Michała. - Wszystkc mi jedno, rozumiesz? Wybiega z domu kiedy Michał krzyczy - Dwzoniłem po klucza dla ciebie! Majka,słyszysz? chwilę zatrzymuje się tak, Majka odchodzi ulicą, jakby dotarłydo niej jeszcze na słowa Michała. Potem biegnie, Michał widzi to przez okno. Jedzie do komody, wyjmuje stare ka­ lendarze, znajduje właściwy, odszukuje numer. Wykręca i-mówix - Tu Michał Ja pana przedtem okłamałem. Ona tu była. Teraz wybiegła gdzieś, a ja nie mogę się ruszyć z wózka! Poszła w stronę dworcal - Adres - mówi Stefan. Majka z dzieckiem na ręku śozga się po ulicy w półmroku świtu. Przecho­ dzą przez most na niewielkiej rzece i Majka patrzy przez chwilę z góry na pędzącą po wodzie krę. Jest cicho i jeszcze prawie ciemno. Idzie skró­ tem do torów i potem prosto przed siebie torami. Gdzieś daleko widać pod­ miejski dworzec kolei elektrycznej. Na dworcu para bucha z ust nieruchomo śpiącego na ławce pijaka. Poczekalnia ma otwarte na ościeżz drwzi. Majka wchodzi do poczekalni i patrząc na pijaka podchodzi do okienka kasy - in­ formacji. Długa stuka w pękniętą szybę, w końcu pojawia się tam żmkx po-

Strona 39

57. targana twarz kobiety owiniętej w koc. ~ 0 której -pociąg? - Dokąd? - Z Warszawy, jakikolwiek... - Dziś niedziela , dopiero za trzy godziny. Majka jeszcze raz wraca do okienka. - Chyba zamarzł - pokazuje ręką na pi­ jak. Kobieta przypatruje się. - Skąd - mówi - przecież mu para z gęby bu­ cha. Majka kiwa głową. Siada obok na ławce. Pijak nie rusza się. Ania jest ciężka, przysypia na rękach Majki. Majką trąca pijaka za nogę, potem tarmosi za rękę. Pijak atwisra porusza się niespokojnie - Pierwsza lepsza, druga gorsza - bełkoce. - Gdzie tu szosa? - pyta Majka. Pijak patrzy na nią przez sekundę i zasypia z powrotem. Majka słyszy gwizg zbliżającego się pociągu, wybiega na peron. Z. daleka iwdać nadjeżdżającą lokomotywę. Jedzie p woli, dostojnie, kiedy jest blisko Majka jak na autostop! pró­ buje ją zatrzymać. Lokomotywa, jakby nikogo w niej nie było oddala się majestatycznie. Odchodzi, schodzi na tory i idzie środkiem. Pijak śpi dalej w tej samej pozycji. Dużo widniej, ^wa ze Stefanem prawie biegiem wpadają do poczekalni. Lwa już stuka z całej siły w pęk­ niętą szybę, kobieta ze szklanką sypanej herbaty pojawia się od razu. - Nie widziała pani dziewczyny z dzieckiem? - pyta Ewa. - Pani z milicji? - chce wiedzieć koabita. - Szukam dziewczyny z dzieckiem. - Była ale poszła, już z pół godziny. - Gdzie? - Pani z milicji? - Nie, to moja córka - krzyczy Ewa - gdzie poszła? - Pytała go o szosę - pokazuj®xnavpvx kobieta pokazuje na pijaka - i chciała zatrzymać lokomotywę. Bałam się, że wpadnie...Ewa ze Stefanem wybiegają z poczekalni. Samochód odjeżdża. Jedzie kawałek szosą, potem wraca. Jedzie w drugą stronę i znów zawraca. Potem przejeżdża przez tory i wjeżdża w uśpioą jeszcze miejscowość. Ewa i Stefan dzwonią przy drzwiach Stg$3MMvxx Michała. - Kto? - pyta Miachł. - To my - odpowiada Stefan - rodzice Majki. Słychać brzęczyk, wchodzą do wnętrza. - Nie ma jej na dworcu ani na szosie - mówi Ewa - Dlaczego pan... Michał przyciska palec do. ust. Ewa cichnie. Wchodzą do pokoju. Na tapczanie przykryte kocem śpią Majka z Anią. Ewa chce biec do tapczanu, ale Stefan powstrzymuje ją prawie siłą. - Wróciła - szeptem mó­ wi Michał. Ewa ma łzy w oczach. Ania budzi się po raz któryś tej nocy. Patrzy na Ewę i cicho mówi: - Mama. Potem powtarza jeszcze raz: Mamusia. Majka uśmiecha się i otwiera ®ko oczy, słyszy pc raz trzeci powtórzone: mama! I już za chwilę widzi, że mała nie patrzy w jej kierunku. Patrzy tam, gdzie patrzy mała i widzi rodziców. Ania po cichutku, żeby nie.zbu­ dzić Majki wstaje i teraz już nie krępując z krzykiem? - mamusiu! biegnie i przytula się do ^wy. ODCINEK 8. Bohaterkami tego odcinka są dwie kobiety. Młodsza, 47-letnia Elżbieta i starsza, 67-letnia Zofia. Zofia jest wybitnym etykiem i mimo emerytury prowadzi jeszcze zajęcia na Uniwersytecie. Trzyma się znakomicie: jej każdy dzień jest precyzyjnie rozplanowany, zaczyna się od gimnastyki i

Strona 40

38. zimnej kąpieli, kończy dwoma jabłkami zjedzonymi tuż przed myciem zębów przedtem starannie obranymi i pokrajanymi. Wydała już kilka książek tłumaczonych na obce języki - wszystkie ze swójej specjalności i teraz pod koniec życia próbuje zebrać myśli w ostatnim swoim,, na jpoważnie js-ay szym dziele. Wykłada i prowadzi ćwiczenia ze studentami korzystając z pomocy kilku asystentów, zasiada także w jakimś po,ważnym naukowym ciele np. PAN- owakim lub senacie Uniwersytetu. Jest osobą o niekwestio nowanym autorytecie, jej całe życie było jasne, współpracownicy szanu­ ją ją i kochają, studenci tłumnie wypełniają salę w czasie jej niezbyt częstych wykładów^ seminaryjnych. Jej autorytetu nie potrafiła w naj­ mniejszym stopniu zachwiać -^4tragiczn#©-^®*^ historia - córka po zamor­ dowaniu męża1 kończy teraz odsiadywanie 4i-letniego. wyroku. Ogromna mi­ łość do córki, która była jedynym sensem jej prywatnego życia po śmier­ ci męża w latach pięćdziesiątych nie była w stanie wpłynąć na jej zezna nia w sprawie córki - te zeznania obciążyły córkę i broniły jej w ta­ kim stopniu w jakim obciążała ją i broniła prawda o tym wydarzeniu. Zofia nie przyjaźni się z nikim. Jej życie wypełnione jest pracą i oczekiwaniem na córkę, przy czym oba te nurty nie łączą się w żadnym sta stopniu.Sprawa, jej córki była kiedyś sensacją w środowisku uniwersytec­ kim, ale nawet w czasie rozprawy Zofia nie przerwała wykładów i jeśli ktoś nie był świadom jej‘ tragedii nie mógł dowie dziś z jej zachowania wywni sakwa ćncK poznać co przeżywa. Do autorytetu^vktśry i opinii o niezwykłej prawości przyczyniała się także okupacyjna karta Zofii i jej męża. Sdzysczątkuywoąuyopraisnwati Od roku 4^-go działali oni niez­ wykle aktywnie w konspiracji, jej mąż by^ szwśasK ofcerem AK a ona sa­ ma wzsrprBWS;dzikaxi uratowała niezliczoną ilość osób przeprowadzając ich przez kanały w najgorszym okresie powstania. Wszystkie te elementy życiorysu dotrą do naszej wiadomości w trakcie akcji filmu nie two­ rząc jednak żadnego zwartego bloku - po prostu przy okazji różnych scen i rozmów dowiemy się jaką kobietą jest Zofia i jakie miała życie. Dużo'mniej dowiemy się o Elżbiecie, choć w tym samym stopniu jest o ona ważna dla filmu. Jest Amerykanką polskiego pochodzienia . Opuściła Polskę jako żydowska sierota ® mając 10 lat, ale językiem polskim posługuje się bezbłędnie. Z zawodu jest socjologiem i od wielu lat pracuje w nowojorskim uniwersytecie. Ix t®r® asy watę vpadwhiiy mi vprs bierna- mizcwZofia Podobnie jak Zofia interesuje się etyką i bada zachowania ludzi i grup ludzkich w tym aspekcie pracuje także w nowojorskim insty­ tucie, który zajmuje się dziećmi żydowskimi uratowanymi podczas wojny. Przez całe życie - choć Zofia nie ma o tym pojęcia - interesowała się jej pracami. To ona tłumaczyła prace Zofii na angielski ona też była kilkakrotnie inicjatorką zaproszenia Zofii do USA z okazji różnego ro­ dzaju spotkań naukowych. Zofia była dwukrotnie na takich spotkaniach, poznała tam Elżbietę, ale była to znajomość która nie miała dla Zofii * żadnego znaczenia. Elżbieta także nie narzucała się - wymieniły rap-

