ATKK-PR-I-018

Opis

Wydruk z magazynem "Perspektywy" odnoszący się do filmu Krzysztofa Kieślowskiego "Przed rajdem" (1971) wyprodukowanego przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych. Zdjęcia do tego filmu realizowali Piotr Kwiatkowski i Jacek Petrycki. Film stanowi relację z przygotowań czołowego polskiego automobilisty Krzysztofa Komornickiego do udziału w rajdzie Monte Carlo 1971.

Data
1971
Rodzaj dokumentacji
A - dokumentacja aktowa
Kategoria
film dokumentalny
Nazwa serii
Przed rajdem
Technika
wydruk komputerowy
Język
polski
Reżyseria
Krzysztof Kieślowski

Strona 2

1 PBBSPEKTW Od Redaktora POLSKA Po Zamek z ciała odarty Sprawa odbudowy Zamku w Warszawie jest przedmiotem ogromnego zainteresowania społeczeństwa. Nie rewizja programu, lecz metod działania UTD-1200, czyli... 20 Fiatem do Monte Carlo Przed motoeksplozją ...podstawę „motoeksplozjl" stworzyło zakupienie w 1967 roku licencji na wytwarzanie samochodów „Fiat" 124. Obec­ nie, gotowa już I znajdująca sle w stadium rozruchu pro­ dukcji, fabryka Togllattl koło Kujbyszewa wytwarza 400 sa­ mochodów dziennie... Demokracja |BR:-ir.in:n!!>;-:i-:n; wyleczy się sama BB1;Fii;iViiiiiiii.iiiiiii;i ‘KiHiiHi^nniHriićiuiiini _ Lekarstwem na usprawnienie ■5uHH’’F?-HUUnitfcwi:ą<5 pracy urzędów Jest rzeczywi­ sta kontrola społeczna, wyma­ ga ona jednak sankcji I trze­ ba le wprowadzić, tym bar­ dziej, że zgodne są z duchem naszego prawa. 8 Demokracja wyleczy się sama 19 - 38 26 trojań­ Tępić jelenia skiego! 28 Z włóczki robione 30 Zamek z ciała odarty 34 ŚWIAT Nowe płyta słowa 1 stara Prawie jak za de Gaul!e’a 1O 13 Miejska guerilla 14 Przed motoeksplozją 16 DZIAŁY STAŁE UTD-1200, czyli... Od redaktora ...Informacja musi być szyb­ Fotodepesze ka, bo żyjemy w epoce, gdy czas ma swoją wymierną „ceną”— Informacja musi być Fakty również bezbłędna, gdyż w przeciwnym razie zamierzona działalność skazana jest z gó41 na niepowodzenie. 1 Magazyn Portrety 2 4 3 6 7 Na mapie Polski 7 Miejska guerilla Palcem po ekranie 27 ...Brazylijski „partyzant miej­ ski”, Polak z pochodzenia, opowiada o założeniach 1 praktyce guerllli w mieście. Ta forma walki, wywołująca wiele kontrowersyjnych sądów, zajęta w rozwoju sytuacji w Ameryce Łacińskiej poważne miejsce. Obyczaje 32 Sport 37 Perspektywy: wiek XXI 40 REDAKTOR NACZELNY: Dobrosław Koblalskl. ZASTĘPCY: Jerzy Gemblckl, Zbigniew Klimas, Kazimierz Kunicki. KIEROWNIK ARTYSTYCZNY: Krzysztof Lenk. REDAKTORZY: Olgierd Budrewicz, Ryszard Doński, Barbara Gardowska, Andrzej Klomlnek, Izabella Kolczyńska, Katarzyna Kołodziejczyk, Bolesław Kosterklewlcz, Halina Krahelska, Zbigniew Kot, Halina Maleszewska, Andrzej Mozołowskl, Zbigniew Neugebauer, Anna Osiowska, Marian Podkowlńskl, Jacek Semkowicz, Halina Siewierska, Jerzy Surdykowskl, Witold Szymanderski, Ryszard Swlerkowskl, Anna Wawrzycka, Lech Wieluński FOTOREPORTERZY: Sławomir Biegański, Renard Dudley, Bogdan Łopleńskl, Danuta Rego, Zbyszko Siemaszko. GRAFICY: Andrzej Krzysztoforskl, Mieczysław Wasilewski, Jerzy Zieliński. REDAKTORZY TECHNICZNI: Jan Kubal, Ładysław Śladowski. Adres Redakcji: Warszawa, Nowy świat 58. Telefony: Centrala — 26-22-01 — 03 sekretariat — 26-41-64. Wydawca: Wydawnictwo Współczesne RSW „Prasa", Warszawa, ul. Wiejska 12 tel. 28-24-11, wewn. 29. Cena prenumeraty krajowej: kwartalnie zł 78, półrocznie zł 156, rocznie zł 312. IN­ FORMACJI O PRZYJMOWANIU PRENUMERATY krajowej udzielają: Centrala Kolpor­ tażu Prasy I Wydawnictw „Ruch”, Warszawa, ul. Towarowa 28 oraz wszystkie pla­ cówki „Ruchu" l poczty. Prenumeratą za granicą (droższą o 40 proc.) przyjmuje Biuro Kolportażu Wydawnictw Zagranicznych „Ruch”, Warszawa, ul. Wronia 23. Kon­ to PKO nr 1-6-100024. Ogłoszenia przyjmuje Biuro Ogłoszeń Wydawnictwa Współczesnego, Warszawa, Wiej­ ska 12, tel. 28-53-30 oraz wszystkie Biura Ogłoszeń RSW „Prasa" w miastach woje­ wódzkich. Zakłady Wklęsłodrukowe RSW „Prasa", Warszawa, ul. Okopowa 58/72. 2 U-39. Wciąż aktualna jest spra­ wa, jakie miejsce w naszym życiu społecznym i ekono­ micznym, a przede wszystkim w działaniu technicznym, zajmuje inteligencja polska. Napięcia społeczne, których przyczyny na pewno określi VIII Plenum, prowadzące do następstw dziś już znanych, dotyczyło przede wszystkim środowisk robotniczych, co jednakże nie oznacza, że nie interesowały one inteli­ gencji, która nie brała w za­ sadzie udziału w ostatnich wydarzeniach. Klasa robotni­ cza odbiera bowiem zjawi­ ska ekonomiczne i społecz­ ne w sposób przede wszyst­ kim bezpośredni, kojarzący się z aktualną sytuacją ro­ botnika. Inteligencja, zajmu­ jąca z reguły pozycje dyspo­ zytorskie, ' ma obowiązek uogólniać zjawiska, mając zresztą ku temu, więcej spo­ sobności z racji dysponowa­ nia większym zasobem infor­ macji. Postulaty inteligencji, głównie technicznej, ale także i humanistycznej, na­ leży brać pod uwagę w pro­ cesie opracowywania nowej strategii gospodarczej i spo­ łecznej. Przemawia za tym jej doświadczenie organiza­ cyjne, ale przecież i politycz­ ne. Poważna część naszej twórczej inteligencji — to lu­ dzie zaangażowani politycz­ nie i społecznie. Uwzględnianie postulatów ludzi zajmujących odpowie­ dzialne stanowiska w życiu społecznym, politycznym, a głównie gospodarczym, wy­ maga świadomości, że wśród ziarna są plewy. Nie sposób odmówić słuszności linii przyjętej przez kierownictwo Partii i Rządu w procesie odnowy naszego życia. Prze­ ciwstawiać się jednak nale­ ży tak zwanym wyprzedzaczom, którzy chcieliby iść o przysłowiowy krok dalej, niż to dyktuje rozsądek. Kryje się w tym bowiem niebez­ pieczeństwo zwichnięcia słu­ sznej linii, pójścia na lep koncepcji rewizjonistycz­ nych, które sprzeczne są z zasadniczą naszą linią mo­ dernizacji życia. Wszystko, co robimy w chwili obecnej z inicjatywy i w obszarze działania Partii jest tym mak­ simum, które na obecnym etapie może być dokonane w kraju. Każdy postulat idą­ cy dalej jest nierealny, a może też wypływać i ze złych tendencji. Można przy­ jąć z pewnością pogląd, już po tych kiłku tygodniach zwrotu w naszej polityce wewnętrznej, że kierownictwo polityczne i państwowe Pol­ ski idzie na koncepcje mak­ symalnie możliwe. To prze­ świadczenie każę, moim zda­ niem, przeciwstawić się po­ stulatom, jak to nazwałem, idącym o krok dalej. Nie wątpię, że są u nas siły, które pragnęłyby zwro­ tu na przykład w kierunku socjaldemokratycznym. Oczy­ wiście nigdy jawnie nie wy­ stąpiono by z takimi postu­ latami. Wynikają one jednak' z głosów słyszanych niekie­ dy, że warto, by, jak to się określa, iść śmielej i głębiej. Prawda pozostaje zaś aktu­ alnie tylko jedna. Zmiana sy­ tuacji gospodarczej w kraju zależy tylko i wyłącznie od naszej pracy, od tempa jej intensyfikacji i lepszej jej or­ ganizacji. W tej materii in­ teligencja ma wielką rolę do spełnienia. Od niej zależy po­ prawa pracy w przemyśle i w usługach, jej dziełem będzie ostateczny kształt planu pię­ cioletniego i kierunek rozwo­ ju na dalsze lata. Oczywiś­ cie te zadania spadają głów­ nie na barki inteligencji eko­ nomicznej, technicznej i na barki inteligencji humani­ stycznej. Od niej zależy bo­ wiem tworzenie tak zwanego klimatu ideologicznego. A idzie tu o klimat zaangażo­ wania, zgodnego z pryncy­ pialnymi założeniami nasze­ go ustroju, wynikającymi ze zrozumienia naszego miej­ sca w Europie i w rodzinie krajów socjalistycznych. Od inteligencji można żądać roz­ wagi i przemyślanego działaniaa

Strona 3

HHp CAF — AP ZRA rozwija szeroką akcję dyplomatyczną na rzecz roz­ wiązania konfliktu bliskowschodniego. Egipski minister spraw zagranicznych M. Rlad odwiedził ostatnio Wielką Brytanię, Francję i Włochy i przeprowadził z czołowymi politykami tych krajów rozmowy na ten temat Na zdjęciu: minister Riad podczas konferencji prasowej w Paryżu. CAF — AP Wrak tankowca panamskiego „Texaco Caribbean” na wodach kanału La Manche. Tankowiec zderzył się ze statkiem peruwiańskim „Paracas”, w wyniku czego nastąpiła eksplozja i „Texaco Caribbean" rozpadł się na dwie połowy. Zginęło 8 marynarzy. KIELCE. Ó 300 proc, wzrośnie w najbliższej 5-latce pro­ dukcja jednego z największych w kraju zakładów przemy­ słu chemicznego — Pronitu w Pionkach na Kielecczyźnie. Szczególnie wydatnie wzrośnie przetwórstwo chlorku winylu na masy Izolacyjne i materiał do produkcji obu­ wia przeciwdeszczowego, produkcja olejów syntetycznych oraz celuloidu. Konferencja szefów rządów krajów Commonwealthu w Singapurze ujawniła poważne sprzeczności między członkami tej organizacji. Przedmiotem najostrzejszych sporów była sprawa przystąpienia Wielkiej Brytanii do EWG i forsowany przez premiera Heatha brytyjski projekt wznowienia sprzedaży broni dla rasistowskiej Republiki Południowej Afryki CAF — AP CAF — AP Oto rezultat taktyki „spalonej ziemi”, jaką stosują wojska amerykańskie i sajgońskie w Wietnamie Południowym. Zdjęcie przedstawia zgliszcza osady Kandol Chrum — jednej z tysięcy zamienionych w gruzy wiosek wietnamskich. 3

Strona 4

PRAGA. Na zaproszenie KC KPCz i rządu Czechosłowacji przebywali z wizytą przyjaźni w Pradze I Sekretarz KC PZPR Edward Gierek i członek Biura Politycznego KC PZPR, prezes Rady Ministrów PRL, Piotr Jaroszewicz. Odbyli oni spotkanie i przeprowadzili rozmowy z I Sekretarzem KC KPCz Gustavem Husakiem i przewodniczącym rządu CSRS, Lubomirem Sztrougalem. CAF — Jakubowski WARSZAWA. Załogi zakładów CAF — Lokaj WARSZAWA. Na ostatnim posiedzeniu CAF — AP RIO DE JANEIRO. Po uwolnieniu przez rząd brazylijski 70 więźniów politycznych, zwolniony został przetrzymywany przez porywaczy ambasador szwajcarski w Rio de Janeiro, Giovanni Bucher. Na zdjęciu powitanie szwajcarskiego dyplomaty z siostrą. przemysłowych w całym kraju, odpowiadając na apel górników, podejmują dodatkowe zobowiązania produkcyjne. Delegacje górników i hutników zostały przyjęte przez I sekretarza KC w gmachu KC PZPR. Edward Gierek gościł także w ub. tygodniu w Płocku — centrum polskiego przemysłu rafineryjnego i petrochemicznego. Podczas spotkania z aktywem robotniczym poinformowano I sekretarza KC o podjętych przez załogę zobowiązaniach produkcyjnych. plenarnym CRZZ przyjęto jednomyślnie rezygnację Ignacego Logi-Sowińskiego z funkcji przewodniczącego CRZZ. Na nowego przewodniczącego plenum wybrało długoletniego, zasłużonego działacza robotniczego — Władysława Kruczka, członka Biura Politycznego KC PZPR, dotychczasowego I sekretarza KW PZPR w Rzeszowie. LONG BINH. W południowowietnamskiej bazie wojsk USA odbył się 15 bm., w rocznicę urodzin Martina Luthera Kinga, wiec czarnych żołnierzy. CAF — UPI CAF — UPI MOSKWA. W dniach 14—16 bm. bawił tu z nieoficjalną wizytą czołowy przywódca amerykańskiej Partii Demokratycznej, Amerykanin polskiego pochodzenia, Edward Muskie, który uważany jest za najpoważniejszego kandydata tej partii w wyborach prezydenckich 1972 roku. Muskie został przyjęty przez premiera ZSRR, A. Kosygina i odbył z nim ponad trzygodzinną rozmowę.