Strona 41

59 • ^ tein kilka-zdań,, gdzieś.w przelocie. Ga prawda Zofia dostrzegła kilka razy na sobie wzrok Elżbiety, nie zwróciła na to jednak uwagi. Elżbieta, przylatuje do Polski -w celu dość enigmatycznym - jest- to xaĘuxnanxexsżę chęć zapoznania się z metodami pracy i myślą polskich etyków - w-sposób naturalny trafia więc na prowadzone przez Zofię zajęcia uniwersyteckie. 'Okres, w którym Elżtaieta przyjeżdża do P Iski jest dla Zofii okresem szczególnym. Z rozmowy z prokuratorem dowiaduje się, że jej córka za dob re sprawowanie i oznaki odcierpeinia kary została® zwolniona z więzienia po 40 letni® w nim pobycie. Rozmowa z córką w więzieniu każę jej dokonać 'istofneg przeróbki mieszkania: Zofia" uzysku je zezwolenie i przeprowadza podział'swego trzypokojowego mieszkania w ten sposób, żeby dórka miała’ osobne wejście do swojego pokoju i przerobine g z jednego z pokoi kuchni a równocześnie, żeby>było to jednak mieszkanie wspólne® Elżbieta pojawia się na jej wykładzie, Zofia poznaj® w niej osobę z którą spotkłąła się podczas, swego pobytu w Nowym Jorku i z .przyjemnością wita ją w Polsce, lematem seminarium dla ostatniego roku socjologii jest "piekło'etyczne” i Zofia jako program, cyklu ćwiczeń zadaje studentom wymyślenie sytuacji /może to być sytuacja, która miała miejsce/ w której znajdujący się . w niej ludzie będą mogli wybrać tylko zło, więc sytuacji z której nie ma wyjścia bez naruszenia podstawowych zasad etycznych. Na pierwszych cwlczeniach kilkoro studentów przedstawia takąexyiwxc#ęx sytuacje, Zo­ fia przysłuchuje się uważnie ponieważ jedna z tych historii stanowić bę­ dzie temat rozważań całego cyklu. Ze swoją propozycją zgłasza dię też Elżbieta. Na zajęciach prowadzonych przez Zofię wszyscy mają równe pra- . wo głosu, student jest równie ważny jak profesor Zofia pozwala więc El­ żbiecie na/przedstawienie historii. W odróżnieniu od sytuacji przedsta­ wianych przez studentów, które dotyczą współczesności Zafiz Elżbieta proponuje sytuację okupacyjną. Żydowska dziewczynki, którą ojcie ukrywa przed gettem traci możliwość pobytu w poprzednim miejscu i przyjaciele . ojca znajdują jej nowe lokum. Jednak warunkiem gospodarzy przyjęcia dz± dziewczynki jest posiadanie przez nią formalnej metryki chrztux - trze­ ba więc znaleźć rodziców chrzesnych - opowiada Elżbieta. Tacy rodzice znajdują się, jest to młode małżeństwo katolickie, które wstępnie zga­ dza się. na-kłamstwo w obliczu ołtarza, ksiądz jest umówiony, gospodarze czekają na dziecko i dziewczynka z ojcem zjawia się u przyszłych rodzi­ ców chrzesnych. Jednak ci z ogromną przykrością muszą odmówić obiecanego działania. Po namyśle i rozważeniu wszystkiego nie mogą zdecydować się kłamstwo wobec Tego, w którego wierzą i który nakazuje wprawdzie miło­ sierdzie, ale nie pozwala wystawiać fałszywego śwxtóvcwkaa świadectwa. . Takie kłamstwo, mimo że bardzo chcieli je# popełnić wiedząc czemu służy jest nie do pogodzenia z ich podstawowymi zasadami. Zofia przypatruje ■ sią uważnie referującej Elżbiecie. Ojciec rozumie zasady małżeństwa,

Strona 42

40. Merze dziecko i wychodzą z mieszkania. Studentów nudzi ta historia, woleliby rozważać problem bliższy im problemom, nie zauważają też na­ pięcia, które wytarza się między Elżbietą i Zofią. Zofia kończy zaję­ cia prosząc o następne sytuacje i wychodzi z sali.MKXwrsy±®Kkż®Jx El­ żbieta także wychodzi, jest już późno, holle uniwersytetu są puste El­ żbieta zapala papierosa przy oknie. Zjawia się Zofia. - Czy pani wymyś­ liła tą historię? - pyta. - Nie - odppwiada Elżbietaz - ona jest praw­ dziwa. -'Komu się zdażyła? - pyta Zofia. xvP®K±xixmMi®vx®dp®wxtó»x£ite Mst3VX¥xPa®iv3fe® 5X2BV2urąv$TOTO»w.®?x¥xittgx¥XO^0Wiaiaxfitt)wtav8vx ®h®±3łWvpOT±xpw±®dYi®Ev±yiksviyi®x Elżbieta uśmiecha się. Mówi, że słyszała wiele'ciekawych historyjek prowadząc badania nad uratowanymi d dziećmi żydowskimi w czasie wojny. Wiele uratowanych dzieci pojechało za ocean, ci którzy je ratowali pozostali tutaj. Elżbieta zajmuje się następnym etapem badap - chce zobaczyć, czy ludzie, którzy ratowali wy­ różniają się jakimiś szczególnymi cechami, czy można te cechy opisać stwarzając model człowieka, który do ratowania nadaje się i taki, który się nie nadaje. kcf ±avxapra®xaxEiż.bist^viżw<®tsMHx Elżbieta wie, że Zo­ fia uratowała w czasie okupacji wielu ludzi. Chce z nią o tym porozma­ wiać. Zofia zaprasza ją do domu. W czasie jazdy do domu Zofia zatrzymuje samochód pod więzieniem. Zabiera z tylnego, siedzenia sporą paczkę - są tam ubrania jej córki. Elżbieta zostaje sama w samochodzie i włącza magnetofon. Nagrana tam jest lekcja hiszpańskiego - głosem Zofii. Zofia zostawia paczkę u dyżur nego i wraca do samochodu. W mieszkaniu widać jeszcze resztki remontu. Zofia tłumaczy Elżbiecie powód, tego remontu, ale. jest to rozmowa zdawkowa, Elżbieta słyszała zresztą o sprawie córki Zofii, daje też do zrozumienia, że wie jak Zo­ fia zachowywała się w trakcie procesu. Zofia chce wiedzieć, ezx jak uratowała się dziewczynka- z opowiadania Elżbiety. Uratowała ją jakaś polska rodzina, ojciec dziewczynki zginął. Zastanawiają się czy można wytłumaczyć postawę niedoszłych rodziców chrezsnych dziewczynki. El­ żbieta nie potrafi, pyta o to Zofię. Ta też nie potrafi. Próbują odtwo­ rzyć tamtą sytuację. Pojawia się coraz więcej szczegółów i teraz już jesteśmy prawie pewni, że ta historia wydarzyła się im obu, jednak ko­ biety ani przez chwilę nie doprowadzają rozmowy do punktu, w którym in­ formacja ta mogłaby paść wprost. Ustalają szczegóły tamtego dialogu, miejsca, które zajmowały poszczególne osoby - dopowiadają sobie te. szczegóły niby to wymyślając je od hoc - wszystko się zgadza. Ki® Dzie­ sięć minut okupacyjnej rozmowy rozrasta się do dużej sceny. Pada wiele argumentów, które mogłyby motywować zachowanie młodych małżonków: strach, obawa prowokacji, nieświadomość ius® nieuchronności losu małej dziewczynki, antysemityzm wreszcie - obie jednak wracają za każdym raza razem z tej wędrówki do punktu wyjścia - małżeństwo odmówiło, bo nie

Strona 43

chciało, nie potrafiło skłamać. - Mimo, że wiedziało? - pyta Elżbieta. - Mimo to. - Mimo, że tylu księży kłamało dając fałszywe świadectwa ślubu, chrztu, zgonu, że tyłu kłamało przetrzymując w zakonach i kościo­ łach żydowskie dzieci? - Mimo to - odpowiada- Zofia. - Nie możemy tego zrouumieć, ale tak było. Robi się bardto późno, Zofia postanawia, że Elżbieta prześpi tę noc u nich, łóżko jej córki i jej pokój jest na ra­ zie pusty. Elżbieta nie ma przy sobie kosmetyków, ale Zofia bardzo nama­ wia ją na nocleg, kafla Kiedy Zofia już ubrana do snu chce zamknąć drzwi oddzielające oba mieszkania widzi w szparze klęczącą przed łóż­ kiem postać Elżbiety. Ma schowaną w dłonie głowę, modli się. Jadąc do więzienia Zofia włącza magnetofon i powatrza za swoim głosem hiszpańskie zrosty, Po wyjściu z więzienia obie kz Zofia i jej córka siadają w samochodzie i dopiero tam padają sobie w objęcia. Górka płacze, Zofia gładzi jej włosy jak małej dziewczynce. - Mamo - mówi cór­ ka - nie mogłam ci tego pow edzieć kiedy do mnie przychodziłaś, przez kraty...mogłam wytrzymać to wszystko bo przychodził do nas ksiądz... Chciałam cię spytać...dopiero tam przyszło mi to do głowy. Czemu ty mnie nie ochrzci&Mś? - Bo ja nie wierz.ę - odpowiedziała spokojnie Zofiac - Przecież opowiadałaś mi, że oboje z ojcem... - Ale potem przestałam. odpowiada Zofia, jest zmęczona po tej nocy - Bóg za dużo odemnie wymagał, ^M^g^M^ Córka dostrzega taśmę mag w wlana tkwiącą w magnetofonie. - Czego się uczysz? - pyta pewno po to żeby zmienić temat. - Hiszpań- skkego - odpowiada Zofia i samochód rusza. ODCINEK 9. .19^1^9^^ To małżeństwo żyje na kilku płaszczyznach; każda z nich jest auten­ tyczna. Na zewnątrz wyglądają i odbierani są jako bardzo dobra, dobrana, uzupełniająca się para. Przystojni, dobrze sytuowani, ciekawie świata i przez to ciekawi dla innych, niazależni. &i^dxyxs8bąvkw£ha^cyVsięyx rwumieyąs Nie mają dzieci: twierdzą, że w dzisiejszym świecie wziąć' odpowiedzialność za powołanie do życia przekracza ich siły® i w ich wy­ konaniu ta teza wygląda prawdziwie, co najwyżej można ich podejżewać o lenistwo, niechęć do przerwania wygodnego i spokojnego życia. Kiedy są sami kochają się i rozumieją,, ich poglądy różnią się na tyle by nie by­ ło nudno, zainteresowania p®dohnex są podobne. Interesują się sobą i swoją pracą, informują się nawzajem o tym co robią i co będą robić, są wyrozumiali i wybaczają sobie drobne potknięcia, które® w innych małżeństwach zx bywają powodem do kłótni. Krótko mówiąc obserwując to małżeństwo wszystko jedno czy publicznie czy w domu, z ukrycia wiele ko­ biet powiedziałoby: to idealny mąż a wielu mężczyzn zazdrościłoby Ro­ manowi żony. Mimo to w ostatniej scenie Robert jadąc samochodem .nie skręci w prawo tak, jak prowadzi droga tylko pojedzie prosto trafiając

Strona 44

,42. z dużą szybkością w betonowy mur. Nigdy nie' dowiemy się szy jakie były powody tego wypadku, ale przesłanki, których dostarczy nam akcja pozwo­ lą i na taką interpretację: Roman celowo nie przyłożył żadnej siły do kierownicy by samochód skręcił w lekki, prawy łuk. _^ Jest bowiem jeszcze trzecia płaszczyzna tego małżeństwa. Jest--nią ży­ cie intymne tych ludzi, skomplikowane i pełne zasadzek, unormowane od lat bez żadnych słów, umów i oświadczeń, życie które ułożyło się tak jak musiało, jak mogło i ż którym - nic nie wskazywało by mogło być inaczej - było wszystkim dobrze. Roman jest lekarzem, chirurgiem, może kardiochirurgiem, ma około, czterdziestki i jest w okresie swoich najlepszych zawodowych osiągnięć. Kiedy żenił się z mz^^w - trzynaście lat temu - w sferze intymnej wszystko układało się prawie idealnie ale w kilka lat pp ślubie Roman odkrył w sobie drzemiące już zapewne oddawna skłonności do własnej płci. Zczęło się od jakiegoś przypadkowego kontak­ tu, potem przeroMdziło się w namiętność, której nie potrafił opanować. Maja zorientowała się szybko w tej słabości i początkowo robiła dużo by wyciągnąć męża z tej dla nich obojga dramatycznej słabości, okazało się to jednak niemożliwe. Nie będziemy wracać do tego okresu ani w retrospekcjach ani w rozmowach, stan ten jednak musi być nam, znany bo odkłada się w sposób oczywisty na relacjach między bohaterami. Skłonność Roma­ na nie zniszczyła łączącego ich szacunku i miłości. Roman prędko zrozumiał., że zę^gn#* pozbawiona z jego strony tej części powinności będzie mu- ,siała szukać zadośćuczynienia, satysfakcji, spełnienia gdzie indziej. Ona wiedziała równie^ż, że on to .zrozumiał i bez słowa odbyło się to w istocie niecodzienne porozumienie. Romana trapiło poczucie winy, to jas­ ne. Majka jednak nigdy nie powiedziała ani nie -zrobiła niczego by dać mu odczuć jego winę - po prostu zorganizowała sobie własne, drugie ży­ cie, w którym szukała wyłącznie biologicznej satysfakcji, w sferze du­ chowej i przyjaznej realizując się w związku z Romanem. W jakimś sensie był to remis. Sł^M® - mimo iż nie miała poczucia winy czy zdrady, a może właśnie, dlatego - potrafiła znaleźć równowagę. Jej kontakty nigdy nie przekraczały niebezpiecznej sfery - zawsze ograniczały się. do kontaktów czysto cielesnych. Roman tym czulszy, bardziej opiekńczy i wyrozumiały im bardziej rosło w nim poczucie winy nie potrafił pozbyć się wszakże rosnącej a nie. malejącej z upływem lat zazdrości. 0 tym.nie wiedział nikt, także W okresie kiedy zaczyna się nasz film Roman znajduje się w tym momencie kiedy z. trudem potrafi znieść w- sobie te przeciwstaw­ ne, znoszące się uczucia i namiętności. Tolerancja, którą chce wyznawać i wyznaje, którą opanował rozumem i sposobem bycia i zazdrość, która poniża go w każdym sensie. Namiętność i poczucie winy. Szum wody w łazience. Oglądamy mieszkanie z jakiejś.dziwnej, początkowo niezrozumiałe# perspektywy. MagM* wychodzi z łazienki i znika w . perspektywie korytarza, potem odbija si^w wiszącym w. przedpokoju lust­ rze. W łóżku czeka na nią mężczyzna, ^m^mr znów znika, na chwilę i poją-