Strona 5

n U stoczniowców i portowców Trójmiasta Praca i ożywione dyskusje — oto co charakteryzuje aktualną sytuację w zakładach Gdańska i Gdyni. Żywa reakcja na politycz­ ne wydarzenia dnia, a przy tym zrozumienie zadań produkcyjnych i odrabianie opóźnień tam, gdzie one powstały; aprobata dla już podjętych przez kierownictwo par­ tii decyzji, a zarazem oczekiwanie na pełną analizę grudniowych wy­ darzeń. To się odczuwa wyraźnie: lu­ dzie traktują dotychczasowe po­ sunięcia jako początek drogi wio­ dącej do rozwiązania trudnych i koniecznych spraw, jako począ­ tek działań, zmierzających do konsekwentnego przezwyciężenia błędów przeszłości i opracowy­ wania programu odnowy. Ale rów­ nocześnie, właśnie tu, można się upewnić, że większość ludzi pra­ cy rozumie, iż pierwszym, a zara­ zem nieodzownym warunkiem re­ alizacji wszystkich naszych przy­ szłych zamierzeń jest spokój i praca w dniu dzisiejszym. Świadczy o tym dowodnie fakt, że we wszyst­ kich zakładach Gdańska i Gdyni, w których w dniach 14—18 grudnia przerwano produkcję, od 21 grudnia, a w niektórych już wcześniej — za­ łogi rozpoczęły pracę. W stoczniach Gdańska j Gdyni oraz w porcie gdańskim przeprowadziłem wiele rozmów z pra­ cownikami tych zakładów na temat przebiegu pracy, atmosfery, dyskusji. Oto kilka spostrze­ żeń i wypowiedzi zebranych na Wybrzeżu przed tygodniem. STOCZNIA GDAŃSKA IM. LENINA Spawacz Lech Kortus mówi: „Równolegle z ciężką pracą trwa u nas gorąca i ostra dysku­ sja. Wypowiadają się wszyscy — partyjni i bez­ partyjni. Olbrzymia większość stoczniowców, to ludzie odpowiedzialni. Chcą spokoju, ale chcą także porządku — w kraju i zakładzie. Chcemy takiej atmosfery i warunków, w których będą mogły ujawniać się prawdziwe poglądy robot­ ników i ogółu pracowników, a także wola więk­ szości. Ot, weźmy na przykład zakładowe wy­ bory. Przecież nie dawały one żadnych szans zmiany ludzi na stanowiskach społecznych. Musi być rotacja kadr i to nie tylko na górze, ale i na wszystkich niższych szczeblach. W rozmo­ wach i dyskusjach w naszym środowisku robot­ niczym poruszono już wiele spraw. Najczęściej powtarza się jedno żądanie: ludzie chcą, by mó­ wiono im .prawdę, by ich poważnie traktowano. Jeśli się mówi, że jesteśmy gospodarzami kraju i zakładu, to musimy ‘być o wszystkim informo­ wani. Jako współgospodarze zakładu, powinniśmy uczestniczyć w rzeczywistym kierowaniu nim". Wydział K-3. Tu na pochylni montażu kadłu­ bów pytam pracującego przy bazie rybackiej B 69/20 spawacza Stanisława Garbowskiego, jak przebiega praca? „Każde najmniejsze nasze opóźnienie zmniej­ sza front robót na wydziale wyposażeniowym. Wielu spawaczy, w tym i ja, zadeklarowało więc pracę w najbliższą niedzielę, bo od tego chyba zależy, czy wykonamy plan miesięczny. Ostatnie mroźne dnj nie sprzyjały pracom spawalniczym na wolnym powietrzu". Mówi Zygfryd Mach, spawacz wyposażeniowy: „Słyszałem w mieście pogłoski, że stoczniowcy pracują na „zwolnionych obrotach". Chciałbym, żeby tu przyszli ci, którzy wypowiadają takie opinie. Przecież my pracujemy na akordzie, a każdy chce i musi zarobić”. Jan Zaremba jest traserem, pracuje aktualnie na prototypowym statku „Profesor Siedlecki", przeznaczonym do zadań badawczych: „Pracuję już 13 lat jako robotnik-traser. Jest to praca dniówkowa. Mam 9 grupę, a więc doszedłem już dawno do pułapu możliwości zarobkowych. Uważam, że nie jest to właściwe, ponieważ każ­ dy powinien mieć perspektywę lepszego zarobku i nie wolno mu tego odbierać. Oczekujemy | pragniemy, by zmieniła się atmosfera w zakła­ dzie i w kraju. By można było otwarcie kryty­ kować zło. Ktoś musi wreszcie odpowiadać za realizację słusznych wniosków robotniczych, bo jak dotąd ten cały system wnipsków, to. fikcja. Wiem o tym, bo wyznaczono mi kiedyś zadanie zbierania takich wniosków". ZIMOWY SZCZYT PRZEŁADUNKOWY U DOKERÓW Port gdański. Od pięciu godzin w świetle re­ flektorów pracuje trzecia zmiana. Szef działu eksploatacji, Marian Bąk, informuje, że ‘we wszystkich trzech rejonach pracuje 800 ludzi. Jest to praktycznie pełny'stan tej zmiany. Odwie­ dzam pokój głównego dyspozytora. Właśnie skła­ da meldunek dysponent fejonu pierwszego, Bo­ gusław Świątkowski: „Praca odbywa się bez za­ kłóceń. Wyładunek „Circe" (chłodnicowiec fran­ cuski, który przywiózł 1200 ton owoców cytruso­ wych) odbywa się zgodnie z planem". Krótki opis aktualnego stanu: W porcie prze­ bywa 55 statków, prace przeładunkowe trwają na 28 jednostkach. Aż 24 statki czekają na wę­ giel. Opóźnienia są następstwem fali mrozów i śniegu. Kolej zamiast codziennej ilości 18 ton węgla dowoziła w niektórych dniach 2—4. Do­ piero dziś portowcy otrzymali pełną porcję. I dziś też, właśnie dzięki węglowi, przeładunek wyniósł 28 tys. ton, a więc bardzo dużo. STOCZNIA IM. KOMUNY PARYSKIEJ W GDYNI Pracuje tu wielu młodych ludzi. Przeciętny wiek załogi — 27 lat, a na głównym wydziale — kadłubowym, zaledwie 21 lat. Trwają ożywione dyskusje, ludzie oczekują na oficjalną ocenę te­ go, co zaszło. A jak z pracą? Oto co mówi dyrektor naczel­ ny stoczni, Michał Tymiński: „Sytuacja produk­ cyjna jest bardzo trudna, napięta. Newralgicz­ ny punkt, to kadłubownia, jeszcze przed wyda­ rzeniami mieliśmy opóźnienia w budowie stat­ ków, głównie wskutek braku stali i nietermino­ wości wielu dostaw. Nie wykonaliśmy więc rocz­ nego planu produkcji globalnej. Między innymi dlatego w niedzielę na kadłubowni pracowało dodatkowo wielu ludzi". Efekt ich prac jest widoczny właśnie dziś, bo­ wiem wczorajsze czynności przygotowawcze po­ zwoliły na rozwinięcie pracy, którą mam moż­ ność teraz obserwować. W suchym doku ekipy spawaczy łączą potężne segmenty 23-tysięcznika-masowca dla armatora norweskiego. Obok na identycznym, już zwodowanym statku, trwają intensywne prace wyposażeniowe. „Pracujemy równocześnie przy trzech, spośród dziesięciu te­ go typu statkach, zamówionych przez Norwegię" — wyjaśnia oprowadzający mnie po stoczni A. Fryzowski. Na zakończenie wizyty rozmawiam z mistrzem wydziału drzewnego pracującym przy wyposa­ żaniu drobnicowca, 12-tysięcznika dla Francji. Janem Mendalką: „Ludzie pracują, ale i dużo dyskutują. Czekamy na ocenę wydarzeń w Gdy­ ni. Załoga uważa, że przebieg ich był inny niż w Gdańsku. Ludzie muszą otrzymać rzetelne wy­ jaśnienia i informacje bieżące, żeby nie wierzyć plotkom. Nawet w samej Gdyni spotykamy sie z kłamstwem, że stocznia nie pracuje. U nas mówiono przed kilkoma dniami, że strajkują stoczniowcy Gdańska, a tam z kolei, że mv. Jest wiele żądań, ale nie słyszałem, by ktoś wy­ suwał postulat generalnej podwyżki płac. Zwra­ cano uwagę natomiast na sprawę najniżej zara­ biających. No i o mieszkania — 8 lat oczekiwa­ nia zniechęca młodych stoczniowców i powodu­ je olbrzymią fluktuację. Czy można w takich wa­ runkach mówić o przywiązaniu ich do zakładu i o zwiększaniu wydajności? Ludzie rozumieją sytuację ekonomiczną. Oczekujemy, że będziemy szczerze i prawdziwie informowani o wszystkich sprawach". RYSZARD ŚWIERKOWSKI 5

Strona 6

Reklama — dźwignią handlu rzeczy umocnionym punktem partyzantów. Zeznania świadków, żoł­ nierzy, którzy brali udział w masakrze, obciążają w zna­ „Zabić wszystko, co się rusza” Proces porucznika armii amerykańskiej, Williama Cal­ leya, dowódcy plutonu, który się „wsławił" masakrą mie­ szkańców osiedla My Lai w Wietnamie Południowym, bu­ dzi ogromne zainteresowanie. Jest to bowiem rozprawa precedensowa. Szczególnie zaniepokojone są amerykań­ skie koła wojskowe. Jeśli bo­ wiem Calley zostanie skaza­ ny, wówczas kwestia odpo­ wiedzialności indywidualnej na tak niskim szczeblu do­ wodzenia wyciśnie piętno na morale i dyscyplinie całej ar­ mii. Proces w Fort Benning ma dać odpowiedź na pyta­ nie, gdzie leży granica mię­ dzy subordynacją a głosem sumienia. Obrona Calleya opiera się na dwóch zasadniczych pod­ stawach: po pierwsze, Cal­ ley, oskarżony o zamordowa­ nie 102 osób cywilnych w oMy Lai, mężczyzn, kobiet i dzieci, działał na rozkaz z góry; po drugie — dowodzi obrona — mała osada My Lai była w gruncie sadzie cznym stopniu bezpośrednie­ go przełożonego Calleya — kapitana Medinę, którego władze wojskowe jeszcze la­ tem ubiegłego roku obarczy­ ły „odpowiedzialnością" za śmierć 179 osób. Dlaczego więc Medina nie stanął przed sądem? Prawdopodobnie szuka się kozła ofiarnego na najniższym szczeblu. Jeśli sąd nie uzna Calleya za bez­ pośrednio winnego, to nale­ ży przypuszczać, że dojdzie do rozprawy Mediny. Ale właśnie takiej reakcji łańcu­ chowej obawiają się wyżsi wojskowi. Kapitan Medina, dowódca kompanii, twierdzi, że „nie żadnych meldun- otrzymał ków o strzelaniu do ludnoś­ ci cywilnej w osadzie i nie wydał żadnego rozkazu strze­ lania do kobiet i dzieci". Jednak świadkowie, którzy odtworzyli przebieg odprawy przeprowadzonej przez Medinę na dzień przed masakrą, mocno podważyli twierdzenia kapitana. Dowódca drużyny z plutonu Calleya przypomina sobie, że na odprawie Medi­ na powiedział: .... mamy za­ bić wszystkich Viet Congów i podejrzanych o przynależ­ ność do Viet Congu... mamy zniszczyć wszelką żywność, zabić wszystkie zwierzęta i spalić wioskę". Strzelec z plutonu Calleya zeznał: „W moim pojęciu znaczyło to również kobiety, dzieci i w ogóle wszystko". Dowódca drużyny zeznaje, że Medina powiedział na odprawie, by „nie pozostawić niczego, co chodzi, pełza lub rośnie". Trzej ■ świadkowie zgodnie zrozumieli instrukcje Mediny W tej stacji benzynowej w Acton (północna część Lon­ dynu) obowiązuje samoob­ sługa. A jednak nie braknie jej klientów. Jest to zasługa pracownicy stacji, która w stroju bikinj nadzoruje pracę automatów i — jak widać na zdjęciu — nie tylko automa­ tów. wszystkiego, co się rusza". Kiedy obrońca Calleya zapy­ tał co jednego robił w ze świadków, My Lai, ten „Zabijałem wszystko, co się rusza". In­ ny świadek zeznał, że w trzy dni po masakrze Medina po­ wiedział żołnierzom swej kompanii o wszczętych do­ chodzeniach i ostrzegł, aby nie udzielali żadnych infor­ macji. Cała sprawa zaczyna zata­ czać coraz szersze kręgi. Medina zeznał przed komisją, że dwukrotnie usiłował wpły­ nąć na wyższe władze woj­ skowe, aby zmieniły charak­ ter zadania z „wykryć i zni­ szczyć" na „przeszukać ioczyścić". Adwokat Mediny twierdzi, że duża odpowie ­ dzialność spada na służbę wywiadowczą, ponieważ do­ wództwo oddziału określa charakter operacji na pod­ stawie danych dostarczonych przez wywiad. W części prasy amerykań­ skiej spotyka się coraz czę­ ściej materiały wyrażające współczucie dla Calleya, jako „niewinnej ofiary wojny". Pi­ sze się, że oskarżony otrzy­ muje liczne listy z wyrazami sympatii, a także upominki. Wyrok jeszcze nie zapadł. Ale obrona Calleya ma w za­ pasie argument, który może wpłynąć na orzeczenie sądu. W Wietnamie, jeszcze przed masakrą w My Lai, zdarzały się liczne wypadki wydawa­ nia przez oficerów rozkazów strzelania do ludności cywil­ nej. Zdaniem obrońcy Cal­ leya jego klient — podobnie jak wielu innych — nabrał przekonania, że właśnie w taki sposób prowadzi się wojnę. 6 Plakaty roku Nagrodzone plakaty M. Urbańca góry I M. Freudenrlecha. Wydawnictwo ArtystycznoGraficzne, wspólnie z redakcją „Życia Warszawy" i Wydzia­ łem Kultury Prezydium St. RN. jest organizatorem kon­ kursu na „Najlepszy plakat Warszawy". Już po raz dzie­ siąty przyznano wysoko ce­ nione w środowisku arty­ stycznym nagrody. Jury, pod przewodnictwem Jerzego Majewskiego, przy­ znało pięć nagród w pięciu grupach tematycznych. Za plakat polityczny, wydany z okazji 100-lecia urodzin W. Lenina, otrzymali ją Jakub Erol i Paweł Udorowiecki. Za plakat społeczny pt. „Alko­ hol zakłóca precyzję myśle­ nia" —■ Marek Freudenriech. Za plakat teatralny „Kocha­ nek" i „Lekki ból" — Fran­ ciszek Starowieyski. Za pla­ kat imprezowo-artystyczny „Jazz Jamboree"—Jan Mło­ dożeniec. Za plakat reklamo­ wy „Cyrk" — Maciej Urba­ niec. Laureatom składamy ser­ deczne gratulacje. Nie wiadomo, czy maskotki produkowane _ przez Spół­ dzielnię Pracy' „Postęp" w Bydgoszczy przynoszą szczę­ ście ich nabywcom, okazały się jednak bardzo szczęśli­ we dla producentów. Spółdzielnia wyeksporto­ wała już do krajów zachod­ nich 1 200 tys. sztuk tych uroczych zabawek, w ub. r. wysłaliśmy 470 tys. masko­ tek o wartości 28 min zł. a w ciągu 5 lat ten bardzo opłacalny eksport wzrósł aż dziesięciokrotnie. Surowcem w produkcji zabawek dla do­ rosłych są odpady futrzar­ skie, skórzane i filcowe. Toruńskie płuco-serce Oryginalne rozwiązania techniczne zastosowali kon­ struktorzy z biura konstruk­ cyjnego toruńskiej Przędzalni Czesankowej ,,Merinotex" przy opracowywaniu sztucz­ nego płuco-serca na zamó­ wienie II Kliniki Chirurgicz­ nej AM w Łodzi, kierowanej przez prof. dra J. Molla. Ten skomplikowany apa­ rat medyczny posiada wiele cech, czyniących zeń wyso­ ce sprawny i niezawodny in­ strument w walce o życie ludzkie. Prototyp pomyślnie przeszedł szereg trudnych prób technicznych. Niektóre rozwiązania autorzy zgłosili do opatentowania.

Strona 7

Twórcy płuco-śerca — kierownik biura konstrukcyjnego „Merinotexu", mgr Inż. Antoni Sajdak (w niebieskim płaszczu) oraz Inż. Zdzi sław Wiśniewski. CAF — Gili Wachtang Wroński. Polska publiczność oglądała już wy­ stępy tego znakomitego ze­ społu przed dwoma laty, a program „Baśń wiosenna” obejrzało wówczas 230 tys. widzów Śląska, Warszawy, Łodzi. Obecnie zespół z Kijowa zaprezentuje dwuczęściową rewię na lodzie zatytułowaną „Parada młodości", ukazują­ cą triumf miłości dwojga młodych — na tle bogatego folkloru, ludowych tańców i obyczajów. Kosmetyka Sfinksa Marian Łuczywek — śladem listu Sekretariatu KC „Noc świętojańska” na lodzie kiedy utworzono powiat mo­ Mońki — elektryfikacja wsi na finiszu niecki, ani jedna wieś była Elektryfikacja była wsi jednym z najdonioślejszych a zarazem najtrudniejszych zadań gospodarczych powo­ jennej Polski. Obecnie zbli­ żamy się już do końca tego gigantycznego przedsięwzię­ cia. Przed rokiem gospodarstw rolnych, co sta­ CAF — AP Po występach w Łodzi i Sosnowcu, przebywa w War­ szawie świetny kijowski ba­ let na lodzie, którego kie­ rownikiem artystycznym, re­ żyserem i inscenizatorem jest Ludowy Artysta ZSRR, Tajemnicza postać Sfinksa — leżącego Iwa z ludzką głową — symbolizowała w sztuce egipskiej władzę kró­ lewską. Najbardziej znany jest jego ogromny posąg w Gizie, wykuty w monolitycz­ nej skale, należący do ze­ społu piramidy króla Chafre. Pochodzący z III w. p.n.e. Sfinks poddany został zabie­ gom kosmetycznym. zelektry­ było 3185 tys. fikowanych Fragment I części rewii — „Noc świętojańska’’. W roli Cyganki w czerwieni — 0. Kaszlrcewa, w roli młodego Cygana — J. Krluczkow. Foł. J. B. Laurentowska tam nie zelektryfikowana. Nie miała też światła elek­ Fot. Z. Szczęsny Na temat listu wystosowa­ nego przez Sekretariat KC PZPR do przewodniczących Konferencji Samorządu Ro­ botniczego • i dyrektorów przedsiębiorstw rozmawiamy z przewodniczącym rady za­ kładowej Zakładów Mecha­ nicznych im. Nowotki w War­ szawie: „W ostatnich latach zrobi­ liśmy niemało dla stworze­ nia załodze lepszych warun­ ków pracy. Daleko nam jednak do rozwiązania wszystkich spraw. Mamy więc nowe za­ mierzenia. Zdecydowaliśmy się na wygospodarowanie dodatkowej powierzchni na cele socjalne dla pracowni­ ków wydziału narzędziowni, kosztem uszczuplenia po­ wierzchni administracyjnobiurowej. Wkrótce urucho­ mimy jeszcze jeden kiosk spożywczy dla wydziału od­ lewni, gdzie będzie można kupić kanapki. Uruchomimy na tereni, zakładu pralnię odzieży roboczej. Postanowi­ liśmy też ponowić starania o ukończenie ośrodka wczasowo-wypoczynkowego w Korbielowie w woj. krakowskim, który wybudowany już został (w stanie surowym), wyłącz­ nie ze środków funduszu za­ kładowego, gromadzonych przez kilkanaście lat. Złago­ dzi to trudności w organizo­ waniu wypoczynku urlopowe­ go. Są to sprawy najpilniej­ sze. Resztę spraw będziemy musiełi rozwiązać w przy­ szłości, jak np. organizację stołówki. nowiło 85 proc, ogółu go­ trycznego dzisiejsza siedziba wówczas powiatu, wieś. Prezydium pach jeszcze Urzędowano więc PRN przy w lam­ naftowych. Jedynie w 632 gospodarstwach rolnych, położonych na terenie mia­ steczek Goniądz i Knyszyn, paliły się żarówki. Elektryfi­ kację wsi rozpoczęto dopie­ spodarstw, ale w wielu wo­ ro w 1955 r. W ciągu 15 lat jewództwach zelektryfikowano 135 wsi, tj. procent był znacznie wyższy (katowickie 86,4 proc, ogółu — 96,6, wrocławskie — 99,4, powiecie, a w nich 7406 go­ zielonogórskie — 98,6). Duża spodarstw (67,4 proc.). Więk­ zakończyła ilość powiatów już elektryfikację gospo­ wiosek w szość gospodarstw niezelektryfikowanych położona jest małych, najczęściej darstw, w wielu nie zelektry­ w fikowano proszonych wioskach i na ko­ jedynie gospo­ darstw położonych z dala od roz­ loniach. Przewodniczący Pre­ skupisk wiejskich, lub poje­ zydium dynczych domostw. Najmniej­ geniusz Rżąca poinformował szy w kraju procent gospo­ nas, że obecny plan 5-letni zelektryfikowanych przewiduje zakończenie elek­ darstw ma powiat Mońki w woj. bia­ łostockim — 67,4, ale właś­ nie ten powiat należy do grupy tych, w których doko­ nano największego chyba postępu. Jeszcze w 1954 r., tryfikacji PRN, mgr inż. Eu­ wszystkich gospo­ darstw do roku 1974, ale już do końca 1971 roku wszyst­ kie gospodarstwa położone na terenie wiosek otrzymają światło elektryczne.