Strona 45

43. wia się tu przy nimi, wyraźnie na nią czekającym. Kiedy zbliżają się. do siebie i pojawiają się pierwsze miłosne odgłosy kamera panoramuje po dobrze urządzonym mieszkaniu by znaleźć wtulonego, między szafę a ścia­ nę, patrzącego na odbicie w lustrze z bólem, i nie mogącego oderwać się od tego obrazu równocześnie Romana. W dobrze zaopatrzonej kwiaciarni Roman wybiera bukiet. Ma gust i po trafi dobrać kwiaty do siebie tak by tworzyły dobrą kompozycję, nic więc dziwnego, że dogaduje się ze sprzedającym kwiaty i widocznie lu­ biącym swój zawód chłopakiem. Rachunek jest wysoki, kwiatów było sporo. Z tymi kwiatami w ręku Roman całuje . - trzynaście lat - mówi jej do ucha - to dobrze?. ^0^3 także pamiętała o rocznicy. Ma dla Ro­ mana marynarkę - przymierzona leży bardzo dobrze. Chwila rocznicowego natsroju - może świeczki, coś do jedzenia, wino, krótko. Kiedy wieczorem Roman cicho i jakby do siebie śmieje się nad czytaną książką ^tó^ słucha walkjnena. Ma przymknięte oczy, Roman zauważa to i podaje jej książkę. 1^$^ czyta ten sam fragment i po chwili, najwi­ doczniej w tym samym miejscu śmieje się podobnie jak przezd chwilą on. Bawi ich to samą.^Śladu jakichkolwiek problemó^między nimi. Kiedy j&ds rak dzwoni telefon i Roman podaje słuchawkę 4^3^ a sam wychodzi z po­ koju by dać jej spokojnie porozmawiać /nie słyszeć stora słów, których nie powinien słuchać/. W swoim pokoju, gdzie rozgrzebanych jest trochę warsztatowych drobiazgów sięga po aparat i podłącza do niego /rutynowo, widać, że robił to już wielokrotnie/ małą słuchawkę. Kiedy docierają do niego słowa rozmowy dość konkretne, bez. zaklęć, ^le.^nie pozostawiające wątpliwości co do’tego z kim i po co umawia się ^gife twarz Romana zmienia się^i przypomina tamtą, wciśniętą w kąt między szafą a ścianą. Rozmowa i*$|<b4. kończy się i Roman rozłącza swoje podsłuchiwanie. Rzuca słuchaweczkę, ta jednak jest lekka i nis ten rzut nie sprawia mu ulgi, bez sekundy nałysłu rzuca więc jakimś cięższym narzędziem. Huk. W d drzwiach no jawi a się Wj3*«. Roman jest spokojny. - Cos ci spadło? pata #Mg&ti. - Ten cholerny młotek - mówi Roman już zupełnie spokojny i uśmiecha się. *^/{< dobrze prowadzi samochód i Roman potrafi to docenic. Ich die& sel zatrzymuje się przed pływalnią. całuje Romana. - Za dyme^^odziny jestem po ciebie - mówi. Roman znika w drzwiach pływalni. 4iW^t odczekuje jeszcze chwilę i odjeżdża. Roman nie wchodzi jednak do szat­ ni. Wychodzi drugimi drzwiami i na bocznej uliczce wsiada do czekającej tam, widocznie umówionej taksówki, podaje odres. Jest na miejscu wcześniej i patrzy .$a|L *4$$®^ podjeżdża dieslem i zatrzymuje się na parkingu tuż obok czekającego na nią mężczyzny. Wtula się w niego i znikają w drzwiach wysokiego budynku. Roman patrzy na to i \czeka dopóki w pokoju 1 na drugim piętrze nie zapali się światło i ręka mężczyzna nie zaciągnie firnake. - Wracamy - mówi wtedy do taksówkarza. Na pływalni rozbiera z

Strona 46

44. się i wskakują do wody. Potem w gnmELasxyiszn®.j sali obok ćwiczy na kilki gimnastycznych przyrządach. ^m|s^ wróciwszy po dwóch godzinach obserwuje g° przez chwilę podnoszącego spore hantle.Kiwa głową do samej siebie nie zdradzając swojej obecności. Kiedy Roman znów skacze do wody /dobrze/ kuca na brzegu basenu. Roman podpływa do niej uśmiechnięty czony. Chlapie wodą w jej kierunku i ^wwid^ śmieje się do niego. zmę— PQ skomplikowanej operacji Roman zdejmuje z ust maseczkę,, myje rę­ ce. Jakieś uwagi, rozmowy operującego zespołu. Z nastrojów, widać, że działanie było udane. Ktoś opowiada szczegół tego, co wszyscy przed e® chwilą przeżyli, śmiech. Roman widzi pod rugiej strony przeszklonego bloku Operacyjnego młodego człowieka. w białym' fartuchu. Tamten też patrzy w jego stronę. Kiwa nieznacznie głową. Roman po® chwili wychodzi. W załomie korytarzyka czeka chłopak, - Przyjdziesz ? - pyta i nagłym gestem kładzie rękę na szyi Romana. Przesuwa ją pwoli na kark,. — Tak - mówi Roman - o piątej. W studio Tv Roman prowadzi audycję popularnonaukową, o. pracy serca. Patrzy w kamerę i swobodnie wyjaśnia skomplikowane problemy awarii tej maszynki. Jest przystępny i dowcipny, poważny kiedy trzeba. Ma na so^ie marynarkę, którą na prezent z okazji rocznicy ślubu dostał od IMBU W domu razem oglądają końcówkę tej. audycji. .Roman patrzy pytafirtJtrĄ jąco. W#fc® kiwa głową, jej zdaniem w porządku. - Nawet bardzo - do- dajet Znów mi będą opowiddać. jaki jesteś czarujący. Roman też jest za-dowolony. •_ Niedługo będziesz miał fan-cluby - śmieje się Jltó^.-U mnie dwie siksy się w tobie podkochują. Z rozmowy widać wyraźnie ile pomysłów włożyła w audycję 4^&^. Roman dobrze je wykorzystał. .m^m& pracuje w przedstawicielstwie dobrych linii lotniczych. Sporo ludzi, klientów i pracowników, dobry nastrój. Dzwoni do Romana, chce wiedzieć czy przyjechać po niego, za godzinę czy dwie. Roman jednak będzie zajęty, przyjdzie do domu nie wcześniej niż o dziewiątej. Da sobie radę, #*»^unie musi przyjeżdżać. Nie pada ani słowa o tym, co będą robić, natomiast godziny omawiane dą dokładnie. j^AŚ^ P° dołoże­ niu słuchawki załatwia krótko jakąś sprawę myśląc już wyraźnie o czymś innym. Podnosi słuchawkę telefonu. Roman podaje jakąś komendę spod maski na twarzy. Dziewczyna w czepku ociera mu pot. Nerwowa, atmosfera. Anastezjolog melduje, że praca serca słabnie, wreszcie ustaje. Tym razem myją się w ciszy. Asystenci zszywają z powrotem ran otwarte piersi pacjenta. Roman siada zapala papierosa. - Kurwa mac - mówi. - Nie byfio sposobu si - mówi starsza lekarka. ->Wiem - mówi Roman, - Krótka szychta - komentuje poważny, wysoki lekarz. Roman patrzy na zegarek, nie ma jeszcze ósmej, WW^M^^^ć^M®^ <a£&dl<££iX&dc

Strona 47

45, ^\vfi Ne^ksrma wykrzywioną ekstazą twarz. odwraca na bok głowę, od mężczyzny Z jej oka na poduszkę toczy się łza. Szczęścia? Rozkoszy? Mężczyzna o niezbyt wyrafinowanej twarzy zadowolony z siebie z przyjemnością pa­ trzy na tą łzę. Protekcjonalnym, zwycięskim ruchem chce pogłaskać Ani­ tę ale ta odsuwa jego; rękę i wychodzi. Mężczyzna patrzy za nią z przys ^Kmnnśzżą uśmiechem w którym jest pewność, że nawet jeśli ta kotka jest dzika to tylko, kwestia czasu kiedy będzie domagać się jego łask. Ro­ man siedzi na schodach swojej klatki schodowej, głowa wsparta na rękach , słucha odgłosów domu. Co jakiś czas patrzy na zegarek. Jest’za pięt­ naście dziewiąta■kiedy słyszy otwierane drzwi. Wstaje i patrzy zza za­ łomu muru. Z drzwi- jego mieszkania wychodzi mężczyzna, który jeszcze przed chwilą spał & jego żoną. Odchodzi pogwizdując w przeciwną niż stoi Roman stronę - korytarz ma dwiemk klatki schodowe. Roman podchodzi do okna i patrzy jak tamten wsiada w samochód i odjeżdża. Znów patrzy na zegarek i kiedy wskazówka mija dziewiątą wlecze się do drzwi. Dzwoni Anita otwiera i pomaga mu zdjąć płaszcz. Roman ma zmęczoną, starą twars Siada. - Umarła mi dziewczyna na stole - mówi. - Czemu? - pyta Anita. i podchodzi do niego blisko. Roman wzrusza ramionami. - Nie było szans, ...Niewielkie; - poprawia się. Majka przytula jego głowę. Roman siedzi z opuszczonymi ramionami. Przyjęcie. Opowiadamy o nim krótko, bez opisu obyczajów, tylko syg­ nały. Koło trzydziestu osób, tale^yki w rękach, duży dom, może willa z tarasem. Wieczór, rozmowy, strzępy słów. Jakaś baba z tradycyjnym..- nie może podbiec kilku kroków...EKG ma dobre, ale jestem przekonana, że to serce. Jego ojciec zmarł na serce, dziadek... Roman słucha uprze; mie, żartuje - Może zbadamy na miejscu? Baba śmieje się, woła męża. Roman kątem- oka dostrzega, że Anita patrzy w głąb korytarza niezbyt interesując się rozmową z jakimś małżeństwem. W ciemności Romanowi wy­ da je się, że zobaczył mężczyznę, który kiedyś wychodził z drzwi jego mieszkania. Wraca baba z mężem, Roman podaje im telefony i tłumaczy jak można go złapać w szpitilu i widzi, że Anita zniknęła w głębi korytarza, tam gdzie stał mężczyzna. Romanxn Nie bardzo Ma jak wyzwolić się od wielbicieli swego talentu, z niepokojem zerka w stronę koryta­ rza. Mężczyzna trzyma Anitę za rękę, zasłania jej sobą drogę odwrotu. - Wyjdź ze mną - mówi - wyjdź na chwilę. Anitarstara Stara się być dww cipny, coś pomrukuje wiedząc, że przecież ma ją prawie w garści. Ani­ ta energiczniej odpycha go. Roman zostawia swoich przyszłych pacjentów i przeprasza przeciskając się przez ludzi. Wygląda na taras, wraca do pokoju, Anity nie ma, wzass znów jest na korytarzu i cofa się nagle pó kroku by nie zostać dostrzeżonym. Nie słychać dobrze co mówi mężczyzna ale widać wyraźnie^podniesioną rękę i uderzenie w twarz. Anita stoi . przez sekundę nieruchomo i teraz słychać wyraźnie jak mężczyzna mówi: - Ty kurwo - i wychodzi. Anita przykłada dłoń do policzka. Roman tffct&eis

Strona 48

' 46, ^? cofa się jeszcze głębiej, zaciska pięści, drżą mu ręce. Zamyka oczy, z trudem opanowuje ^ię, wraca do głównego pokoju. Kiedy xh±iż nalewa sobie wody mineralnej z dużej butelki z tyłu pojawia s.ię uśmiechnięta Anita. Wkłada mu rękę pod ramię. - Nalejesz mi? - pyta. Wieczorem Roman bierze długi prysznic puszczając sobie naprzemian zimną-i gorącą wodę. Anita już w’łóżku słwahftjąc prysznica sama daje sobie radę z własnymi potrzebami. Widzimy' jej napiętą twarz, która us­ pakaja się wtedy, kiedy prysznic milknie. Za chwilę Roman wchodzi do pokoju i kładzie się koło niej, Anita spokojna, ufna, odrobinę powolna w ruchach przys kładzie mu głowę na piersi. - Dobrze ci? - pyta Roman. Anitą kiwa głową. - Ze mną? - precyzuje Roman. - Dobrze - odpowiada z- przekoaniem Anita. Roman jest zdeterminowany, można odczuć, że chce przeprowadzić jakąś ważną rozmowę i Anita wyczuwa to także. Patrzy na niego z dołu, uśmiecha się delikatnie,, zachęcając. - Wiesz o mnie wszystko, prawda? - pyta Roman. - Nigdy o tym nie mówiliśmy. Myślisz, że trzeba? Są słowa, których nie trzeba mówić, nie wolno... - odpowia­ da spokojnie Anitas - Dużo spraw można ułożyć bez słów... - Tak - zgadza się Roman. Jednak jest coś o czym Roman myśli, że Anita nie wie, a on nie może sobie z tym poradzić. Ponieważ to dotyczy jej więc powinna wiedzieć. xvkyxvNżywaymy - Wiesz jakie mam poczucie winy za to jaki jestem - mówi. - Używajmy delikatnych słów - prsi Anita. Roman zgadza się, ale obawia się, że żeby powiedzieć to co chde delikatnych słów nie starczy. - Oboje jesteśmy biedni - mówi A nitax - ja naprawdę wszysro wiem. - Nie wiesz, że jestem zazdrosny - mówi Roman. Anita zastyga, patrzy na niego i uśmiecha się zdziwionym, niedowierzającym uśmiechem. Roman odwraca wzrok. - Naprawdę, bardzo. - mówi. - Jeżeli nie chcesz ja mogę się nie spotykać...- mówi poważnie Anita. - To nie­ możliwe, musisz. - mówi Roman - Nie, to nie jest wyjście. Znienawidzis mnie po roku, dwóch, będziesz musiała się ukrywać, kłamać...Nie chcę. - Dlatego lepiej jest nie używać niektórych słów - mówi Anita, chwilę leżą nieruchomo i Anita wie doskonale, że po tym co zostało powiedzia­ ne jej diagnoza jest, martwa. - Co mam zrobić? - pytax - Przemyślałeś wszystko, nie? Roman kiwa głową, przemyślał ale nie jest pewien czy to co wymyślił jest naprawdę wyjściem z sytuacji, w której się znaleź­ li. - Mówi mi wszystko - mówi - mów mi prawdę. kisvb - To ci jest potrzebne? Po co? - Nie jest mi potrzebne - mś tłumaczy Roman - ale nie będę może musiał podsłuchiwać twoich telefonów, otwierać listów nad parą, jak szczeniak, podglądać cię i śledzić... Anita ma łzy w oczach. - Robiłeś to?- pyta. Roman potakuje. - Boże - mówi Anita i kuli się na jego piersi. Roman przytula ją do siebie. Trwają tak chwil lę. - Mów mi, może będę mógł z tym wytrzymać. I nie rób...nie spoty­ kaj się więcej z facetem, który cię uderzył. Anita płacze bezgłośnym płaczem, drżą jej ramiona. - Nie - mówi przez łzy - nigdy.

Strona 49

ta Innego dnia Anita pakuje walizkę. gtaiKsi®jąxiiairtnvkijkiyxłgżą gugtevivim5yx¥prx^±vnarci¥XsktaRoman wnosi do pokoju narty, stawia .je obok kijków i innego narciarskiego sprzętu. - Naostrzone kwietnie - mówi z uśmiechem. Anita dziękuje. Przerywa pakowanie. - Ja naprawdę nie jadę z Anką i Jasiem — mówi podchodząc do Romana - Z takim chłopa­ kiem. jadę. - Nie z tamtym? - pyta Roman. x- Nie, z takim misiem, łagod­ nym. - Szkoda, że jedziesz - u śmie, cha się Roman - w przyszłą niedzielę jest premiera w Powszechnym. — W poniedziałek wrócę — mówi Anita - je­ żeli byś mógł zmienić zaproszenia...na przykład na środę, trzecie przed­ stawienie jest najlepsze. - Spróbuję - mówi Roman. Kolejka na Ksprowy dojeżdża do Myślenickich Turni. Przez zamarznię­ te. okienka widać słoneczne góry. Anita rozmawia z chłopakiem trochę od niej młodszym, miłym, obejmującym ją grubą, narciarską rękawicą. Chło­ pak śmieje się - Ktoś mi mówiły że twój stary...- Anita przerywa mu z poważną twarzą. — Nigdy o nim nie mów.— mówi wyraźnie — Ani słowa. Chłopak peszy się, za chwilę uśmiecha znów. Pokazuje jej palcem sąsiad­ kę, _ Zobacz na tą grubą - mówi szeptem. Oboje śmieją się. Kolejka zatrzymuje się na Myślenickich Turniach i wszyscy przechodzą na drugi peron by się przesiąść. W momencie .kiedy mają wsiąść do wagonika Ani­ cie nagle tężeje twarz. W przeczuciu? W nagłym bysku zrozumienia cze­ goś czego zrozumieć nie można? Odda je chłopakowi narjjjf. -Zapomniałam czegoś - mówi i nie potrafi nawet wymyślać na poczekaniu żadnego kłamstwa. - Czego? - pyta chłopak. - Czegoś - mówi szybko Anita i wpycha chłopaka do wagonikur razem z nartami - Poczekaj ha mnie na górze. Roman z podobnym co przed chwilą Anita wyrazem twarzy wylewa do zlewu butelkę mleka. Potem drugą. Wyrzuca je do zsypu i słucha jak tele pią się z łoskotem, przez kilka pięter. Rozgląda- się po mieszkaniu, po­ woli ubiera się i wychodzi. Anita kupuje - ciągłe jeszcze w narciarskim stroju - bilet i wsiada do pośpiesznego, orbisowskiegom autobusu. Rusza. Roman wsiada do samochodu. Rusza. Jedzie pustą szosą na południe, jest jeszcze niedaleko Warszawy. Powli zapada zmierzch. Widzimy z dale­ ka ten samochód, szosa lekkim łukiem skręca w prawo. Roman włącza ra­ dio, głośna muzyka, manipuluje gałką, jeszcze głośniej. Samochód jedzie prędko, widzimy go z zewnątrz i na łuku zamiast lekkiego skrętu wypada z szosy i z całą siłą wpada w otaczający jakąś fabrykę gruby, betonowy mur. Cisza, dopiero po. chwili dociera do nas huk i potem cicha z tej odległości muzyka. Autobus.nadjeżdża z południa. Mija stojący na poboczu radiowóz. Ani­ ta ma półprzymknięte oczy, ale nawet gdyby patrzyła nie dosrtzegła by w ciemności jak grupa ludzi ładuje wrak diesla na zamach®dxpxre®cg duży samochód pomocy drogowej. Anita wchodzi do mieszkania. Jest puste. Na stole stoi tezka Romana, ale w przedpokoju, nie ma jego płaszcza. Anita zdejmuje kurtkę narciar-