Strona 8

Związki zawodowe Nie rewizja programu lecz metod działania Gdyby spojrzeć na linię programową związ­ ków, opartą na zasadzie jedności i współzależ­ ności spraw produkcji, bytu i wychowania, to li­ nia ta jest prawidłowa i przez nikogo nie kwe­ stionowana. Niedowład ruchu związkowego stał się tematem żywych dyskusji w naszym społeczeństwie. Jakie były jego przyczyny? Jakich zmian oczekujemy obecnie w ruchu związkowym? Temu tematowi poświęciliśmy dyskusję redakcyjną, w której udział wzięli: dr STANISŁAW GEBETHNER — pracownik naukowy Zakładu Prawa Państwowego Instytucji Politycznych UW, JAROSŁAW KARCZEWSKI — działacz związkowy, JERZY KOZIOŁ — socjolog zakładowy z Huty Stalowa Wola, KAROL KLOCEK — wicedyrektor d.s. ekonomicznych zakładów „Celma” w Cieszynie, doc. dr ADAM SARAPATA — socjolog, kierownik Zakładu Socjologii Pracy Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. PERSPEKTYWY: Trzeba chyba wyraźnie wska­ zać, na wstępie naszej dyskusji, ńa szkodliwość tych głosów, które przy różnych okazjach suge­ rowały rolę związków zawodowych jako swoistej opozycji społeczno-politycznej, które domagały się apolityczności związków zawodowych. Mó­ wiąc o odnowie działalności związków zawodo­ wych, o ich aktywizacji w naszym systemie spo­ łecznym nadal rozumiemy rolę związków zawo­ dowych jako sojusznika partii. W tym rozumie­ niu jednak kierunki I drogi aktywizacji ruchu za­ wodowego wymagają naszym zdaniem szerokiej dyskusji społecznej. Ale rzecz w tym, że przeciętny człowiek pra­ cy nie mierzy swojego stosunku i swojej oceny związków prawidłowością, linii programowej. On jej może nawet nie znać. Dla niego ważne jest, jak w jego osobistym odczuciu związek wywią­ zuje się ze swoich zobowiązań wobec niego. Przystępując do związku, wypełniając deklarację, podpisuje się jak gdyby dwustronny kontrakt, umowę. Ja będę płacił składki, będę uczestni­ czył w życiu społecznym, w tych ramach, w ja­ kich mi związki to umożliwiają, a w zamian za to związek podejmuje się i gwarantuje, że w moich pracowniczych sprawach będzie repre­ zentował moje interesy. I ten swoisty kontrakt społeczny musi być obopólnie wypełniany. To znaczy funkcja reprezentacji interesów pracow­ niczych jest tym podstawowym miernikiem, jaki w odczuciu członków związku, ogółu pracują­ cych określa prawidłową działalność związku. Ta reprezentacja interesów realizowana jest nie w oparciu o jakiś abstrakcyjny ideał, ale o rea­ listyczną ocenę zarówno potrzeb, jak i możli­ wości. I myślę, że właśnie tu nastąpiło istotne, daleko idące zachwianie równowagi — w tych funkcjach związków, które obejmują wytwarzanie i sprawiedliwy podział dochodu narodowego. S. GEBETHNER: W państwie socjalistycznym, w warunkach systemu gospodarczego, opartego na społecznej, ogólnonarodowej własności środ­ ków produkcji, związki zawodowe jako reprezen­ tacja ogółu ludzi pracy mają do wypełnienia dwie równorzędne funkcje — współgospodarzy socjalistycznego zakładu pracy i rzecznika so­ cjalnych i bytowych praw i interesów załogi. Związki zawodowe są jednym z ogniw demo­ kracji socjalistycznej. Nie działają w próżni, gdyż nie działają niezależnie od wszystkich in­ nych ogniw tego systemu. W warunkach kiedy jedną z kardynalnych zasad naszego ustroju jest kierownicza rola partii, wiele zależy od sposobu wykonywania tej kierowniczej roli, od stopnia realizacji demokracji wewnątrzpartyjnej, co wpły­ wa przecież na szereg innych ogniw działania demokracji socjalistycznej, a przede wszystkim na styl pracy związków zawodowych. W pewnym stopniu nawet go warunkuje. W moim przeko­ naniu nie ma jednak sprzeczności między kie­ rowniczą rolą partii a samodzielnością i samo­ rządnością związków zawodowych. Kwestia tyl­ ko, jak będzie sprawowana ta kierownicza rola partii i jak będzie wyglądała samorządność związków zawodowych. J. KARCZEWSKI: W statucie związki działają pod ideowym partii. mówi się, że kierownictwem S. GEBETHNER: Właśnie. O to chodzi, żeby to było ideowo-polityczne kierownictwo, a nie dyrygowanie, nie zastępowanie związków. Wydaje mi się, że pewnym symptomem zmian w tej dziedzinie jest to, że związki zawodowe zaczy­ nają się dzisiaj same oceniać, poczynając od góry, a ich działanie nie jest przewartościowywane poza ich forum. Zmiana na stanowisku przewodniczącego CRZZ zdecydowana została przecież na plenum CRZZ. J. KOZIOŁ: Kierownicza rola partii jest w związkach realizowana przez członków partii. Uważam, że jeśli organizacja partyjna rekomen­ duje swych członków na określone stanowiska związkowe, to powinna również systematycznie ich rozliczać — w jaki sposób wypełniają oni te swoje obowiązki pracownicze na nowym sta­ nowisku pracy. PRAWO VETA J. KARCZEWSKI: Związki należą do podsta­ wowych instytucji społecznych, które w naszym systemie powinny stworzyć szeroki pomost mię­ dzy ludźmi pracy a ośrodkami dyspozycji poli­ tycznej i władzy. Ten system więzi musi działać w obydwu kierunkach, a to jest możliwe tylko wówczas, kiedy wszystkie mechanizmy demokra­ cji socjalistycznej funkcjonują prawidłowo. 8 J. KARCZEWSKI: Kiedyś w dyskusjach używa­ no sformułowania: prawo veta związkowego. Znam np. sytuację, kiedy sprzeciw związków za­ wodowych był w stanie wstrzymać niekorzystne dla ogółu pracujących decyzje. Mam tu na myśli rządową decyzję o odpłatności za sanatoria. De­ cyzję ogłoszono w prasie. Ogłoszono ją publicz­ nie, formalnie jednak związki zawodowe były w stanie w przeciągu tygodnia tę decyzję cofnąć i do dzisiaj nie została ona wprowadzona w ży­ cie. Znam i inne podobne sytuacje. To znaczy, że związki mają możliwości występowania z pra­ wem yeta w pewnych określonych sytuacjach, kiedy ich własna ocena nie pokrywa się ze sta­ nowiskiem rządu czy poszczególnych resortów. Ale trzeba by praktykę tę przenieść jeszcze i na sferę takich spraw, jak np. zasady podziału do­ chodu narodowego, spożycie indywidualne i spo­ życie zbiorowe, proporcje między poszczególny­ mi działami spożycia zbiorowego, budownictwa mieszkaniowego itp. W tych zasadniczych spra­ wach pracowniczych potrzebna jest głębsza ana­ liza sytuacji i możliwość wyrażenia związkowego punktu widzenia. Nie tylko w skali ogólnokrajo­ wej czy nawet branżowej. Podobnie jest w za­ kładach pracy, gdzie w dziesiątkach codzien­ nych sytuacji interesy pracownicze wchodzą w swoistą kolizję z interesami produkcji. Tutaj również występuje pewien niedowład działalnoś­ ci przedstawicielstwa związkowego. Istnieje tu pewna luka, którą należałoby uzupełnić, żeby stworzyć skuteczną formułę czy płaszczyznę wy­ stępowania organizacji związkowych w roli rzecznika interesów pracowniczych. PERSPEKTYWY: Mówiliśmy o skutecznej akcji związków zawodowych w sprawie sanatoriów. Czy stanowisko związków zawodowych w tej sprawie, a także w wielu innych sprawach było znane szerokim rzeszom związkowców, a jeśli nie, to dlaczego? Dochodzimy tu do problemu jawności działania związków zawodowych. Popełniliśmy wiele błędów kamuflując, utaj­ niając niejako postawę związków zawodowych w wielu sprawach — czy to płacowych, czy so­ cjalnych, a skutek jest taki, że masy związkow­ ców sądzą, że ich reprezentanci zawsze tylko bezkrytycznie afirmują takie czy Inne decyzje rządowe. Wydaje się, że w przypadku podejmo­ wania przez rząd decyzji, nawet trudnych, ko­ niecznych, ale niepopularnych, związki zawodo­ we mogą i powinny zawsze zajmować wobec nich stanowisko, nawet jeśli ono ma pewien po­ smak votum separatum. Byłoby chyba dobrze, gdyby wyrażały swój punkt widzenia wówczas, kiedy względy ekonomiczne kraju nie pozwalają na zrealizowanie uzasadnionej podwyżki płac dla danej grupy pracowników, związki winny to uczynić tak, aby dla mas związkowych było sprawą jasną, że ich związek uznał wprawdzie stanowisko władz administracyjnych, podyktowa­ ne sytuacją ekonomiczną, ale nadal jednak po­ piera i uważa za słuszne żądania danej grupy pracowników. J. KARCZEWSKI: Wydaje mi się, że mamy tu­ taj do czynienia z o wiele szerszym zjawiskiem, jakim jest nierespektowanie niektórych zasad de­ mokracji socjalistycznej. Myślę zwłaszcza o nie­ dowładzie systemu informacji. Wychodziliśmy z założenia, że o naszym do­ robku (tzn. związków zawodowych) decyduje ostateczny efekt. Nie uważaliśmy, że konieczne jest ujawnianie opinii publicznej wszystkich roz­ bieżności i odmiennych stanowisk związków i rządu. Oczywiście, ten kamuflaż miał wpływ na ujemną społeczną ocenę ruchu zawodowego i jego skuteczności występowania jako reprezen­ tanta interesów pracowniczych. Uważam, że związki powinny zapewnić sobie przynajmniej coś, co nazwałbym przeciekiem niedyskrecji. S. GEBETHNER: Ustawa o uzdrowiskach, o której tu wspomniano, zgłoszona pod koniec drugiej kadencji, ujrzała światło dzienne w czwartej kadencji. Przez całą trzecią kaden­ cję „smażyła się” w dyskusjach między apara­ tem administracji gospodarczej, resortem zdro­ wia i właśnie związkami zawodowymi. Tylko, kto o tym wie? Związki zawodowe nie po­ trafiły spopularyzować swoich osiągnięć, a trze­ ba pokazywać nie tylko ostateczne efekty, ale i sposób, w jaki je osiągnięto. Pamiętajmy, że dyskusja publiczna, ujawnienie sporów w wielu wypadkach rozładowuje te napięcia, które potem niepotrzebnie narastają. W państwach burżuazyjnych nauczono się już dawno rozładowywać szereg napięć społecznych przez odpówiednio

Strona 9

wczesne ich wyeksploatowanie. Natomiast my robimy wszystko odwrotnie, pewne nastroje ku­ mulujemy aż do sytuacji krytycznej. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że jeżeli re­ gulamin sejmowy dopuszcza tworzenie kół po­ selskich na innych zasadach niż przynależność partyjna, to nie ma przecież przeszkód, aby utworzono na forum sejmowym zespół postów reprezentujących związki zawodowe. Podobnie wyczuwalny jest brak reprezentacji związków zawodowych w radach narodowych. W roku 1957 uchwalono ordynację wyborczą, która przewidywała utworzenie okręgów przemy­ słowych, powiązanie zakładów pracy z radami narodowymi. Nie jestem za reaktywowaniem okręgów przemysłowych w tej formie, w jakiej przewiduje to zawieszona praktycznie w tym punkcie ordynacja wyborcza. Ale chciałem tutaj zwrócić uwagę na istotny moment. Już od 2 czy 3 lat liczba mieszkańców miast jest większa niż mieszkańców wsi, a tymczasem liczba radnych gromadzkich stanowi nadal 2/3 ogólnej liczby radnych. Gromadzka rada narodowa jest radą narodową, a jednocześnie w pewnym sensie organem samorządu zawodowego, bo przecież są tam reprezentanci pracujących indywidualnie chłopów. W miastach natomiast istnieje wyraź­ ny rozdział pomiędzy radami narodowymi a związkami zawodowymi czy w ogóle samorzą­ dem robotniczym. Wydaje się, że zagadnienie wymaga głębszych przemyśleń. STRUKTURA I BIUROKRACJA J. KOZIOŁ: Krytyka związków zawodowych ze strony społeczeństwa i załóg poszczególnych za­ kładów pracy nie dotyczyła programu ani zasad ideologicznych związków. Cała dyskusja była skierowana na krytykę metod i form działania. Jednym z problemów wysuwanych w tej dy­ skusji był problem struktury naszych związków zawodowych. Są związki, które mają dwustop­ niową strukturę: zarząd główny, rady zakładowe. Są także takie, i tych jest większość, gdzie jest zarząd główny, zarząd okręgu, rada zakładowa, rada oddziałowa. Ta rozbudowana struktura po­ woduje, że informacja, która idzie od załogi, od robotników do góry jest po drodze „zawodowo niejako szlifowana"; nie dociera w autentycznej formie takiej, jak została sformułowana przez robotników. Krytykowano również brak rotacji, wymiany kadr w instancjach związkowych, następnie — mnogość podejmowanych uchwal i programów, czyli biurokrację związkową. Jest np. uchwała CRZZ w jakiejś sprawie. Dubluje się ją w za­ rządach głównych, potem w zarządach okręgo­ wych poszczególnych związków, potem w ra­ dach zakładowych, w WKZZ, w PKZZ. Zanim wszystkie te instancje podejmą odpowiednie uchwały, CRZZ wysunie nowy problem. „Uchwa­ lanie" zaczyna 'się od początku. Na realizację uchwał nie ma już czasu. K. KLOCEK: Rady zakładowe są w rezultacie przeciążone urzędowaniem i sprawozdawczością, a przecież większość czasu powinny poświęcać na bezpośrednie codzienne kontakty z załogami. Towarzysze, którzy zajmują etatowe funkcje w organach i instytucjach związków zawodowych, 90 procent swego czasu powinni poświęcać na wyjazdy w teren. Wtedy znalibyśmy ich nie tylko w kłuozowych zakładach pracy. Większość działaczy związków zawodowych to działacze społeczni. Etatowych pracuje nie­ wielki odsetek. Jest więc rzeczą tego aparatu etatowego, żeby nie roztrwonił inicjatywy spo­ łecznej tej większości. Proszę zobaczyć spra­ wozdania z konferencji sprawozdawczo-wybor­ czych instancji szczebla wojewódzkiego, zarzą­ dów okręgowych i głównych. Ileż tam sformuło­ wań: działaliśmy na rzecz..., działaliśmy w in­ tencji..., działaliśmy w kierunku i na bazie... itd. Tylko z tego, co zrobiliśmy, jakoś trudno się wyliczyć. A jeżeli zaczynamy wyliczać, to wtedy popadamy w konflikty, ponieważ właścicieli tych wyliczonych efektów zaczyna być nagle więcej. A. SARAPATA: Każda organizacja cierpi na różnego rodzaju biurokratyczne schorzenia. Pierwsza choroba, dość charakterystyczna dla wielu organizacji, to wadliwa rekrutacja na po­ szczególne stanowiska. Dość często powołuje się na nie ludzi bez kwalifikacji, którzy troszcząc się o zachowanie swego stanowiska w instancji, boją się reprezentować interesy mas związko­ wych. Drugą chorobę nazwałbym „izolacją warstwo­ wą". Pewne miejsce w określonej hierarchii związkowej powoduje brak kontaktu z rzeczy­ wistością, dystans tego rodzaju, że potem już właściwie nie chce się widzieć i nie widzi się określonych potrzeb „dołów". Trzecią — jest skłonność do minimalizacji odpowiedzialności, minimalizacji ryzyka. Czwartą — autonomizacja środków. Określił­ bym to w skrócie, że nie tabakiera jest dla nosa, tylko nos dla tabakiery. Jeśli np. ma się jakąś rzecz załatwić, to się zwołuje zebranie i te zebrania mają automatycznie rozwiązać prob­ lem. Zasadniczym celem istnienia danej insty­ tucji czy organizacji staje się ilość zebrań, na­ rad czy komisji, a nie konkretne posunięcia i konkretny efekt. PRODUKCJA CZY KONSUMPCJA S. GEBETHNER: Wydaje mi się, że w ostat­ nim okresie związki zawodowe więcej działały w sferze produkcji niż w sferach bytu i wycho­ wania. Niepokoi mnie jednak, że teraz położy­ liśmy nacisk prawie wyłącznie na sprawy bytu, odrzucając np. sprawy wychowania. Wydaje mi się, że przytoczona na początku naszej dyskusji formuła działania ruchu związkowego oznacza rzeczywistą jedność wszystkich członków, wszy­ stkich sfer działania. Trudno o to w praktyce, ale nie możemy wpaść w drugą skrajność i za­ jąć się w związkach zawodowych wyłącznie sprawami bytowymi. W ostatnim wystąpieniu to­ warzysza E. Babiucha na plenum CRZZ jest właśnie mowa o zachowaniu właściwych pro­ porcji między tempem rozwoju gospodarki i kon­ sumpcji. Jest to potwierdzenie naszej trójformuły. Obawiam się jednak, że zrozumienie tej kwestii, tej jedności produkcji i konsumpcji, nie jest powszechne. Istnieje więc niebezpieczeń­ stwo, że aparat związkowy, aktywiści związkowi będą uważać, że przede wszystkim są odpowie ­ dzialni za konsumpcję, a będą zapominać o po­ zostałych sprawach. Jak temu zapobiec? PERSPEKTYWY: Do 20 grudnia patrzono na produkcję i nie myślano o konsumpcji. W tej chwili natomiast zjawia się w wielu ośrodkach wzrost apetytów konsumpcyjnych i oderwanie od spraw produkcji. Czy nie byłoby zadaniem związków zawodowych doprowadzenie do świa­ domości mas, że wzrost konsumpcji jest abso­ lutnie uzależniony od naszych zdolności i mo­ żliwości produkcyjnych. Jeśli górnicy podejmują czyn wydobycia dodatkowych milionów ton wę­ gla, może dobrze byłoby od razu powiedzieć, dlaczego chcemy od nich tego dodatkowego wysiłku. Można się spodziewać, że ten węgiel będzie służył na przykład na zakup fabryk do­ mów. Warto to jednak powiedzieć. Może nale­ żałoby jednocześnie, i to właśnie byłoby zada­ niem związków zawodowych, powiedzieć, jakie osobiste korzyści będą mieli ci dodatkowo pra­ cujący robotnicy. To prawda, że klasa robotni­ cza popiera dyrektywy i linię polityczną partii, że popiera je czynem produkcyjnym, lecz jed­ nocześnie realizacja tych czynów służy także zaspokojeniu interesów konkretnych załóg i o tym związki zawodowe powinny mówić więcej, powinny tę sprawę akcentować. Będziesz pra­ cował więcej, będziesz pracował lepiej, to tym samym więcej zarobisz, a produkt twojej pracy będzie miał poza tym duże znaczenie społecz­ ne. K. KLOCEK: Mówimy o trójformule: produkcja — sprawy bytowe — wychowanie. A przecież w zakładzie pracy tych rzeczy w zasadzie się nie oddziela. Kto z robotników jest w stanie te trzy pojęcia od siebie oddzielić. Dla człowieka sto­ jącego przy maszynie warunki socjalno-bytowe to właśnie osiem godzin pracy w określonych warunkach. Warunki te są nierozerwalnie zwią­ zane z produkcją. Stąd też zastanawianie się, czy kierujemy naszą działalność za bardzo w stronę produkcji, czy też przechodzimy obecnie tylko na sprawy socjalno-bytowe i wychowawcze, jest moim zdaniem bezzasadne. PERSPEKTYWY: Trudno się zgodzić z oceną tow. Klocka, że w praktycznej działalności związkowej, członek związku zawodowego — pracownik w zakładzie pracy nie rozróżnia sfer działania związkowego. Wydaje się, że wręcz przeciwnie, że zarzuty stawiane związkom za­ wodowym sprowadzają się m. in. do tego, że ich działalność polegała głównie na zachęcaniu do pracy, do produkcji — kosztem dbania o In­ teresy socjalno-bytowe załogi. Oczywiście, spo­ łeczeństwo zdaje sobie sprawę, że żadna dzia­ łalność produkcyjna nie jest celem samym w sobie, że efekty gospodarcze mają w rezultacie zwiększyć dochód narodowy, a w dalszej, osta­ tecznej konsekwencji podnieść stopę życiowa ludności. To chyba wszyscy wiedzą i mamy w naszej propagandzie nawet nadmiar dowodzeń na temat, że każda tona węgla to zysk dla kra­ ju, a więc i dla obywateli. Ale obywatel myśli przede wszystkim kategoriami własnego budżetu rodzinnego. W naszej polityce socjalnej brakuje właśnie tego, że efektów gospodarczych nie przekładamy na konkretną, prywatną korzyść dla każdego z osobna, że brak określenia tych bliższych perspektyw — na jutro, na najbliższy rok, na najbliższe pięć lat Istnieje jakaś luka między tym dalekim celem socjalnym a dba­ niem o te zupełnie przyziemne, drobne, ale bar­ dzo szybko procentujące korzyści socjalne w zakładzie pracy, w stołówce, w żłobku itd. A. SARAPATA: Wydaje mi się, że problem po­ lega na tym, że związkowcy, etatowi pracownicy i działacze społeczni byli rozliczani głównie za produkcję, natomiast nie było kryteriów rozli­ czania za pozostałe sfery ich działalności. SPRAWY NA JUTRO PERSPEKTYWY: Są to sprawy i postulaty na dziś i na jutro. Ze spraw na jutro chcielibyśmy poruszyć jeszcze jedną kwestię — kodeksu pra­ wa pracy. Nie wdając się w ocenę przeszłości — zrobi to przecież sam ruch związkowy — trzeba powiedzieć, że jest ogromnym zaniedba­ niem ze strony związków zawodowych fakt, iż do dzisiejszego dnia ogromna ilość przepisów dotyczących prawa pracy pochodzi z okresu międzywojennego. Na łamach prasy szeroko dyskutowano o ko­ deksie karnym. I to dobrze, ale wydaje się, że właśnie sprawa kodeksu prawa pracy powinna być przedmiotem szczególnie szerokiej, publicz­ nej dyskusji. Należałoby podczas tej dyskusji ukazać także sprawy nie do zrealizowania na obecnym etapie naszych możliwości gospodar­ czych, które jednak będą mógły i powinny być realizowane w przyszłości. S. GEBETHNER: Można przecież uchwalić ko­ deks pracy „na wyrost". Można powiedzieć szczerze, że uchwalamy kodeks z perspektywą, a pełna jego realizacja jest rozłożona na eta­ py, nawet na dziesięć lat. Jeżeli natomiast przyjmie się zasadę, że dopóki nie mamy mo­ żliwości pełnej realizacji, to chowamy sprawę do szuflady, wówczas z pięciolatki na pięciolat­ kę będzie się ją odkładać. PERSPEKTYWY: Podobnym problemem jest skrócenie tygodnia pracy. Wiadomo, że nie mo­ żemy sobie na to pozwolić, przynajmniej teraz. Ale czy nie należałoby już dziś dać perspekty­ wę wprowadzenia pięciodniowego tygodnia pra­ cy np. w roku 1975 lub 1980. A jeśli się stwo­ rzy odpowiednie warunki ekonomiczne, to nawet wcześniej. To będzie jakiś doping dla ludzi. Lu­ dzie muszą wiedzieć, do czego dążą. Opracowanie: BARBARA GARDOWSKA 9

Strona 10

Korespondencja własna NOWE SŁOWA I STARA PŁYTA OLGIERD BUDREWICZ Ogromna „moda na Polskę" otwierała mi w minionym grudniu wszystkie )*drzwi. Moja droga prowadziła z Bonn i Kolonii do Frankfurtu. W dalszej kolejności miałem polecieć przez Mo­ nachium do Hamburga i z powrotem nad Ren. ŚRODA ,16 GRUDNIA Zima niemiecka bardzo długo zwlekała w tym roku z nadejściem. Na kilka dni przed pierwszym śniegiem sygnalizowała swoje rychłe przybycie gęstą mgłą. Z centrum Frankfurtu do pobliskie­ go Sprendlingen jechało się tego dnia dwa razy dłużej niż normalnie. W końcu samochód stanął pod nowoczesnymi pawilonami szkoły im. Ricardy Huch, gdzie zostałem zaproszony do uczestniczenia w lekcji dla klasy VII i gdzie obiecano następnie zaimprowizować dyskusję o problemach polsko-niemieckich w klasie XII. W Sprendlingen mieszkają przeważnie ludzie zamożni, właściciele przedsiębiorstw, średni i wyżsi urzędnicy, przedstawiciele wolnych zawo­ dów. Sporo przesiedleńców z terenów za Odrą i Nysą. To tutaj, w niedalekim Buchschlag, re­ zyduje ów jegomość, który właśnie procesował się z rządem federalnym o pozbawienie go ■— w rezultacie podpisania układu z Polską — ma­ jątków we Wrocławiu; sąd odrzucił roszczenia, a przy okazji wyszło na jaw, że sprawa inspiro­ wana była przez ziomkostwo Ślązaków. We wła­ dzach gminy Sprendlingen najsilniejsze wpływy mają chadecy. Szkoła jest więc dość elitarna. Uczęszcza do niej ponad 1000 uczniów, pracuje stale 90 nau­ czycieli. Jednym z trzech obowiązkowych języ­ ków jest rosyjski, odbywa się tu także — całko­ wity unikat w NRF! — nauka języka chińskiego. Siadam pod ścianą w VII klasie i obserwuję przebieg lekcji języka niemieckiego. Nie ma ona wiele wspólnego z przedmiotem, ponieważ te­ matem jest wpływ na człowieka współczesnej reklamy. Uczniowie siedzą swobodnie, może za­ nadto swobodnie, przy fantazyjnie rozstawionych stołach. Na ścianach rozlepione są plakaty i strony z magazynów ilustrowanych, w tym zdję­ cia skąpo ubranych dziewcząt. Nauczyciel, 32letni Martin Koch, prowadzi ogólną dyskusję. Uczniowie kolejno zgłaszają się do głosu, pe­ dagog jest jednym z dyskutantów, raz po raz ktoś z nim polemizuje. Koch nie narzuca swo­ jego zdania, stara się dyskretnie naprowadzać na 'prawidłowy kierunek. Zasadnicze pytania brzmią: Czy pozwalamy specjalistom od rekla­ my manipulować sobą? W jakim stopniu jesteś­ my bezmyślnymi odbiorcami? Czy dostrzegamy przesadę i kłamstwa? Mówi się o komiksach, supermanach, proszkach do prania, ale w isto­ cie chodzi o ustalenie stopnia samodzielnego myślenia. Lekcja ma więc szerszy, i chyba po­ żyteczny sens: uodparnia na pustosłowie, de­ magogię, fałsz każdej propagandy, także poli­ tycznej. •) Por. reportaże tego samego autora: „Bonn, gru­ dzień 1970" (Nr 51/52 z 1970 r.) i „Wśród tych stu z Bonn” (Nr 3 z 1971 r.). 10 Pytanie nauczyciela, demonstrującego reklamę sukni maxi: „Jak to się stało, że to się teraz podoba — jeszcze pół roku temu wszyscy by się z tego śmieli?”. Przykład z innej dziedziny: reklama papierosów z rysunkiem lotniska i załogi samolotu; tekst powiada krótko: „Wolność, któ­ rej potrzebuje każdy człowiek, aby żyć". Oczy­ wiście, wolność zdobywa dzięki paleniu papiero­ sów. Koch pozostawia napis, ale obrazek lotni­ ska zamienia na fotografię więzienia i stawia pytanie: czy palenie papierosów ma jakikolwiek związek z takimi tekstami i — co ważniejsze — z takimi ilustracjami? Zadanie do domu: każdy ma zrobić własny montaż reklamy, podstawiając różne obrazy pod różne teksty. Klasa XII ma swoją siedzibę o piętro wyżej. Krótkie, bezceremonialne przywitanie gościa z Polski. Martin Koch pyta: „Co myślicie o Pols­ ce i o podpisanym z nią układzie?" Natychmiast podnosi się kilka rąk do dyskusji. Przez dłuższą chwilę mam wrażenie, że w ogóle mnie nie zau­ ważają — wypowiadają kolejno swoje opinie, młodzieńczo ostre i bezkompromisowe, niekiedy odrobinę naiwne, przeważnie trafne. Raz tylko ktoś pyta, z kim dotychczas rozmawiałem w ich kraju. Gdy między innymi wymieniam nazwisko Straussa, następuje gremialny, szyderczy wy­ buch śmiechu; szkoda, że „król Bawarii” nie może usłyszeć tej reakcji! Notuję niektóre głosy w dyskusji: Cbristine: — „Dla mnie nie stało się nic sen­ sacyjnego z chwilą podpisania układu. W nas dawno już nastąpiła ta zmiana. Nareszcie skoń­ czy się z głupim mówieniem i pisaniem „tak zwana granica na Odrze i Nysie”, „tak zwane Niemcy wschodnie'"... Stefan: — „Moim zdaniem, Christine, nie masz racji. Zmiana historyczna dokonuje się nie wte­ dy, gdy mówią sobie prywatni ludzie, lecz gdy innym językiem zaczynają przemawiać oi, co de­ cydują o polityce". Ruth: — „O tych sprawach nigdy w naszej klasie nie rozmawialiśmy. Szkoda, że szkoła nie docenia znaczenia obiektywnych informacji o tamtych krajach”. Stefan: — „Naszymi głównymi informatorami była nie szkoła, nauczyciele, książki, lecz roz­ maite organizacje typu „Kolorowe Prusy" czy jak ich tam zwą...” Monika: — „A dla nich jedynym programem jest dążenie do wyrzucenia Polaków z ziem nad Odrą". Peter: — „Moi rodzice przybyli z Siedmiogro­ du. Tak naprawdę, to oni nie wierzą w możli­ wość powrotu. Ale biegają na jakieś spotkania, urządzają kolacje, tombole, wspominają. Zawsze zastanawiam się, kto za to płaci? Podobno ciągle jeszcze rząd i to grube miliony”. Martin Koch: — „Myślisz, Peter, że oni nie chcą wracać do Siedmiogrodu?" Peter: — „Jestem tego pewien. Chcieliby naj­ wyżej pojechać tam na tydzień czy miesiąc". Christine: — „To dlaczego pisze się u nas ciągle o powrotach, stale zgłasza pretensje? Dlaczego słyszy się zawsze głos jakiegoś Hupki i jego argumenty?" Peter: — „W naszych książkach szkolnych mówi się o Polakach jak o Apaczach. Mało kto może dowiedzieć się, co ci ludzie dali kulturze światowej, informuje się nas natomiast, że je­ dzą słabo okraszoną zupę. Jeżeli chodzi o histo­ rię, to ja słyszałem o królu Auguście Mocnym, a to pewnie tylko dlatego, że pochodził z Nie­ miec...” Dawno już rozległ się dzwonek na pauzę, a oni jeszcze dyskutują. Jest całkowita i jedno­ myślna akceptacja ostatecznego uregulowania spraw z Polską, wola uznania Niemieckiej Re­ publiki Demokratycznej za niezależne państwo. „To proste — mówią — nie ma o czym dysku­ tować". Należy wątpić, czy te śmiałe, realistycz­ ne poglądy dzieci podzielają wszyscy rodzice. Znamienne jest spięcie między Christine a Mar­ tinem Kochem: — Jak ja byłem w szkole, nie było to wszyst­ ko takie proste. Nie mówiliśmy tak lekko o problemie przesiedleńców — stwierdza 32-letni nauczyciel. — No tak, ale pan jest przecież od nas o wiele starszy... Na koniec wizyty w Sprendlingen, rozmawiam z dyrektorem szkoły, W. Freudlem. Potwierdza różnice w poglądach uczniów i rodziców. Uwa­ ża to za typowe dla niemal całych Niemiec za­ chodnich. Według oficjalnego rocznika staty­ stycznego 1970, we wszystkich szkołach (łącz­ nie z wyższymi) uczy się w NRF 10 506 452 osoby, a duża część tych młodych obywateli skłonna jest poprzeć każdą słuszną i postępową inicja­ tywę polityczną. Dyrektor Freudel słusznie jed­ nak stwierdza: „Pozostaje znaleźć odpowiedź, skąd w tej sytuacji tylu młodych ludzi uczestni­ czy we wszystkich demonstracjach NPD j Aktion Widerstand”. Przy okazji dowiaduję się o różnych proble­ mach szkoły w Sprendlingen. Wielu uczniów narkotyzuje się, głównie pali haszysz; dotych­ czas nie udało się nigdy chwycić dostawców. Inna sprawa: niedawno Freudel dowiedział się o dziewczynie z X klasy, która zaszła w ciążę i postanowiła opuścić szkołę (obowiązek nauki trwa w NRF dziewięć lat). Spotkał ją w sekreta­ riacie: „Co to, podobno wychodzisz za mąż?" — „Ech, tego nie wiem, ale i tak przecież muszę szkołę opuścić..." — „Wcale nie, po prostu po paru miesiącach przewiesz naukę, urodzisz dziecko, pomożemy ci w nadrobieniu zaległości". Dziewczyna rzuciła się dyrektorowi na szyję. Miała szczęście trafić na człowieka, który hoł­ duje nowoczesnym metodom pedagogicznym. CZWARTEK, 17 GRUDNIA Napływają wiadomości o wydarzeniach na pol­ skim Wybrzeżu. Komunikaty oficjalne. Strzępy informacji, oparte na wątpliwych źródłach, głów­ nie relacjach szwedzkich i duńskich dziennika­ rzy prasy rewolwerowej. Ostrożne komentarze poważnych pism i „relacje naocznych świad-