Strona 50

48. ką i w tym momencie rozlega się głośny w pustym domu dzwonek telefonu. Anita powoli podchodzi do aparatu. - Czy to mieszkanie, państwa... - Tak - mówi Anita. - Powinna, pani przyjechać.. Pani mąż... Anita odkłada, słuchawkę na widełki. 1® ODCINEK 10. Na płaskim., pustym cmentarzu okazały pogrzeb. Nie interesują nas oby­ czajowe szczegóły uroczystości ani fakt jak wiele w tym obrządku zme­ chanizowania. Patrzymy na zebraną nad grobem sporą grupę ludzi, słucha­ my przemówienia, które podnosi zasługi zmarłego. Był znanym i poważnym filatelistą, więc przedstwiciel ^wiąz u filatelistów mówi o jego dro­ dze i jego zasługach. Z tego przemówienia możemy zorientować się, ile spraw poświęcił zwarł bohater uroczystości dla tych - jak się wyraża - "maleńskich kawałczków papieru”. Całe jego powojenne życie owładnięte było tylko tą jedną pasją. Rodzina, życie zawodowe - to wszystko stano­ wiło dodatek do pas#± tego co mówca nazywa szlachetną pasją. Mówca nie jest pozbawiony daru obrazowych porównań/ Kiedy "^orzeń" - bo tak brzmiał okupacyjny pseudonim, zmarłego i tak nazywaliśmy Go w Związku dowiadywał się o znaczku, którego, brak w swojej kolekcji odczuwał bo­ leśnie nic nie mogło, go powstrzymać od zdobycia go. Ani koszty, ani tru­ dy podróży czy korespondencji, ani czas , który trzeba było zdobyczy poświęcić."Korzeń'2 rzucał wszystko i biegł na spotkanie swojej miłości, swojemu pożądaniu.” Jest jeszcze wiele słów w podobnym- stylu, rysuje się z nich wyraźnie sylwetka zmarłego. My patrzymy w tym czasie na dwócl mężczyzn. Jeden ubrany jest z inżynierską czy może dyrektorską elegan­ cją ma koło trzydziestu lat i widać,, że wszystko jest jeszcze przed nim, choć naprawdę wiele już osiągnął własnym wysiłkiem, własnymi rękoma. Ma około trzeydziestu pięciu lat. Drugi stoi obok, jest o dobre siedem lat młodszy i stanowi przeciwieństwo tamtego. W zielonej, wojskowej kurtce, z długimi, opadającymi na ramiona włosami, z żywym, inteligant- nym ale trochę nieobecnym spojrzeniem. Długi szal a może i dwa zwisa mu po bokach kurtki, do kolan.0 buty nie musi się martwić, mimo że błota jest sporo nie mogą być już brudniejsze. To synowie zmarłego, poza: nimi nie ma żadnej rodziny. Sądząc po wyrazie ich twarzy znają historię, któ­ rą plastycznie opowiada mówca. Twarz są poważne ale nie widać na nich ża tragedii opuszczonych nagle synów. Ni^ wydaje sięy by byli z ojcem blisko. Ze sobą nawzajem też nie mogą mieć wiele wspólnego. Kiedy gra­ barze spuszczają trumnę młodszy nachyla się do starszego: — Wstąpimy do mamy przy okazji? - pyta. Starszy kiwa głową. Wśród podobnych jak domy zsiadła współczesnego- osiedla gagrobków jęden grób jest skromny. Nie ma żadnej obudowy, zamiast obowiązującej tablicy tylko krzyż z metalową tabliczką. "Marianna.... zmarła w dniu 25.6.1978 r.” Przy grobie matki bracia chwilę modlą sig. Młodszy kię-

Strona 51

51 49. ka, starszy na stojąco ze złożonymi rękoma. Obaj położyli na grobie identyczne, standartowe wiązanki. Mieszkanie ojca oglądają tak, jakby byli tu pierwszy raz w życiu i tak jest rzeczywiście. Mieszkanie jest skromne do granic wytrzymałości. 'Duży stół, przykryte kocem wąskie łóżko /może nawet składane/ i zamy­ kane na sztaby metaolowe szafy stanowią całe umeblowanie niewielkiego pokoju. Kuchnia jest równie skromna. Kiedy otworzyli drzwi wejściowe rozległ się przeraźliwy sygnał alarmu i dopiero sąsiad, zwabiony tym sygnałem pomógł im odnaleźć wyłącznik. Drzwi niezależnie .od alarmu miały--kilka metalowych zamków i grubą sztabę. Bracia - starszy Jerzy i młodszy Artur pozbyli się sąsiada ale kiedy trzeba było otworzyć szafy znów musieli go poprosić żeby ze stosu kluczy pomógł im odnaleźć właściwe .Na inały' stoliku stał stary telewizor, który po włączeniu żaryczał głossem na cały regulator. Jerzy wyciągnął wtyczkę z kontaktu i uciszyło się. - Tutaj mieszka facet odemnie z biura - powiedział Je­ rzy - od lat skarży się, że ojciec tak słucha telewizora. - Może przy- głóchł? - spytał Artur. - Tak - odpowiedział Jerzy - i to solidniej tK przez telefon nie można się z nim było dogadać. Mówiłem mu, żeby sobie kupił aparat słuchowy, wiesz co powiedział? - Nie mam grosza, centa, feniga - domyślił się Artur. - Dokładnie - przytaknął Jerzy. Rozejrzał się po maleńkim mieszkaniu, spojrzał w głąb szaf. - Trzeba będzie, to sprzedać - powiedział. Artur przytaknął, uśmiechnął się. - Kupisz za­ mrażarkę czy nowy telewizor? - Już mam - odpowiedział Jerzy - chyba kupię video. Artur przeciągnął się. - A ja przepuszczę. Wszystko prze­ puszczę^ przebombluję... Ile tego może być, wiesz? - Dojęcia nie mam ale napewno ze dwieście, trzysta tysięcy, może więcej. Cholera go wie, ile nazbierał. Może i z pół miliona, może nawet tyle, znaczki są dro­ gie. W aluminiowym czajmiku zagotowali wody, zaparzyli herbatę, była resztka "ulung". Nie za bardzo im smakowała, Jerzy pluł fusami i prze­ klinał. Czy tego chcieć czy nie zwykle przy takiej okazji rozmowa scho­ dzi na tego, którego już nie ma. Z tonu w jakim bracia mówią o ojcu można zrozumieć dlaczego nie był im bliski. Kiedy był z nimi z trudem wytrzymywali do pierwszego a ojciec wszystkie pieniądze wydawał na swo­ ją pasję. Opuścił matkę kiedy dorastali - w gruncie rzeczy prawie tego nie zauważyli - kiedy był siedział zawsze zamknięty w swoim pokoju al­ bo wyjeżdżał wxpo szukając znakczków, z którymi potem znów zamykał _się u sfbi® siebie. Matki to nie interesowało, uważała że jego namiętność zmarnowała im życie, ich też nie w grinEriilzeszy z ojcem więc nie roz­ mawiali’ prawie wcale. Nie, żaden z nich nie jest wstanie wskrzesić w sobie choć odrobiny żalu, gdy posłuchać tej rozmowy wydaje się - umarł obcy człowiek. - Skąd to się bierze? - zastanowił się Artur. - Napraw­ dę cię to interesuje? - spytał Jerzy. - rąk Ty powinieneś wiedzieć, też lubisz mieć różne rzeczy. - Lubię wygodę - odpowiedział Jerzy - korzys-