Strona 11

ków" w stylu James Bonda na łamach gazet koncernu Springera. Te ostatnie lansują tezę o ścisłym powiązaniu wypadków w Gdańsku i Szczecinie z niedawno podpisanym układem Polska-NRF. Przy okazji „Bild Zeitung" zamiesz­ cza mapki Polski w przedwojennych granicach, sugeruje jakiś szczególny sens wydarzeń roz­ grywających się „akurat na dawnych terenach niemieckich". Ktoś mówi, że oglądał program telewizji ba­ warskiej, w której komentator wyraźnie powie­ dział, że wypadki w Polsce były wynikiem ukła­ du, że zatem rząd Brandta popełnił kardynalny błąd doprowadzając do tego układu. Ten _ktoś relacjonował to z oburzeniem na tendencyjną propagandę, w dziesięć minut później jednak niespodziewanie zapytał: „Ale chyba te rzeczy nie mają związku z 7 grudnia, jak pan sądzi?...." Springer mógłby zatrzeć ręce! Trzeba stwierdzić, że sporo ludzi stara się oceniać wydarzenia obiektywnie. Reporter notu­ je to ogromne zainteresowanie, ale nie może niestety zajmować się w NRF wyłącznie tym te­ matem. PIĄTEK, 18 GRUDNIA Nadal znikoma ilość informacji z Polski. Za to pięciocentymetrową czcionką drukowane tytuły na pierwszych stronach wieczorówek. W gmachu Radia Heskiego jeden z dziennika­ rzy wyraża obawę, czy wypadki na polskim Wy­ brzeżu rzeczywiście nie zaszkodzą rozpoczętemu dialogowi polsko-zachodnioniemieckiemu. Przy okazji dyrektor Frisć informuje mnie o licznych audycjach na tematy polskie, o planach zorgani­ zowania „Tygodnia Polskiego", o przygotowy­ wanej całogodzinnej audycji pod tytułem „Co to jest ojczyzna" z udziałem m. in. Graasa i Bólla, w której poruszony zostanie problem defini­ tywnej rezygnacji z ziem za Odrą i Nysą. Chodzę po księgarniach we Frankfurcie, prze­ rzucam karty książek szkolnych. Zachęcony opi­ niami wyrażanymi przez uczniów szkoły w Sprendlingen, szukam tematyki polskiej. Mam tak zwane mieszane uczucia. Książki są przeważnie pięknie. wydawane — na dobrym papierze, interesujące graficznie, kolorowe. Z treścią jest rozmaicie. Oto np. podręcznik hi­ storii dla klasy XII „System państwowy i poli­ tyka światowa" (wyd. Ernst Klett, Stuttgart). Na stronie 121 w rozdziale pt. „Wojna w Europie" czytam: „Na początku wojny Polacy zdecydowa­ nie wystąpili przeciw niemieckiej mniejszości; około 7 tysięcy Niemców zginęło. O wiele więk­ sza była liczba Polaków, którzy zabici zostali w czasie działań wojennych i po walkach. ." Tak więc czytelnicy-uczniowie otrzymują precy­ zyjną — choć wyssaną z palca — cyfrę „7 ty­ sięcy" ofiar niemieckich, natomiast dowiadują się, że zabitych przez Niemców Polaków było „o wiele więcej". Uczniowie mają prawo się do­ myślać: 50, może 100 tysięcy?... milionów fan­ tazja im nie podsunie. Pomysłowo zredagowane, k W książce jest też duży rozdział pt. „Opór prze- w ciw Hitlerowi”, natomiast jedno tylko zdanie mó- 11

Strona 12

nowe słowa i stara płyta wi o powstaniu warszawskim w 1944 roku. Naz­ wę NRD podaje się w cudzysłowie. Zamieszcza się opisy i fotografie wysiedlenia Niemców z na­ szych Ziem Zachodnich. Jeden akcent wypada pokwitować z satysfakcją — w podręczniku zna­ lazło się znane zdjęcie Hitlera, pozdrawianego przez fanatyczne tłumy, podpis mówi: „Każda forma masowych spektakli była okazją do krze­ wienia kultu fiihreral Niewielu ludzi uniknęło poddaniu się tej skutecznej propagandzie”. Inna książka szkolna: „Od starożytności do czasów absolutyzmu”, tom I (Wyd. Diesterweg, opr. Fernis i Haverkamp). Na stronie 135 jest rozdział pt. „Kolonizacja Wschodu”. Rozdział ten zaczyna się od zdania: „Kolejnym ważnym dzie­ łem narodu niemieckiego było w średniowieczu włączenie i zagospodarowanie dalszych terenów na wschód od starej granicy rzeszy". Dowiadu­ jemy się następnie, że rolnictwo i „duchowy po­ ziom ludności” stały na tym Wschodzie na „niż­ szym szczeblu rozwoju" i że „podniesienie tych terenów na kulturalny i gospodarczy poziom Za­ chodu było wielką misją". W tym miejscu chciałoby się powiedzieć: skądś znamy już tę płytę o świętej misji narodu niemieckiego... SOBOTA, 19 GRUDNIA Długa rozmowa z Karlem Dedeciusem, jednym z najwybitniejszych tłumaczy literatury polskiej w NRF. Tłumacz ma prawo pochwalić się swy­ mi osiągnięciami, które są także sukcesami li­ teratury polskiej, a ja mam obowiązek to zano­ tować. Z ośmiu znanych krytyków zachodnioniemieckich, zapytanych w 1970 roku, jaką książkę uważa za najciekawsze zjawisko roku, dwóch wskazało „Otwarty poemat" Tadeusza Różewi­ cza. Wiersze zebrane Zbigniewa Herberta spot­ kały się z entuzjastycznym przyjęciem fachow­ ców, twierdzących, że to najlepszy tom poezji ostatniego dziesięciolecia. Wybór polskiej prozy od XIX wieku do czasów współczesnych znaj­ dował się kilkakrotnie na liście bestsellerów pis­ ma „Welt der Literatur". Wszystkie te pozycje — z wyjątkiem „Polskiej Prozy", która była dzie­ łem zbiorowym — przetłumaczone zostały przez Dedeciusa. Niemiecka Akademia Języka i Poe­ zji (Deutsche Akademie fur Sprache und Dichtung) przyznała mu nagrodę tłumaczy, motywu­ jąc swą decyzję słowami: „Jego entuzjazm od­ krył nam nową literaturę polską, cenny wkład do literatury europejskiej". Dedecius mówi o trwającej w NRF modzie na polską literaturę, o niezapomnianych sukce­ sach Stanisława Jerzego Lecą, którego myśli i fraszki do dziś cytują w swych przemówieniach wybitni politycy, o dobrym przyjęciu książki Wie­ sława Brudzińskiego. Słucham następnie intere­ sującego nagrania płyty z deklamacjami polskiej poezji w tłumaczeniu Dedeciusa do muzyki Krzy­ sztofa Komedy. Dyskutujemy na rozmaite tematy, ustalając parokrotnie chwalebną różnicę zdań. Tłumaczowi z Frankfurtu marzy się od dawna zorganizowanie polsko-niemieckiego towarzystwa kulturalnego, gdzie zbierano by książki i gdzie spotykaliby się pisarze i tłumacze obu narodów. Impreza wymaga sporych pieniędzy. Kiedyś przy kieliszku wina obiecał inicjatywę poprzeć finansowo znany bankier, Klaus von Dohrn. Na moją prośbę Dedecius telefonicznie zapytuje Dohrna, czy zgadza się na podanie tego w Pols­ ce do wiadomości, a odpowiedź jest twierdząca. Słowo się rzekło! Klaus von Dohrn zaprasza mnie na dłuższą rozmowę na tematy nie tylko literackie. Spotka­ nie ma dojść do skutku za kilka dni. Frankfurt antypatycznieje z roku na rok, dzię­ ki swojej ostentacyjnej inności staje się w orga­ nizmie Niemiec zachodnich ciałem obcym. Cała okolica kolejowego dworca zmieniła skórę. Skle­ py i przyzwoite lokale usługowe ustąpiły miej­ sca podejrzanym barom, tancbudom, hotelikom. Wieczorami śródmieście, z pryncypialną Kaiserstrasse na czele, opanowuje półświatek. Prasa donosi co dzień o rozprawach bandyckich, na­ padach na przechodniów, handlu narkotykami. Miasto jest także ośrodkiem wielkich interesów, siedzibą międzynarodowych koncernów, jednym z najważniejszych w Europie węzłów komunika­ 12 cji lotniczej. Podobnie jak w Bonn, Kolonii, Mo­ nachium i Hamburgu, również we Frankfurcie wybuchła epidemia przebudowy centrum, drąży się tutaj tunele metra, przejścia podziemne, kła­ dzie się nowe jezdnie, co w sumie sprawia, że miasto jest dokładnie rozbebeszone i trudne do przebycia. Pokonawszy przeszkody naziemne, docieram do kawiarenki na spotkanie z Jurgenem Ternem, wybitnym dziennikarzem zachodnioniemieckim, który do niedawna był jednym z szefów wiel­ kiej gazety „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Tern, odległy od poglądów lewicowych, od lat głosił konieczność ostatecznego uregulowania spraw z Polską. Po dojściu do władzy rządu Brandta, poparł piórem jego politykę wschodnią. W końcu maja 1970 roku, pod jakimś preteks­ tem, usunięto go z „FAZ”. Całe środowisko dziennikarskie wie doskonale, że była to dymi­ sja polityczna. Z odejściem Terna’, „FAZ” wy­ raźnie posterował na prawo. W tym miejscu na­ leży odnotować, że nie Ijest to bynajmniej fakt odosobniony — od roku opozycja przystąpiła do generalnej ofensywy na środki masowego prze­ kazu, opanowując wiele gazet (np. liberalny „Kólner Stadtanzeiger") oraz stacji radiowych. Czołową rolę odgrywa tu Axel Springer i jego rakowato rozrastający się koncern, ale działa także rodzina dawnego kanclerza Adenauera. Tern — starszy, rozgoryczony człowiek — pracuje obecnie głównie dla Radia Heskiego, gdzie jego program nadany 6 grudnia („Pojed­ nanie”) spowodował — o czym mi mówił przedtem dyrektor Frisó — prawdziwą lawinę korespondencji. Tern nie wahał się wrócić do przeszłości, do „fizycznych tortur”, które stoso­ wali Niemcy w okupowanej Polsce. Wezwał do zakończenia epoki wrogości i nienawiści, do rozpoczęcia współpracy kulturalnej i gospodar­ czej. Tern powiada: „Są w Niemczech ludzie, których interesuje tylko władza i pieniądz — każde zagrożenie stanu posiadania odparowują, nie oglądając się na ofiary. To brzmi jak truizm, ale trzeba o tym ciągle mówić.” WTOREK, 22 GRUDNIA Kiedy się jeździ po miastach Niemiec zachod­ nich, stwierdza się, że jest to jedyne bodaj pań­ stwo na świecie, które nie ma stolicy. Formal­ nie rzecz biorąc, jest Bonn stolicą. Ale pod wie­ loma względami centrum władzy stanowi Frank­ furt czy Kolonia. Wiele ośrodków dyspozycyj­ nych mieści się w Hamburgu, Monachium czy nawet w Dusseldorfie. Większość wpływowych polityków trzyma się wszakże Bonn i jej najbliższych okolic. Nieduża willa Richarda von Weizsackera stoi gdzieś na pograniczu Bonn ,i Bad Godesberg. W domu odbywają Się właśnie nerwowe przygotowania do Gwiazdki, moja wizyta nie wypada więc w najlepszym momencie. Pomimo to jestem po­ godnie przyjęty przez gospodynię i nawet cał­ kiem przytomnie witają mnie — podnieceni oczekującymi ich prezentami — trzej synowie i córka. Rozmowa ma charakter towarzyski, ale dys­ kretnie robię notatki. Weizsacker, z którym zna­ my się już z Warszawy i Kolonii, powoli, z licz­ nymi dygresjami, kreśli swój pogląd na aktualną sytuację polityczną. Na razie więc — mówi — dyskusje cofnęły się za kulisy. Punkt ciężkości spoczywa na sprawie Berlina. „Rząd musi być tutaj twardy, jeżeli chce potem głosów popar­ cia w parlamencie. Opozycja wykorzysta każdą jego słabość. Będzie obserwować, czy nie dzia­ ła pod przymusem”. Weizsacker ubolewa, że w tych historycznych chwilach panuje atmosfera złej nerwowości. Że właśnie teraz, gdy decydują się istotne sprawy polityki wschodniej, odbywa­ ją się nieustanne wybory do krajowych parla­ mentów i dochodzi do wiecznych napięć j prób sił; w marcu takie wybory odbędą się w Berli­ nie zachodnim. Weizsacker powiada, że rządowi Brandta powinno dać się „chwilę oddechu", mo­ żność spokojnego działania. Gospodarz zwraca uwagę, że Berlin jest pier­ wszym problemem w polityce wschodniej rządu NRF, gdzie współdecydującymi siłami są wielkie mocarstwa. „A Zachód jest ostrożniejszy od Brandta". Dodaje też: „Jestem przekonany, że gdyby rząd zdecydował się uznać Berlin za trzecie państwo niemieckie, jego dni byłyby po­ liczone". „Czy miałby wtedy większość opinii publicz­ nej przeciwko sobie?” — pytam. — „Społeczeń­ stwo zachodnioniemieckie po raz pierwszy po wojnie stoi przed poważną próbą swojej doj­ rzałości. Ludzie byli dotychczas zajęci odbudo­ wą i tworzeniem lepszego życia. Nikt jednak nie potrafi przewidzieć reakcji większości mieszkań­ ców NRF. Społeczeństwo jest niezdecydowane. W, tej sytuacji odpowiedzialność opozycji jest ogromna”. Zdaniem Richarda Weizsackera, niedobrze się dzieje, że za przeszłość płacą tylko Niemcy zza Odry ,j Nysy. Uważa, że trzeba wzmóc poczucie odpowiedzialności całego narodu za skutki wojny. Weizsacker, podobnie jak większość działaczy ęDU/CSU, dostrzega w traktatach z ZSRR i Pol­ ską przede wszystkim wzmocnienie pozycji Związku Radzieckiego w Europie, a wszystkie inne konsekwencje układów temu przekonaniu podporządkowuje. Jest jednak o wiele bardziej liberalny niż jego koledzy z Unii, bo nie tylko domaga się „spokoju dla działalności rządu", ale też mówi: „Z praktycznymi krokami zbliże­ nia nie powinno się czekać do ratyfikacji ukła­ dów. Trzeba już teraz rozszerzać kontakty gos­ podarcze, religijne i kulturalne. Do Polski po­ winni udać się jak najliczniej również przeciw­ nicy traktatu". Na kolacji obecny jest także Konrad von Hammerstein, jeden z uczestników Ruchu 20 Lipca, więzień gestapo. Przedwcześnie postarza­ ły, zniszczony człowiek. Po raz pierwszy w ży­ ciu spotykam uczestnika antyhitlerowskiego pod­ ziemia niemieckiego, co stanowi w podróży re­ portera po Niemieckiej Republice Federalnej wydarzenie prawdziwie sensacyjne. Podobnie za­ reagowałbym pewnie na widok żubra w zagaj­ niku nad Renem. Z książki „Tych stu z Bonn" przepisuję nie­ które dane biograficzne Richarda Weizsackera. Urodzony w roku 1920, adwokat. Zalicza się go do „kierujących głów CDU". Brat wielkiego fizyka i filozofa, Carla Friedricha von Weizsac­ kera. Jego pradziadek był kanclerzem uniwersy­ tetu w Tybindze i tłumaczem Biblii. Dziadek był premierem Wirtembergii. Ojciec, zawodowy dy­ plomata od 1920 roku, dosłużył się rangi sekre­ tarza stanu w ministerstwie spraw zagranicz­ nych pod kierunkiem Ribbentropa. Richard stu­ diował w Getyndze, Oxfordzie i Grenoble. Ucze­ stniczył w obronie ojca, współoskarżonego w „Procesie Wilhelmstrasse" w Norymberdze. Pra­ cował na kierowniczych stanowiskach w prze­ myśle i bankowości. Od 1964 roku był prezy­ dentem Ewangelickiego Kirchentagu. Poseł do Bundestagu. W maju 1968 roku Helmut Kohl wy­ sunął jego kandydaturę na stanowisko prezy­ denta Niemieckiej Republiki Federalnej, ale ostatecznie kandydatem Unii został Schróder. Czasopismo „Christ und Welt” nazwało go „człowiekiem bez kliszy”. W domu Weizsackerów znajduje się piękny zbiór ikon, który każdy gość ma obowiązek do­ kładnie obejrzeć i wyrazić swój podziw. Wieczorne wydania dzienników donoszą o skazaniu Stangla, kata Treblinki, na dożywotnie więzienie. Reinefahrt, ludobójca z Warszawy, żyje nadal spokojnie w Szlezwiku-Holsztynie. Z pięciu osób, które o niego pytałem, cztery w ogóle nie wiedziały, kto to jest. BRODA, 23 GRUDNIA Informacje o nowym kierownictwie w Polsce. Fotografie Edwarda Gierka. Życiorysy. Fala spe­ kulacji o „układzie sił”. Wybijanie tego zdania z przemówienia I sekretarza, w którym mówi on o układzie z Niemiecką Republiką Federalną: „Tylko ZSRR i NRF zostały wymienione po imieniu". OLGIERD BUDREWICZ W NASTĘPNYM REPORTAŻU: CO WYŚMIEWA KABARET POLITYCZNY W MONACHIUM — W PAŃSTWIE SPRINGERA — ROZMOWA Z BANKIEREM.