Strona 52

50. „.tam z rzeczy. Ojciec nie. Z okruchów wspomnień i wiadomości przekaza­ nych przez matkę zaczyna wyłaniać się też inna historia ojca. Artur ■ nie ma o niej właściwie pojęcia, Jerzy pamięta jakieś mgliste obrazy. Stary był oficerem' AK, pod koniec lat pięćdziesiątych urodził się Je­ rzy, potem ojciec spędził kilka lat w więzieniu, Artur urodził się'do­ piero w 56. Przed więzieniem nie wiedział nawet," że istnieją znaczki,, potem dopiero zamknął się w tym fikcyjnym, stemplowanym świecie. Artur chichocze. -_ Tak, to wspaniały facet - mówi - znalazł sobie azyl. Jerzy z jednej z szaf wyciąga niezbyt gruby klaser, być może oglądali już wcześniej, w czasie tej rozmowy inne. - Spróbujesz to sprzedać pyta Artura. filateliści zbierają ®ię w lokalu na Mysiej. Artur ze swoim klaserem •niewiele sobie z tego robi, ale jest tu wyraźnie obcy.. Kiedy facet wyg­ lądający <f na kogoś ważnego jest przez chwilę luźny Artur podchodzi do niego. - Obciąłbym to sprzedać, facet bierze w ręce klaser, rzuca okiem na pierwszą stronęs i odda je Arturowi. - Pan jest synem’'Korzenia? - pyta. Artur potwierdza. - Tego nie można sprzedać, fo jest fragment koelkcji - mówi facet. - Mogę sprzedać wszystko - mówi Artur, facet przeprasza go na chwilę i wraca z drugim. - Pan prezese - mówi facet chciałby się z panami spotkać. Panów jest dwóch, prawda? Pan ma brata? - Tak - mówi Artur. Prezes chce umówić się z nimi oboma w mieszkaniu ojca. Prezes filatelistów jest zupełnie niepozorny. Mały, grubawy w szarym garniturze, ruchliwy. - Jakie macie plany, panowie? - chce wiedzieć. Bracia potwierdzają wolę sprzedarzy. Prezes kręci głową z dezaprobatą. - Mamy potrzeby - mówi Jerzy zdecydowanie. - Jakie ? - Mamy - potwieb- dza Artur ucinając ew. szczegółową rozmowę. Grubas sięga po zamknięty w dodatkowym pudle klaser. Na każdgij stronie jest tam tylko jeden zna­ czek. Otwiera na pierwszej lepszej dtronie. Pokazuje znaczek. - Za ten może pan mieć malucha'. Za te dwp^diesla. Ta seria wystarczy panu na. wy­ kupienie mieszkania. Czy panowie zdają sobie sprawę? Nie, bracia nie’ zdają sobie sprawy. - Ile to jest warte? - Jerzy przełyka ślinę. - Dzie­ siątki milionów - mówi prezes - Ostatnio ojciec panów ubezpieczył zbióf na dwieście milmonów złotych. Tego zbioru nikt od panó,w w Polsce nie kupi, nikt nie ma tyle pieniędzy. To trzeba sprzedawać na giełdach za­ granicznych, z poważnym pośrednictwem. Pojedynczo, u nielegalnych ^han­ dlarzy możecie panowie zebrać pięćdziesiąt milionów. - zawiesza głos. - To byłaby, panowie, zbrodnia, zdekompletować to wszystko. Po takiej wiadomości dobrze byłoby zobaczyć obu bohaterów w ich środowiskach. Możemy się wprawdzie domyślać ich statusu, ale temat®^ tych kilku scen, prócz prezentacji świata, w którym żyją powinno być i to, że obracając się w codzienności, myślą o czymś innym i wyraźnie ciąg­ nie ich w jedno miejsce - do i® mieszkania ojca - każdego z osobna. Jerzy ma przykładną żonę i dwoje .przykładnych dzieci, Artur żyje wi^V

Strona 53

grupy podobnych mu hippisów, trochę nakkotaanów i opiekujących się nimi psychologów, opiekunów społecznych, sam być może jest jednym z nich. Mtorem napędowym tych scen może byó rezygnacja obydwu, niezależnie od siebie z jakichś zaplanowanych, atrakcyjnych działań z powodów, których nie chcą zdradzić swoim bliskim czy znajomymy. Jerzy MxpxzykS> w ostat niej chwili odwołuje zapowiedziany na niedziKł^ sobotę i niedzielę wy­ jazd z rodziną i znajomymy do ich domku na wsi, mimo że obiecywano so­ bie po ty wyjeźdź,ie dobrą zabawę i poczyniono różne przygotowania a w dodatku i żona- i dzieci cieszą się na ten weekend a Artur rezygnuje z opieki, którą mu powierzono nad zaczynającym się w tą samą sobotę psychiatrycznym maratonem dla dołączających do gruw jego przyjaciół grupy "niedopasowanych". Obaj mętnie tłumaczą motywy swoich rezygnac- cji__w_efekcie pozostawiając wściekłych na nich, bliskich sobie ludzi. 4}y^8-s*kt!^5is;5=^Kt^‘'is^^ i Jerzy jest w dodatku podeji&any, bo oznajmia, że w sobotę wieczorem musi wyjść i nie wie kiedy wróci,-żoną domyśla się jakiejś kobiety, co Jerzy dementuje bez większego powodzenia. Kiedy Artur wieczorem zbliża się do domu, w którym mieszkał ojciec widzi zapalone w jego mieszkaniu światło. Łamie w pobliskich krzakach młode drzewko przygotowując sobie solidny kij i trzymając go. w- pogoto­ wiu gwałtownie otwiera drzwi mieszkania. W śrdoku przy stole siedzi już Jerzy, ze zdumieniem przypatrując się napastnikowi. Artur opuszcza kij. Jerzy ma z®r łoz^ożone na stole klasery i katalogi, stoi tam też otwar­ ta butelka wina. - Co tu robisz? - pyta Artur opanowując oddech. - Og­ lądam sobie - mówi Jerzy i pyta o powód wizyty Artura. - Też obciąłem pooglądać - mówi Artur i obaj się śmieją. Artur nalewa sobie wina. Jerzy pokazuje mu jakiś znaczek. - Popatrz co odkryłem - mówi - są czte ry takie na świecie. Jeden jest w muzeum w Nowym JQrku, jeden ma kró­ lowa angielska, jeden jest tu. - A czwarty? - pyta Artur. - Nie wiem. Napisałem sobie, żeby sprawdzić w poniedziałek w bibliotece. Z nabożeń­ stwem przytrują się małemu kartonikowi.Potem, już zapominając o winie oglądają przez szkła powiększające kolejne znaczki, dzieląc się uwagami z przeczytanych w katalogach informacji o ich historii. Kiedy na dworze robi się widno Artur przeciera zmęczone ślęczeniem oczy. - Co robimy? - pyra. Jerzy unosi głowę. - Szkoda tego - mówi Jerzy. - Trzeba zosta­ wić - kończy Artur. - Trzeba - zgadza się Jerzy. Teraz - już stosunkowo krótko - trzeba będzie pokazać jak obaj bra­ cia powolutku"wsiąkają" w namiętność-. Jak zaczyna być ważniejsza od spraw, które dla nich do tej pory były na j ważnie jeże, iz^goi^wad^ais-ó-ćrcr ' &pQ£^/\Q(yQ&rt\ztjf'\S^\ł'-'ft3£Ą££iX£pą^^ Niewy­ kluczone, że przy tej okazji zobaczymy mo.tywy, których do tej pory o-

Strona 54

52. baj sobie albo nie uświadamiali, albo nie wyciągali z nich wniosków tak ostatecznych — te mianowicie, że elementem. ^f* decyzji jest ?M^j|ą chęć ucieczki od świata, że życie nie jest dostatecznie pojemne żeby pomieścić w nim kilka prawdziwych pasji i poświęcając się jednej trze­ ba zostawić na boku inne. Ten proces należy-doprowadzić do momentu w którym będzie zapełenie oczywiste, że las ich ojca w jakiś sposób pow­ tórzy się w następnym, tak od niego różnym, pokoleniu.