Strona 13

EWG Prawie jak za de Gaulle a WOJCIECH BUKOWSKI Sytuację w Europejskiej Wspól­ nocie Gospodarczej na przełomie lat 1970 i 1971 charakteryzuje no­ wy kryzys, który wybuchł na tle załamania się jej grudniowej sesji Rady Ministerialnej (14 i 15 grud­ nia). Trzeba jednak natychmiast dodać, że kryzys ów jest dla EWG zjawiskiem niemal normalnym, nie zmieniającym w niczym tego, iż Wspólny Rynek jest już faktem, czy raczej procesem nieodwracalnym. Godzi się więc na wstępie uczy­ nić dwie dość zasadnicze uwagi: — po pierwsze: trzynastoletnia historia EWG dowodzi, że postępy w integracji tego bloku (Francja, NRF, Włochy, Belgia, Holandia i Luksemburg) osiągano w drodze okresowych i niekiedy jakże cięż­ kich „maratonów”, „zatrzymywania wskazówek zegara", zrywania kon­ ferencji i rozchodzenia się nawet przy hałaśliwym trzaskaniu drzwia­ mi. Potem jednak następowały no­ we spotkania w Brukseli czy Luk­ semburgu, po których dowiadywa­ liśmy się, że osiągano kolejne po­ rozumienia, stanowiące poważny postęp w integracji bloku i tzw. szóstki; — po wtóre: przedmiotem obec­ nego kryzysu są sprawy odnoszące się do przyszłości, a więc do dalszego rozwoju integracji i ewentualnego rozszerzania EWG, nie zaś do przeszłości, czyli nie może być mowy o kryzysie zagra­ żającym istnieniu bloku. Stąd niech nikt nie oczekuje, że ostry kurs w polityce handlowej tego bloku stę­ pieje i że przestaną tam łupić nasz eksport wysokimi opłatami wyrów­ nawczymi, 'które wykończyły już wiele naszych dostaw do państw EWG, a w innych spowodowały wysokie straty cenowe. Natomiast perspektywa dalszego pogorszenia warunków naszego eksportu mogłaby zostać nieco od­ sunięta. TARGI O TANIĄ WEJŚCIÓWKĘ Bernard Shaw zapytał pewnego razu wielce dystyngowaną lady, czy również damy wielkiego świata są sprzedajne? Mocno ofuknięty, nie zaprzestał dociekań: — Niech pani tylko pomyśli, gdybym za jedną noc ofiarował pani 10 milionów funtów szterlingów, to przecież taka 'suma, w tym zepsutym świecie, zapewni­ łaby pani wielki szacunek i powa­ żanie, a także w pełni urządziła finansowo. — Wówczas zgodziła­ bym się — odparła dama z miną gotowości na wszystko. — A gdy­ bym — powiedzmy — dał pani 10 szylingów? — Pan jest draniem i łotrem. — Powoli, powoli droga pa­ ni — ciągnął Shaw z niezmąconym spokojem. — Wspólnie doszliśmy już do wniosku, że za pieniądze — tak. Teraz wypadałoby jeszcze ustalić ostatecznie, za ile? Cenę za zgodę na to, aby móc wstąpić do wspólnorynkowej łoż­ nicy, usiłuje ustalić w rozmowach z EWG brytyjski negocjator Geoffrey Rippon. Do złudzenia przypo­ mina on Bernarda Shaw. Lady (w tym wypadku wspólnota sześciu) zgodziła się już, że tak i że — oczywiście — za pieniądze. Ale la­ dy się droży — wejściówka ma bardzo drogo kosztować. A że Lon­ dyn nie ma pieniędzy, więc Rip­ pon targuje się zawzięcie i zaczy­ na od „a gdybym dał 10 szylin­ gów?" Według obliczeń Londynu, jeśli­ by W. Brytania miała się stosować w pełni do postanowień finanso­ wych EWG, to musiałaby wpłacać każdego roku do kas Wspólnego Rynku sumę rzędu 1 miliarda 375 min dolarów (95 proc, z tego prze­ znacza się na politykę rolną). Jest to o wiele za dużo, by takim cię­ żarom mógł podołać brytyjski bi­ lans płatniczy. Stąd Rippon wije się jak piskorz i przedstawia coraz to nowe propozycje. Aby mieć ob­ raz stanowiska W. Brytanii, godzi się przedstawić jej postulaty w ca­ łości: — W. Brytania stanie się pełno­ prawnym członkiem EWG i od ra­ zu uzyska pełny głos w podejmo­ waniu wszelMch decyzji; przyjmu­ je się powszechnie, że winno to nastąpić w 1973 roku; — udzieli się jej 5-letniego okresu przejściowego, w którym wprowadzono by w szybkim tempie korzystne dla Londynu obniżki cel w obrocie artykułami przemysłowy ­ mi, a stosowanie uciążliwych opłat wyrównawczych w obrotach artyku­ łami rolnymi odroczono by na póź­ niej, bez podawania uściśleń, w ja­ kim terminie miałoby to nastąpić; — a płacić, to Rippon zamierza znacznie mniej, niż wynikałoby z przytoczonych obliczeń. Według niego, wkład brytyjski do budżetu poszerzonej do 10 członków wspól­ noty podniósłby się w owym okre­ sie przejściowym z 13 do 15 proc, (a nie 31 proc., jak wynikałoby ze ścisłego stosowania postanowień EWG). Przy niskim budżecie po­ szerzonego Wspólnego Rynku wkład brytyjski wyniósłby tylko 72 min doi., a pod koniec okresu przejściowego mógłby wahać się od 336 do co najwyżej 432 min dolarów. Ale to nie wszystko, bo Rippon chce jeszcze w sprawach finanso­ wych dodatkowego trzyletniego okresu „ulgowego" (a więc w sumie 8 lat). W tym czasie Wkład brytyj­ ski pozostałby na niezmienionym poziomie 15 proc, i obowiązywała­ by jeszcze klauzula wyjątkowa, po­ zwalająca na pełną rewizję wyso­ kości brytyjskich świadczeń finan­ sowych, gdyby Londyn miał trud­ ności w równoważeriiu swego bi­ lansu płatniczego. Inaczej mówiąc, dopiero po 8 latach można byłoby ewentualnie myśleć o pełnym udziale partnera zza kanału La Manche w budżecie współnorynkowym. Można nie wątpić, że wejście do EWG na takich warunkach byłoby z pewnością korzystne dla W. Bry­ tanii. Same zyski z obniżek ceł, a później z ich zupełnego zniesienia w obrocie z poszerzonym do 10 państw blokiem EWG przewyższy­ łyby z pewnością obliczony przez Rippona wkład budżetowy. W su­ mie więc Rippon daje konkretne kwoty jedną ręką, drugą zaś prag­ nąłby wyciągnąć znacznie więcej. I za to już od pierwszej chwili przyjęcia chce W. Brytania mieć pełne prawo głosu w podejmowa­ niu decyzji w EWG, z których naj­ ważniejsze muszą zapadać jedno­ głośnie, a więc delegaci Londynu mieliby od razu prawo weta. Na pewne ustępstwa — ale w każdym razie nie takie, jakich żą­ da Rippon — zgodziłyby się Niem­ cy zachodnie, Włochy, a zwłasz­ cza Holandia, pragnące — każdy z innych względów — widzieć W. Brytanię wewnątrz Wspólnego Ryn­ ku. Na'ich poparcie liczy szczwany lis Rippon, który — jak to pod­ szeptuje uspokajająco londyński „Times" — miał wysunąć swe tezy w formie projektu do dyskusji w przyszłych konkretnych już rokowa­ niach. Można sobie -wyobrazić, że Fran­ cuzi dostają dosłownie pokrzywki, słuchając Rippona. Zaryzykowaw­ szy — nie po raz pierwszy zresz­ tą — konfrontację z pozostałą piąt­ ką państw EWG, Francuzi domagają się w sposób jak najbardziej sta­ nowczy, by Londyn równolegle i w jednakowym stopniu przejmował na siebie aktywa, jak i pasywa przyna­ leżności do EWG. Powołują się oni na wcześniejszą uchwałę EWG o przyznaniu W. Brytanii 5-letniego okresu przejściowego i poza to nie zamierzają w ogóle wychodzić. Stanowisko delegacji Paryża oka­ zało się tak nieugięte, jak za naj­ lepszych czasów de Gaulle’a i przesądziło o zupełnym niepowo­ dzeniu pierwszej części grudniowej sesji Rady Ministrów EWG, kiedy to omawiano sprawę „geograficz­ nego rozszerzenia" Wspólnego Ryn­ ku przez przyjęcie doń W. Bryta­ nii, Danii, Irlandii i Norwegii. FALSTART UNII „Ultrasi" integracyjni oczekiwali z napięciem grudniowej.i ostatniej w ub. roku Rady Ministrów. Po wcześniejszych nieudanych próbach stanowiła ona już jedyną szansę, by puścić w ruch nową i wielką machinę dalszego zacieśnia­ nia integracji. Jest nią 10-letni pro­ gram tworzenia unii walutowej i gospodarczej państw EWG, która miałaby już stanowić jak najbar­ dziej realną podstawę do powsta­ nia „Stanów Zjednoczonych Małej Europy", do czego nieugięcie dą­ żą integracjoniści. I właśnie zagadnieniom owej unii walutowej i gospodarczej poświęco­ no drugą część grudniowej sesji Rady Ministrów EWG. Podobnie jak w pierwszej, tak samo w drugiej części obrad bruk­ selskich można było nadal widzieć Francuzów w samotnej konfronta­ cji z „piątką". Niemalże w izola­ cji, stawiali opór jej żądaniom na­ tychmiastowego utworzenia ponad­ narodowych władz ekonomicznych z siedzibą w Brukseli po to, aby mogły się one zająć sterowaniem procesami tworzenia wspomnianej unii walutowej i gospodarczej. Tu odegrała swą rolę skrajna niechęć Francji do wszystkiego, co ponad­ narodowe, i co — trącąc jakąś formą powstawania państwowych struktur federalnych — przekreśla­ łoby głośną koncepcję de Gaulle’a o utrzymaniu „Europy ojczyzn". Ale też owa „piątka” dowiodła, swej stanowczości. Nie. przyjęła francuskiego punktu widzenia suge­ rującego, aby pierwszą i trzyletnią fazę 10-letniego programu unii wa­ lutowej rozpocząć wprawdzie już od 1 stycznia 1971 roku, ale bez po­ dejmowania zobowiązań co do po­ wstania w przyszłości owych władz ponadnarodowych i do przekaza­ nia im części swych suweren­ nych uprawnień gospodarczych. O ile Brytyjczycy patrzyli nader niechętnie, jeśli nie wręcz wrogo na twarde stanowisko Francuzów w kwestii przyjęcia Anglii do Wspól­ nego Rynku, o tyle z całym ser­ cem i werwą przyklaskiwali im, gdy delegaci Paryża torpedowali możli­ wość zapoczątkowania realizacji unii walutowej i gospodarczej. Prze­ cież owa unia oznaczałaby również dla rządu w Londynie konieczność wyrzeczenia się części swych praw suwerennych na rzecz władz po­ nadnarodowych, których decyzjom trzeba byłoby się później podpo­ rządkowywać. Rozpatrując tylko wąskie sprawy walutowe, oznacza­ łoby to np., że niegdyś dumna lon­ dyńska City — uchodząca w swo­ im czasie za dyktatora w sprawach finansowych co najmniej połowy świata — straciłaby całkowicie ja­ kąkolwiek swobodę działania i mu­ siałaby czekać na to, co powie Bruksela. I co jeszcze gorsze — funt szterling musiałby przestać być międzynarodową walutą rezerwową i stracić wszystkie przywileje, jakie z tego tytułu posiada nadal na równi z dolarem. Zamiast tego miałby się stać takim samym pie­ niądzem narodowym jak lir włoski, frank francuski, marka zachodnioniemiecka lub gulden holenderski. Londyn zaś stałby się prowincjo­ nalnym ośrodkiem finansowym tyl- 13

Strona 14

Miejska guerilla 12 stycznia br. władze brazylijskie odesłały do Chile 70 więźniów poli­ tycznych w zamian za uwolnienie szwajcarskie­ go ambasadora, Buchera, porwanego przez bo­ jowników partyzantki miejskiej. Ta forma wal­ ki, charakteryzująca ruch rewolucyjny w krajach Ameryki Łacińskiej, wy­ wołuje wiele kontrower­ syjnych sądów. Z rozmo­ wy z Brazylijczykiem, Po­ lakiem z pochodzenia, który brał czynny udział w akcjach „guerilleros”, dowiadujemy się o zało­ żeniach i praktyce par­ tyzantki miejskiej. iedy 11 K czerwca ub. r. porwano w Rio ambasa­ dora NRF Ehrenfrieda von Hollebena, byłam akurat w Brazylii. Prasa, telewizja, radio wciąż po­ dawały informacje o szczegółach porwania ambasadora, o pogrze­ bie zastrzelonego policjanta, li­ stach przekazywanych przez po­ rywaczy. Zamieszczono też mani­ fest grupy partyzanckiej im. Juare­ za Brito, która dokonała porwa­ nia. Wreszcie podano, że rząd brazylijski zgodził sią wymienić za ambasadora NRF 40 więźniów po­ 14 litycznych i odesłać Ich do Algie­ rii. Mam w swoim prywatnym aę chiwum stronę dziennika „O Estado de Sao Paulo", na której opu­ blikowano zbiorową fotografię owych czterdziestu oraz krótkie ich biografie. Z jednej wynikało, że pośród aresztowanych znajduje się niejaki Ladislas Dowbor zwany „Nelsonem", „uczestnik, zlecenio­ dawca i wykonawca” aktów dywer­ syjnych w Sao Paulo, wymieniony na liście przez partyzantów jako Ladislas Dexber. W ten sposób po raz pierwszy zetknęłam się z nazwiskiem Wła­ dysława Dowbora. Bezpośrednie spotkanie z nim miało miejsce... W każdym razie odbyło się nie­ dawno. Władysław Dowbór, syn Włady­ sława i Zofii Dowborów, urodził się 12 marca 1941 r. w Sao Pau­ lo i choć dobrze mówi po polsku, uważa się za Brazylijczyka. Szko­ łę podstawową i średnią ukończył w Sao Paulo. W roku 1964 wyje­ chał do Szwajcarii i ukończył stu­ dia ekonomiczne na uniwersytecie w Lozannie, gdzie przez krótki okres pracował jako asystent. W ro­ ku 1968 wrócił do kraju, do Bra­ zylii. Przez Paryż... Początki — Właśnie w Paryżu przyłączy­ łem się do VPR — Vanguarda Po­ pular Revolucionaria — rozpoczy­ na opowieść Dowbór. — Były to same początki tej nie nazwanej jeszcze wówczas organizacji, któ­ ra powstała z połączenia MNR (Movimento Nacional-Rewolucionario), grupy składającej się z ekswojskowych, oraz grupy POLOP (Politica Operaria), złożonej z b. członków PCB (Komunistycznej Partii Brazylii), którą grupa ta opuściła już w 1961 roku. — Jakie były motywy twojej .de­ cyzji? — Przez jakiś czas, u schył­ ku rządów Joao Goularta, a więc na początku roku 1964, pracowa­ łem jako dziennikarz w Nordeste, na północnym wschodzie. Wówczas to brałem udział w kampanii wal­ ki z analfabetyzmem. Wtedy po­ znałem warunki, w jakich żyje północ Brazylii. Dlatego wstąpiłem do VPR. — Byłeś jednym z przywódców organizacji? — Od listopada 1968 r. w Sao Paulo. Rozmawiała ELŻBIETA DZIKOWSKA — Cofnijmy się może do po­ czątków ruchu partyzantki miej­ skiej w Brazylii... — Od roku 1964 do 1968 nie istniał właściwie żaden ruch prze­ ciwko dyktaturze. Zdelegalizowana PCB nie miała wówczas siły. Przez te cztery lata zastanawiano się, jak powołać do życia lewico­ wą opozycję, posługującą się le­ galnymi metodami walki. I wtedy, na początku 1968 r., eks-sierżant Onofre Pinto, usunię­ ty z armii w roku 1964 za lewico­ we przekonania, założył VPR. Kil­ ka tygodni później powstała ALN — Accion Libertacao Nacional — Carlosa Marigheli. Zrazu mieliśmy nie tyle program, ile antyprogram, zakładając koniec legalnych form walki. Doszliśmy też do wniosku, że jedynym sensem walki w opo­ zycji jest „łuta armada” — walka Zbrojna. Czytaliśmy Debraya. Trze­ ba — postanowiliśmy — znaleźć broń i pieniądze w mieście, aby rozwinąć „foco” na wsi, a więc zorganizować regularną, wiejską guerillę. Tak było na początku. Potem jednak, na podstawie wła­ snego doświadczenia, a także do­ świadczenia urugwajskich „Tupamaros", doszliśmy do wniosku, że walka w mieście ma ogromną, rze­ czywistą siłę. Mieliśmy dwa se­ ktory: polityczny i bojowy. Uzna­ liśmy, że w warunkach dyktatury i terroru sektor polityczny nie ma w mieście wielkiego znaczenia w przeciwieństwie do konkretnych akcji, które od razu wykazały, że istnieje opozycja, zdobywając nam rzesze nowych zwolenników. — I ty byłeś w grupie bojowej... — Tak. Przez cały rok 1968 nie liczyła ona w Sao Paulo więcej niż 14 członków. Tak było bez­ pieczniej. Później zorganizowali­ śmy się w ogóle systemem pira­ midalnym: VPR składała się z „unidade de combate” (jednostek walki), liczących najwyżej do 15 osób. Każda grupa musi być sa­ mowystarczalna materialnie, mieć własny wywiad, lekarza i „sektor ciężki", ten. który przeprowadzał akcje. Dzięki tej decentralizacji mogła „wpaść” tylko jedna grupa, nie było bowiem ogniw pośrednich, tylko dowódca każdej „unidade de combate" miał łączność z cen­ trum. — A więc walka w mieście sta­ ła się celem samym w sobie? — Nie. Miała tylko stworzyć podwaliny walki na wsi. Strategicz­ nie ważniejsza jest walka na wsi, choć historycznie najpierw wybu­ chała w miastach. Do walki na wsi trzeba było utworzyć most: miasto-wieś. Potrzebne było też szkolenie, którego terenem stała się Dolina Ribeira. — Jakie inne prócz VPR orga­ nizacje partyzantów miejskich działają w Brazylii? — Najistotniejsze są: VPR, ALN, GOLINA (Commando de Liberta­ cao Nacional), MR-8 (Movimento Revolucionario — 8 de outubro, a więc nazwa związana z datą śmierci Che Guevary), MRT (Movimento Revolucionario Tiradentes — od nazwiska narodowego boha­ tera Brazylii). Dwaj słynni przywódcy ALN Carlos Marighela i jego następ­ ca, Camara Ferreira, zwany „To­ ledo", już nie żyją. Na czele VPR stoi Carlos Lamarca. Ukończył szkołę wojskową, był oficerem. W roku 1964 kazano mu torturować więźniów w Porto Alegre. Odmó­ wił i zaczął być źle widziany w armii. Przeniesiono go na komen­ danta koszar w Ouitauna, niemal na przedmieściu Sao Paulo. Miał z nami kontakty już w roku 1968, trenowaliśmy w tych koszarach. Kpt. Lamarca był najlepszym strzelcem Brazylii. Toteż kiedy za­ częliśmy napadać na banki, je­ mu właśnie polecił rząd przeszko­ lenie kasjerów i kasjerek. Całą prasę obiegło zdjęcie kpt. Lamar­ ca, pokazującego pięknej kasjer­ ce, jak należy strzelać z mausera, który, notabene, znajduje się dziś w naszych rękach. To samo zdję­ cie raz jeszcze zamieściła prasa, kiedy najlepszy strzelec Brazylii otwarcie przeszedł na naszą stro­ nę, opuszczając w łutym 1969 ro­ ku koszary Ouitauna wraz z cię­ żarówką, na którą załadował 63 karabiny maszynowe, amunicję i granaty. Halle da Ribeira Lamarca — I to właśnie Lamarca zorga­ nizował później obóz ćwiczebny w Valle da Ribeira? — Tak. W szkoleniu brali udział nie tylko członkowie VPR, ale i innych grup. Ćwiczenia rozpoczę­ ły się w styczniu 1970. Chodziło

Strona 15

Brazylia 4 * o przystosowanie się do warunków życia w lesie, o zżycie grupy, sprawdzenie wytrzymałości fizycz­ nej, wyeliminowanie tych, którzy się do walki nie nadają. Nie było przymusu — jeśli ktoś się nie „sprawdził", a nie każdy prze­ cież mógł wytrzymać tak ciężkie warunki i ogromne, osobiste ry­ zyko, pozwalaliśmy mu odejść, zrywając wszelkie kontakty. I otóż przez przypadek aresztowany zo­ stał w Sao Paulo jeden z takich ludzi, usuniętych z Doliny Ribeira. Torturowany, powiedział o obo­ zie. Do wałki z grupą, która liczyła zrazu 18 osób — później jednak 10 wróciło do miasta i zostało tylko 8 — skierowano oddziały wojska w liczbie 20 tys. żołnierzy, śmigłowce i samoloty, które zrzu­ cały napalm, bombardując zwła­ szcza brzegi rzek. Walka trwała od 21 kwietnia do 31 maja. Jej rezultaty? Ujęto czterech party­ zantów; dwóch, którzy zagubili się na skutek złego funkcjonowania radia, jednego, który był ranny i ukrył się, lecz po trzech dniach znalazło go wojsko, i jednego, który pośliznął się w wąwozie i spadł prosto na żołnierzy. To na­ sze straty, przy czym wszyscy czterej znajdują się już na wolno­ ści — wymienieni za ambasado­ ra Hollebena. (Ambasadora NRF uprowadziła zresztą później ta sa­ ma grupa, której udało się wyjść z okrążenia.) Po stronie rządowej zginęło około 150 żołnierzy, w tej liczbie 140 w walkach bratobój­ czych. Sześciu naszych towarzy­ szy zagarnęło samochody i prze­ brało się w oficerskie mundury (wyjściowe. Żołnierze wiedzieli, że partyzanci są w mundurach, toteż gdy napotkali jakiś nieznany od­ dział w lesie — strzelali. Było to dla nas bardzo ważne doświadczenie, okazało się bo­ wiem, że potrafimy radzić sobie w trudnych warunkach z tak przewa­ żającymi siłami wroga, a poza tym — że mamy sojuszników w ludności wiejskiej, która nas po­ parła. Inne akcje zabierając jego ochronie 9 kara­ binów maszynowych. W lipcu te­ goż roku wysadziliśmy w powie­ trze gmach sztabu I Armii w Sao Paulo. Jeden z generałów powie­ dział wcześniej — w związku z poprzednią akcją — że atakuje­ my tylko chorych, ale „niech tyl­ ko odważymy się przyjść do nie­ go...". Skorzystaliśmy z zaprosze­ nia. Napełniliśmy ciężarówkę dy­ namitem i — zablokowawszy kie­ rownicę, aby nie skręciła, puści­ liśmy ją, wykorzystując spadek uli­ cy, wprost na sztab. Akcję prze­ prowadzono w nocy, aby nie było ofiar w ludziach. Zginął tylko je­ den strażnik. Wybuch zdemolował cały gmach, łącznie z fundamen­ tami, tak że musieli stawiać go od nowa. naj­ — W czerwcu 1968 r. zajęliśmy szpital wojskowy w Sao Paulo, Porwanie — W jakiej z większych akcji brałeś osobiście udział? — Miał miejsce w końcu 1968 roku. To był amerykański major, który przyjechał z Wietnamu, aby organizować w Brazylii CCC — Comando de Casa os Comunistas, Oddział Polowania na Komuni­ stów. Jego śmierć oznaczała ko­ niec tej organizacji. — Choćby w uprowadzeniu ja­ pońskiego konsula w Sao Paulo, Nobuo Okuchi. Związane to było z aresztowaniem naszego towarzy­ sza — Mario — zresztą japońskie­ go pochodzenia. Dowiedzieliśmy się, że policja go wykańcza. Jak go odbić? W Sao Paulo mieszka bardzo dużo Japończyków, jeśli porwiemy popularnego wśród nich konsula, będą wywierać presję na rząd. A chodziło nam o czas, że­ by Mario opuścił więzienie żywy. Akcja została zorganizowana bar­ dzo szybko. Ja miałem jeden sa­ mochód, ALN pożyczyło nam dru­ gi, MRT dało dwóch ludzi, a REDI (Resistencia Democratica) — dom. Zabraliśmy konsula z cen­ trum miasta, sprzed gmachu po­ licji federalnej. Wiedzieliśmy, że ma tędy przejeżdżać wieczorem. Część ulicy była zamknięta z po­ wodu robót drogowych. Zdjęliśmy w ostatniej chwili informujący o nich znak, a gdy wjechał w nią samotny samochód konsula — za­ blokowaliśmy go Volkswagenem i kazaliśmy przesiąść się, tłumacząc zresztą, dlaczego zostaje porwany. zamach na — Jak przedstawia się sprawa waszych akcji — nazwijmy to ekspropriacyjnych? — Napadaliśmy na banki, na sklepy z bronią. Niekiedy i na domy prywatne, jeśli było to i po­ litycznie uzasadnione, jak w wy­ padku napadu na dom byłego gu­ bernatora Sao Paulo i b. kandy­ data na prezydenta, Adhemara de Barros. To multimilioner, słynny z korupcji. Reżim wojskowy odsunął go od władzy politycznej, ale ma­ jątek Barros zachował. Z jego pa­ łacyku w Rio, przebrani w mun­ dury wojskowego wywiadu i za­ opatrzeni w papier z pieczątką prezydenta Garrastazu Medici, któ­ ry jakoby polecił nam przeprowa­ dzić rewizję — zabraliśmy kasę ważącą 300 kg. Znajdowało się w niej 2 400 000 dol„ a była to jedna z 17 kas należących do Barrosa. O tej akcji prasa milcza­ ła, dopiero magazyn „Veja", po upływie sześciu miesięcy, poinfor­ mował o niej społeczeństwo. Oso­ by wysoko postawione w hierar­ chii rządowej wołały nie ujawniać, że de Barros rozporządza wciąż takim majątkiem. — Niespełna 20 doi. O połowę mniej niż wynosi najniższa usta­ wowo pensja w Sao Paulo. — Pragnę podkreślić, że my wiele go to obchodzi. Dopiero jak porwiemy dyplomatę — zaczyna się larum i oczy świata zwraca­ ją się ku Brazylii. Wtedy też moż­ na zobaczyć, w jakim stanie uwal­ niani są nasi towarzysze, zaświad­ cza zresztą o tym komisja lekar­ ska. Zawsze też, oprócz uwolnie­ nia więźniów, domagamy się za­ mieszczenia w prasie oraz ogło­ szenia przez radio i telewizję na­ szego manifestu piętnującego dy­ ktaturę i prezentującego nasz pro­ gram reform społecznych. Więzienie i tortury kpt. — A głośny Chandlera? — W jakim jednak celu potrze­ bowaliście aż tyle pieniędzy? — Na przygotowanie następne­ go etapu: walki na wsi — na broń, przeszkolenie ludzi, organizowanie innych akcji. Część pieniędzy roz­ dawaliśmy pomiędzy biedaków za­ mieszkujących favele. Sami żyli­ śmy bardzo skromnie. Ja np. za pokój z wyżywieniem płaciłem 90 cruzeiros miesięcznie. Wiesz, ile to jest... — Jakie były, poza tym, ważniejsze akcje VPR? znikąd nie otrzymujemy żadnej po­ mocy. Partyzantka miejska jest ru­ chem wyłącznie brazylijskim. — Czy jego życiu groziło nie­ bezpieczeństwo? — Tylko w wypadku niespełnie­ nia naszych warunków. Wówczas inie mielibyśmy innej rady. Żądania nasze nie były zresztą zbyt wygó­ rowane. Wymieniliśmy po dwóch dniach Nobuo Okuchi za 5 więź­ niów i troje dzieci, zażądawszy wpierw gwarancji od prezydenta, że za pięciu uwolnionych nie za­ morduje się pięciu innych party­ zantów. Do samolotu, który odwo­ ził więźniów do Meksyku, Mario wniesiono na noszach. Czas był więc najwyższy. — A więc celem ratowanie więźniów? porwań jest — Oczywiście. Nie ma innego sposobu wyciągnięcia z więzień naszych torturowanych nieludzko towarzyszy. Chcemy zmusić opi­ nię publiczną do interwencji w sprawie tortur. Świat się tylko przysłuchuje, trochę wierzy, tro­ chę nie, a w gruncie rzeczy nie- — Jak doszło do sztowania? twego are­ — Storturowana dziewczyna po­ dała miejsce kontaktu ze mną — adresu domowego nie znał nikt — i urządzono zasadzkę. Było to 21 marca 1970 r. Chciałem się za­ strzelić, tak jak Juarez Brito, któ­ ry popełnił samobójstwo, widząc zbliżającą się policję, ale pistolet się zaciął, a potem — było już za późno. Spadli mi dosłownie na kark. Wiedziałem doskonale, co to jest więzienie, aresztowano mnie juz w roku 1968. Wówczas jednak były to początki walki, ja i koledzy podaliśmy się za zwy­ czajnych bandytów, reszty doko­ nały łapówki i tak znalazłem się na wolności. W takim stanie, że wymagałem dłuższego leczenia. Teraz zabrano mnie do więzie­ nia OBAN, czyli Operaęao Bandeirantes, która podobnie jak i po­ licja CODI — Centro de Operaęoes de Defesa Interna — oficjal­ nie nie istnieje. Państwowymi or­ ganami ścigania są DOPS — Departamento de Orden Politico Social i SNI — Servicio Nacional de Informaęao, czyli wywiad wojsko­ wy, którego szefem był przed doj­ ściem do władzy prezydent Garra­ stazu Medici. OBAN i CODI sto­ sują najbardziej okrutne i wyra­ finowane tortury. Przy wejściu do gmachu CODI znajduje się napis, który głosi: „Aqui nao ha deus /ne direitos humanos” („Tu nie ma boga ani praw ludzkich"). Więzienie OBAN mieści się w małym budynku za gmachem zwy­ czajnej policji cywilnej przy ul. Totoya w Sao Paulo. Zabrano mnie prosto do sali tortur. Była to niewielka salka, może 2 na dokończenie na sir. 33 15

Strona 16

ZSRR PRZED JERZY SURDYKOWSKI — korespondencja własna Jeszcze niedawno Związek Ra­ dziecki zajmował bardzo niską po­ zycję wśród motoryzujących się krajów świata Jeszcze dziś — choć produkcja samochodów oso­ bowych przekroczyła w 1969 roku 300 tys. szt., a ciężarowych 0,5 min szt. rocznie — ta pozycja jest nie­ proporcjonalna do potencjału prze­ mysłowego, rozmiarów kraju, liczby ludności i wynikających stąd po­ trzeb. Zasadniczą zmianę przynie­ sie jednak — przede wszystkim w zakresie samochodów osobowych — rozpoczynająca się pięciolatka, w trakcie której liczba produkowa­ nych rocznie pojazdów tego typu wzrośnie do 1,3 min szt., z czego 1,1 min stanowić będą samochody małolitrażowe. Ten czterokrotny wzrost, w kraju o bardzo słabo do­ tychczas rozpowszechnionej indy­ widualnej motoryzacji, uznać moż­ na za prawdziwą „motoeksplozję" ze wszystkimi towarzyszącymi jej — trudnymi nieraz — problemami. Chociaż produkcja samochodów osobowych w ZSRR stanie się do­ piero w najbliższych latach porów­ nywalna z ich produkcją w krajach Europy zachodniej (w 1969 roku Włochy wyprodukowały 1,6 min, Francja i W. Brytania po ok. 2 min, zaś NRF prawie 3 min samo­ chodów), to trzeba jednocześnie podkreślić ogromne osiągnięcia ZSRR w zakresie produkcji auto­ busów i samochodów ciężarowych. Jeśli chodzi o autobusy, to z pro­ dukcją 45 tys. szt. rocznie Związek Radziecki zajmował w 1969 r. pier­ wsze miejsce w świecie, wyprze­ dzając USA i Japonię, zaś w produKcji ciężarówek wyprzedzał wszyst­ kie kraje zachodnioeuropejskie, ustępując tylko USA i Japonii. Jest rzeczą jasną, iż ogromne przestrze­ nie i potrzeby wynikające z przy­ spieszonego rozwoju przemysłu skłoniły do przyznania absolutnego priorytetu tym właśnie dziedzinom motoryzacji, kosztem motoryzacji indywidualnej. Obecnie jednak — po zaspokojeniu pilniejszych po­ trzeb — motoryzacja indywidualna na szeroką skalę stała się możli­ wa, a potężny bodziec do lepszej i wydajniejszej pracy, jakim jest perspektywa nabycia własnego sa­ mochodu, zacznie działać i przy­ nosić owoce. Ilondella\ ZNANY OD WIELU LAT PREPARAT DO ROZJAŚNIANIA WŁOSÓW „BIONDELLA“ /i — nie podrażnia skóry głowy pollen/ — nie niszczy włosów — nadaje im platynowy odcień .Je_ Po zastosowaniu BIONDELLI włosy można farbować lub zabarwiać szamponami tonującymi. NIE TYLKO FIAT Wszyscy wiedzą, że podstawę do tej „motoeksplozji" stworzyło zaku­ pienie w 1967 roku licencji na pro­ dukcję samochodu Fiat 124. Obec­ nie, gotową już i znajdującą się w stadium rozruchu produkcji fabrykę w Togliattj koło Kujbyszewa opusz­ cza 400 samochodów dziennie, choć taśma — ze względu na roz­ ruch produkcji — funkcjonuje tyl­ ko przez część dnia roboczego. Rozruch ten zakończy się w naj­ bliższych miesiącach i rok 1971 fa­ bryka w Togliatti zamknąć ma licz­ bą 200 tys. wyprodukowanych sa­ mochodów WAZ-2101 Żiguli. Tak właśnie nazywa się najnowszy pro­ dukt radzieckiego przemysłu samo­ chodowego, różniący się zresztą od swego pierwowzoru wzmocnionym zawieszeniem, lepszym wyposaże­ niem, innym kształtem zderzaków i przede wszystkim znacznie lepszym przystosowaniem do warunków ro­ syjskiej zimy. Żiguli, nazwany tak od pobliskiego pasma wzgórz (choć były brane pod uwagę inne nazwy, jak „Sokół", „Iskra" czy „Samara"), posiada nowoczesny silnik o mo­ cy 60 KM przy pojemności skoko­ wej niecałe 1200 cm2 i rozwija prędkość 140 km/h. W ostatnim ro­ ku pięciolatki jego produkcja osiągnie 650 tys. sztuk. Żiguli coraz częściej widoczny jest na radzieckich drogach. Warto też wspomnieć, że z fabryką w Togliatti kooperuje nasza żerańska FSO, a. zawarta ostatnio umowa handlowa z ZSRR przewiduje zna­ czne dostawy kooperacyjne. Rozwija się też produkcja znane­ go i u nas Moskwicza. Moskiewska Fabryka Samochodów, rozbudowy­ wana i modernizowana z pomocą francuskiej firmy Renault, produku­ je już 110 tys. samochodów rocz­ nie, a rok bieżący zamknąć ma li­ czbą 200 tys. sztuk. Wprowadzony do produkcji z końcem 1969 roku — sprowadzany także i przez nasz „Motozbyt" — Moskwicz 412 posia­ da nowoczesny silnik o pojemności 1500 cm3 i mocy 75 KM, pozwalają­ cy osiągnąć prędkość do 145 km/h. Niezbyt nowoczesne jest jeszcze podwozie i wyposażenie, lecz pod­ kreśla się, że samochód ten — po-