Strona 55

- 2 - 5V wspólną dla całego serialu konwencję literacką i reżyserską. Nie ma innej rady jak spróbować opowiedzieć w stosownej dla tego eta­ pu formie treść proponowanych odcinków. Żeby uzmysłowić sobie jak będzie się układała ich kolejność przypomnijmy Przykazania. 1 . Nie będziesz miał Bogów cudzych przedemną. 2 ; Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno. 31 Pamiętaj abyś dzień święty święcił,. >4} Czcij ojca swego i e^e matkę swoją. 5. Nie zabijaj. 6. Nie cudzołóż. 7. Nie ^radnij. 8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. 9. Nie pożądaj żony bliźniego swego. 10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest. Nie przesądzą, że propozycje fabularne, które przedstawimy poniżej będą ostateczne. Chodzi nam tutej raczej o zapoznanie czytelnika z rejona mig w których mamy zamiar się poruszać niż o HS±^eE^ex#de-yyQtowHiH wy-

Strona 56

m Mmmm c^ 20.if.8Br. - l%m ■BMWBMhMulI^^ Mające M#^i St«M uMekt# rr#^ qQ0(© MMBt 16/25 ^.^s^$ Artur * 2. .w^chowaM Mw^ W^e BM^^** Ho©d^ate** *• MnMmm^ MMMmm « w^osa^M ««#«#. MW BoMM MMa« Masę MMMM Me Iwanie * ^teb^ Mj. Mejsoe' SmJ«vi M^Me gr^tars wituW /WC/ Artur • ^aaawiweifci Mtt®J£tJ£ti^t.J^M8tóMiZ ...lej .ce Sć* ^8 lJ.^1, ta^^mw ubieLti ullm Wcmmmhm a$MM« 31/23 AKteam; • ^orucaeU * v..fco»toxil<» hu -1^^# pitereu ^orucaMŁo# e^.a^d .cI auss s rejestracją pa*®tw®ą# i»«Bi0m ^ora t Meje&e aM|tM$ M CestruB ubieht# lar Muimf m ^mmM imię Oeatrua Be«*m 32/38 A .torsji Artur * 2«B®e©iM»^l resmciOili: • ^•^sr^slAWlce Hetyci • JO osob . . . s ... $ 1W0UU., uuuta, ^..Cy.. Łi-ejsce ®oJv« Gilem ^sWe W ■... .#' .; Aktorski ńrfeir • 2#^w^oe^ Maebew&ee * Br«ss *iW aj cweA ^tctjMCi# SO osób Kerwla^t duże Oo4« rólayah UsbwMi i aaee«l^v9 terb* Artem* Mtteer^ ojca# Mejsee e^U-s uJ,»^lź$eke 11 a 78 oMeits ■c^^mia ujoa ta«B« A<aw otera^* iser MiMte^tyf akwarium w sMeciił^M ryUsaal * spore MMMMMM mlóM

Strona 57

sta dale 2*l»Wr» Mogące g#j^óe ul*l$lźp<ta H B TB ubiegi ...lata taoita /Liessutae ojca/ Soaaat 5/3O .aktorami ^eaw - ^#btuhr Arta * ^aaB^clMAAMi Scalać} Kcta^ta p^ iitasj# k ta iaaca-^iOi » ^łąotals ©lam sa luotarklcLi# uczta kobiety uorsage# iMtaUJU^r^-Jil^^ ObAekt# ^iGoentaLo v|«e ic^sa© bój^-# ul«*ylByate 12 a TB Mbbi 6/230# /dsiW ‘ Sj/t MW • J#bta» Arta - A»tataBBsM uc-tata,# akuariUB a© adepta 2 r^pmta dorasta# pyk kluc®^# klusek» ^bory Xllutal©t^US£K.#KttulG^# Błot© OBAgI^ s wata® iM#«O£^b^cw butelka a wódki# idLuilsBbi,^^^ Jersey# ta tac cjca^atai - tata • dętą 1 #MM* pAsB»*s<w©ia ak<MhMB@@a sas^oto* MW* cOopcó® M^tw»rfCsMM»stere i a woatetpoma Srwoliiooo •popie* « podpisom ojeo#butelku wódki# l«utoi i dra®! iMilkoaow saMta 3«tasW blokują drta as^ iBUJuUOA-USM^kŁ. .Mie^ooe sd^tai ul#^lń^cko 11 © TB ^cea&i lb/50 /<JoioW Arta? • a^u^o^aowu&i f*eaea ’ - H<Ms4cherek . Mkub^i liMNWt aetaloae ^oio-taGtapUc kluo^t 2 klaser^ Obiekt < w|M^tae tjce /Klata otarta A&tas^# MW /lub imWaeWt oj o© b roaś^ /w t^a sta 41/# bawlkB B ww» ■ • Juce sdjy. i obiakt* " 5 .bae&Bt 12/30' ^ta*e^« 4©re$ * ^.tuhr • *tar Piotrek w tato ocle 8 osób Btawta 8 verse^o» tMtaW Cb^opaba

Strona 58

3 . C#u» dale .♦¥♦&*• < J^u©e sU^w^® uOiekt# ™ńl to^ltolooi - aeue i m/32 Aktora^: Artur Jemy ■w £•' rfAt.OtAA.Udl - b^s MM£v ^* J^«i| iMatty*. portfel Artura MM#&@ sdj^titelw toariM uM^ts &M OaarMi StoMB* 14/62 ^t«wł ^«r - ^u^mhowsM Jero • J#^tuhr 2$ąpoa ^Ma Sa»ci0$* m^JA?k* butelki po -lwie U au^i ^OX kiO£ piOGGUUi oi^uue w.4^8 *«yla Łwurdil gMekti daŁ utasastyass® ^o®»# 24/30 j&tura^s artur * ^•Mm.mcsudL 2eanół j»«w” Mmtf^tyt liwtru&ew «•#«*• Mte^uwaE^Atea^ IblokU ul.aM^tukrsawku 1 iW«0 rocatą -O^ ^ : ,'-/1 6 Ifri ■ ■ . * . . Clliłopeowk .* 4UśMAiŁi@®lC3 ^iaóoiolM • lato «Powiek . * A*>ereii Utat^waM 30 osób < Ms3^#t 2 W *• WWt OlBBW eawo®_ i .-.wiwM. oMofctt Bś^mM dcemi W 55 latamyi Jeray * v# tum? 2 Artur •* « <«i&<sh< Wlaźcieici * iUMatu »e&»l«^tpf MhBbi lotertóie Artem i MMŃil lito /otoiek/ - U atoaas Meiseea r - «łoeh^» o<<^tol«®B OMetts xwed donao derssego Scefie: 15/23 MtoMtot t*W * Jmtu&r totto* • a. y tato ac-mimt- #ak©4® derst >ró&ie plamki as U^-Mat ot d©cm» pedwwu.3# otooob® dlsoto

Strona 59

M« M» #*¥•&• J^« - &MM ^ • s ^J. ii '#M. .9 *M Mi MM* Wli «MMM Mm# & MmM MmTw^ W^; inM Mm~Mm 1MM /M/ MMM#i MMM ./Mm * M*MM M#M MMMM Mm 1«M« W - Mm* ^«Mf « y» M Mfi*i MMMM * M.MMm 1 w MBM mmmm# mm* ML?** .Męki* .‘M1M «miMm Mm j^«# #M /3B * •ó«e ^...^M-. MMMM* Ih^ Mw* MmwM&M MeKti ^leeMMe <4&& MM /MW ... . & .- » ■ ■' MM 4hM łwmM •<«h; j ■ ;41®$^ 8 MMfo^W Mm w W M«źM iMMMM# MM* MMM MMMMMM MiMMfca*bMMW MkMł w ©Mi. MMW /M-M*#/ . >. : -^....^ ^4.^ t « V MM#be9MMMt»

1 / 59