Strona 17

MOTOEKSPLOZJĄ Prototyp radzieckiego samochodu klasy „GT”. Zigull (Fiat 124 w wersji radzieckiej). Fot. J. Surdykowski Fot. A. A. Wladymirow dobnie jak produkowany wciąż Mo­ skwicz 408, stanowi rozwiązanie przejściowe, będące etapem na drodze do nowoczesnego radziec­ kiego samochodu klasy 1500 cm. Moskwicze produkuje też rozbudo­ wująca się fabryka w lżewsku, zna­ na z produkcji motocykli, którą w 1971 roku opuścić ma 80 tys. wo­ zów, a w dwa lata później już 220 tysięcy. Prawdziwą karierę zrobił Zaporo­ żec. To niegdysiejsze „brzydkie ka­ czątko" radzieckiej motoryzacji wy­ rosło dziś na bardzo udany i ele­ gancki samochód popularny, o no­ woczesnej sylwetce, umieszczonym z tyłu — nie wysilonym, podobnie jak to ma miejsce w Volkswagenie — silniku o pojemności 1200 cm3 i mocy 42 KM. Ten czteromiejscowy samochodzik osiąga prędkość 120 km/h i produkowany jest na Ukrainie w ilości 90 tys. sztuk ro­ cznie, a produkcja wzrosnąć ma do 200 tys. Poprawy wymaga jesz­ cze wykończenie wnętrza i wypo­ sażenie tego samochodu. Zaporo­ żec jest też bazą dla „kołchozowe­ go" samochodziku Wołyń, produko­ wanego w Mińsku i przystosowane­ go do wiejskich bezdroży. Do po­ ruszania się po bezdrożach przy­ stosowany jest też nowoczesny sa­ mochód terenowy, produkowany w Gorki, GAZ-69. No i wreszcie naj­ większy z nadających się do indy­ widualnego użytkowania, choć nie największy z produkowanych w ZSRR, samochód Wołga produko­ wany również w Gorki w ilości 75 tys. szt. w 1970 roku. Znana u nas i często na ulicach spotykana Woł­ ga należy już jednak do przeszłoś­ ci. Produkowany jest zupełnie no­ wy pojazd o nowoczesnych kształ­ tach wyposażony w 2,5-litrowy sil­ nik osiągający moc 98 KM. Ten obszerny i elegancki samochód wygodnie mieści trzy osoby na 17

Strona 18

ZSRR PRZED MOTOEKSPLOZJĄ wych konstrukcji karoserii powstało więc w luźnej tylko współpracy z wytwórniami i stąd informacje o nich od czasu do czasu przenika­ ją do wiadomości publicznej. Zwraca tu szczególną uwagę niezwykle piękna konstrukcja arty­ stów plastyków braci Anatola i Władymira Szczerbininów z Instytu­ tu Estetyki Przemysłowej w Mo­ skwie. Zbudowany przez nich sa­ mochód o plastykowej karoserii do­ równuje najlepszym konstrukcjom włoskim klasy GT („Gran Turismo”). W ocenie specjalistów i za­ wodników rajdowych jest to samo­ chód naprawdę znakomity, a w ocenie przeciętnego miłośnika motoryzacji jest to samochód po prostu piękny, o czym można się przekonać, patrząc na załączone zdjęcie. Można budować go na podwoziu zarówno Wołgi jak i Mo­ skwicza. Z „podrasowanym” do 100 KM silnikiem Moskwicza 412 osiąga on 160 km/h. Samochód przeszedł długotrwąłe próby drogo­ we i być może małoseryjną jego produkcję podejmą niewielkie za­ kłady samochodowe w Estonii. Samochodzik miejski Inż. W. Popowa. przednim siedzeniu (musiano na­ wet w związku z tym wprowadzić odpowiednią poprawkę do radziec­ kiego kodeksu drogowego) i trzy osoby na tylnym. Wołga otrzyma wkrótce zupełnie nowy i bardzo no­ woczesny silnik sześciocylindrowy w układzie V, rozwijający moc 120 KM, co pozwoli jej na osiąganie prędkości 150 km/h. NOWE MODELE Jest rzeczą jasną, że szanująca się wytwórnia nie podaje do wia­ domości publicznej swych zamie­ Samochody sportowe typu KD. Fot Wadim Or)ow rzeń odnośnie wprowadzenia na ry­ nek nowych modeli samochodów. Z tego też tytułu prace konstruk­ cyjne prowadzone nad udoskonale­ niem Moskwicza czy Zaporożca otoczone są tajemnicą. Ze względu jednak na niezwykle szerokie zain­ teresowanie sprawami motoryzacji oraz z uwagi na konieczność szyb­ kiego rozwiązania szeregu proble­ mów przy niewystarczających mo­ żliwościach zaplecza konstrukcyjne­ go i rozwojowego, do współpracy z tym zapleczem wciągnięto szereg osób nie związanych etatowo z motoryzacją. Wiele prototypów i no­ Interesujące są również kon­ strukcje podobnych samochodów opracowane przez inż. Konstantyna M. Durnowa i art. plastyka Edwar­ da Molczanowa z Instytutu Samo­ chodowego w Moskwie. Samochód ten nazwany KD waży zaledwie 585 kg. Nic więc dziwnego, że na­ wet z silnikiem Zaporożca osiąga on 130 km/h. Z kolei samochodzik inż. Wiktora B. Popowa ma nie tyl­ ko ładną sportową sylwetkę, lecz i posiada wszelkie zalety małego samochodu miejskiego. Prawdopo­ dobnie konstrukcja ta znajdzie się w produkcji seryjnej. Godny uwagi jest też tzw. „projekt MAXI”, rea­ lizowany przez szeroki zespół pra­ cowników zaplecza konstrukcyjne ­ go motoryzacji. Celem jego jest skonstruowanie możliwie obszerne­ go samochodu na bazie podzespo­ łów Zaporożca. MAXI ma umożli­ wiać przewóz 6 osób lub odpo­ wiedniej ilości bagażu, być prosty w obsłudze, wytrzymały i odporny na złe warunki drogowe. Nie wia­ domo, która z wielu konstrukcji znajdzie się na taśmie; może ta którą opracował Georgij I. Fiodo­ rów. RADOŚĆ CZY PRZEKLEŃSTWO? Pod takim tytułem w ubiegłym roku czytelnicy „Litieraturnoj Gaziety" wypowiadali się na temat indy­ widualnej motoryzacji. Nie jest to tytuł bez pokrycia; motoryzacja in­ dywidualna rodzi szereg proble- mów, które trzeba rozwiązać, i sze­ reg problemów, których prawdopo­ dobnie w ogóle rozwiązać się nie da. -Wiadomo, że samochód jest najdroższym j najmniej ekonomicz­ nym środkiem komunikacji, że zaj­ muje najwięcej miejsca na dro­ gach, że zatruwa powietrze. Wiado­ mo, że radziecka motoeksplozja wymaga analogicznej „eksplozji” w zakresie budowy dróg, ulic, a nade wszystko stacji benzynowych i stacji obsługi technicznej. Zasłu­ guje na uwagę fakt, że do omó­ wienia, zbadania i rozwiązania tych problemów przystępuje się stosun­ kowo wcześnie, a więc z właści­ wym wyprzedzeniem. Jeśli obecnie w ZSRR jest tylko 200 ogólnodo­ stępnych stacji obsługi kierowa­ nych przez wyspecjalizowane przedsiębiorstwo „Awtotiechobsługa”, to w 1975 ma ich być co naj­ mniej 2000. Zwiększone środki zo­ stały przyznane na budowę dróg. Jeżeli w 1970 roku zaplanowano zbudowanie 20 tvs. km nowych dróg, to w bie ej pięciolatce przybywać ich ma po 40 tys. km rocznie. Wiele dróg jest zresztą już przy­ stosowanych do znacznie większe­ go ruchu niż obecny. Istnieją — nie wykorzystane dziś w pełni — wielopoziomowe skrzyżowania, za­ równo w miastach, jak i na szo­ sach. Drogi i ulice wchłonąć jesz­ cze mogą wiele samochodów, lecz bliski jest moment, gdy trzeba bę­ dzie przystąpić do budowy sieci prawdziwych autostrad. Dużą wagę przywiązuje się do problemu zanieczyszczeń powie­ trza. Już dziś jeździ po Moskwie 150 ciężarówek z zainstalowanym tłumikiem, nie przepuszczającym zanieczyszczeń, opartym na wyna­ lazku prof. Dymitra W. Sokolskiego z Instytutu Chemii w Ałma-Ata. Istnieją prototypy samochodów elektrycznych, jednak nie przypusz— cza się, by szybko weszły do sefyjnej produkcji. Jednocześnie ob­ licza się, iż przy planowanym roz­ woju motoryzacji właśnie za 10— 15 lat zanieczyszczenie powietrza w Moskwie przekroczy wszelkie dopuszczalne normy. Więc rzeczy­ wiście: radość czy przekleństwo? Zastanawiano się przed laty na łamach prasy radzieckiej nad mo­ żliwością zorganizowania wielkich wypożyczalni samochodów, co za­ pewniłoby chętnym wóz na wee­ kend lub urlop, ograniczając jazdy po mieście. W latach 1966—1969 istotnie takie wypożyczalnie istnia­ ły, okazało się jednak, iż nie zda­ ją one egzaminu. Samochody eks­ ploatowane były przez użytkowni­ ków niestarannie czy wręcz rabun­ kowo i szybko szły do remontu. Wypożyczalnie zlikwidowano, a raz jeszcze okazało się, iż „pańskie oko konia tuczy". A więc stawka na mo­ toryzację indywidualną! Niemniej jednak nabycie samo­ chodu nie jest dziś rzeczą łatwą, a liczba chętnych przewyższa obecne możliwości. Samochód może kupić każdy, kto posiada wystarczającą ilość gotówki oraz cierpliwość, bo czekać trzeba czasem do dwu lat. Nie istnieje system sprzedaży ra­ talnej ani też system preferencji ułatwiający nabycie samochodu oso­ bom, które szczególnie potrzebują go z racji uprawianego zawodu. Choć odzywają się głosy, iż system taki należy wprowadzić, sam wzrost produkcji w ciągu 2—3 lat uczyni go niepotrzebnym. Być może nato­ miast, że w przyszłości trzeba bę­ dzie pomyśleć o ratach. Tymcza­ sem, jak stwierdziłem osobiście, nawet w odległym Kazachstanie pasterze owiec odkładają ruble na Ziguli. JERZY SURDYKOWSKI 18

Strona 19

Urząd — obywatel nie dotrzymano ustawowych terminów w 7 pro­ centach załatwianych spraw. Ostatnio wpadło mi w ręce opracowanie Naj­ wyższej Izby Kontroli, dotyczące tego samego zagadnienia. I okazuje się, że badania NIK i Prokuratury Generalnej w tym samym woje­ wództwie i mniej więcej w tym samym czasie dowodzą, że sprawy załatwione niezgodnie z obowiązującymi przepisami stanowiły 36 procent ogółu. sama Przeczytałem niedawno w pewnym piśmie re­ lację z sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej, która zaczynała się od słów: „Przy formułowa­ niu tematyki obrad, za punkt wyjścia przyjęto tradycyjną problematykę „urząd a obywatel"..." Ileż można wyczytać z tego, nie pozbawionego słoniowego wdzięku zdanka. Gdyby temat sesji brzmiał: „Obsługa społeczeństwa przez apa­ rat wykonawczy lokalnych władz”, byłoby to skromne. „Urząd a obywatel" jest natomiast określeniem megalomańskim. Najsmutniejszy jednak jest wniosek następujący. Otóż określenie „urząd a obywatel" jest rzeczywiście stereotypowe i używane wcale nie tylko przez urzędników. A to dowodzi, że zarówno trudnoś­ ci, z jakimi nieustannie spotyka się obywatel za­ łatwiający w urzędzie swoje sprawy, jak i wyż­ szość, z jaką urzędy tegoż obywatela traktują, uznane zostały — w odczuciu społecznym — za immanentne zło naszego systemu społeczne­ go. Z takim złem zaś najtrudniej walczyć, bo troska o dobro systemu paraliżuje wolę walki u jego zwolenników. O przeciwnikach nie mów­ my. Niezmiennie twierdzą, że póki nie zmieni­ my według ich recept całego systemu, póty nie możemy się spodziewać poprawy i na tym od­ cinku. Jest to jedno wielkie nieporozumienie, które czas wreszcie wyjaśnić. Zanim się jednak do tego weźmiemy, warto przyjrzeć się faktom. Temu celowi służy zamieszczony niżej, krótki z konieczności i niepełny OPIS ZJAWISKA Jesienią ubiegłego roku odbyły się sesje nie­ których wojewódzkich rad narodowych poświę­ cone obsłudze społeczeństwa przez prezydia rad niższych szczebli (WRN same sobą nie zaj­ mowały się). Przed tymi sesjami przeprowadzono kontrolę działalności niektórych wydziałów rad w wybranych gromadach i powiatach, spo­ rządzono statystyki spraw załatwionych dobrze i załatwionych źle, zasadnych i bezzasadnych skarg ludności oraz prawidłowych i błędnych decyzji. Atmosfera tych sesji przesycona była krytycyzmem tym większym, że piętnowano bądź co bądź niedopatrzenia i błędy władz niższego szczebla, na jednej z nich, najlepiej bodaj przy­ gotowanej i obfitującej w najostrzejsze wypowie­ dzi, posunięto się nawet tak daleko, że zrezyg­ nowano w ogóle z omawiania osiągnięć i postę­ pu w dziedzinie obsługiwania obywateli przez urzędy, skupiono zaś uwagę ńa brakach. Po wy­ słuchaniu informacji, o wynikach kontroli i prze­ dyskutowaniu spraw, radni podjęli sążniste uch­ wały mające na celu poprawę sytuacji. O tych uchwałach jeszcze napiszę. Na razie zaś o sa­ mej analizie. Otóż w materiałach na jedną z sesji WRN (nie jest ważne, na którą) znalazło się stwierdzenie, że w badanym okresie, to jest w ciągu dwóch poprzedzających sesję lat, procent błędnych de­ cyzji wydanych przez rady gromadzkie wynosił 0.5, a przez rady powiatowe 0,6. Jednocześnie I badania przeprowadzone przez WRN, i kont­ rola NIK nie są pełne. Jedne i drugie oparte były na próbie reprezentatywnej, przy czym pró­ by te nie pokrywają się ze sobą. WRN badała próbę większą, NIK mniejszą. Niemniej jednak, taka rozbieżność ocen nie da się usprawiedli­ wić ani różnicą wielkości próby, ani nieco różną w obu przypadkach techniką badań. Różnica ta świadczy w sposób jasny, że inicjatywa przepro­ wadzenia takich kontroli musiała się spotkać z oporami w wyznaczonych do tego komórkach WRN, bądź też, że potraktowano ją niesłychanie powierzchownie. W każdym razie znaczna część błędów nie została ujawniona i sesje omawiały materiał bardzo niepełny, co zapewne sprzyja­ ło nieuzasadnionemu optymizmowi i samouspokojeniu. Żeby nie powtarzać tych błędów, po­ służę się przy przedstawianiu niedociągnięć w pracy rad wyłącznie wynikami badań NIK i Prokuratury. Najpierw dwa słowa o postępie. W latach 1961 1962 NIK stwierdziła uchybienia w 66 procen­ tach spraw załatwianych przez badaną admini­ strację terenową. W latach 1964—1965 w 32 procentach spraw. W latach 1969-70 tylko w 25 procentach (w skali kraju). Na pewno są to da­ ne pocieszające, szczególnie na pierwszy rzut oka. Bo po namyśle dochodzimy do wniosku, że 25 procent to jednak bardzo dużo, poza tym że tempo poprawy w ostatnich latach jest bardzo wolne: w ciągu ostatniej pięciolatki zdołano osiągnąć tylko tyle, żeby załatwiać źle co czwar­ tą, zamiast co trzecią sprawę. Jak stwierdza NIK, w 6 procentach spraw na­ ruszono prawo materialne, czyli wydano decyzje niezgodne z ustawami bądź zarządzeniami ogól­ nymi i resortowymi. W 19 procentach spraw zaś dopuszczono się uchybień proceduralnych, czyli nie przestrzegano przepisów Kodeksu Postępo­ wania Administracyjnego. Wydawano więc decy­ zje bez dokładnego wyjaśnienia stanu faktycz­ nego, nie dotrzymywano terminów załatwiania ustalonych w KPA, nie respektowano uprawnień obywateli, pozwalano pracownikom administra­ cji rozpatrywać skargi przeciw samym sobie i tak dalej. Opracowanie NIK pełne jest przykładów spraw załatwionych nie tak, jak należy. Wymie­ niane są nieprawidłowości przy przyznawaniu mieszkań, przy przejmowaniu gospodarstw rol­ nych w zamian za rentę, przy udzielaniu ulg w dostawach obowiązkowych, przy dawaniu zapo­ móg z funduszu opieki społecznej. Jeśli chodzi o tę ostatnią grupę, to szczególnie pięknym kwiatkiem jest tu przyznanie przez Wydział Zdrowia i Opieki Społecznej jednej z warszaw­ skich DRN zapomóg pieniężnych pracownikom umysłowym prezydium tej samej rady. Niezgodnie z prawem przyznawano i cofano koncesje rzemieślnicze, nieprawidłowo dokony­ wano rozdziału materiałów budowlanych. Bez­ trosko wydawano decyzje lokalizacyjne dla in­ dywidualnego budownictwa, mimo że ubiegający się o nie nie spełniali wszystkich koniecznych warunków. Zmuszano też ludzi do starania się o zezwolenie na budowę takich obiektów, które w myśl prawa można budować bez żadnych ze­ zwoleń. Jeśli chodzi o uchybienia proceduralne, to, sądząc po ilości skarg, najwięcej złej krwi wy­ wołały decyzje podjęte bez dokładnego zbadania stanu faktycznego. Załatwiano sprawy powierz­ chownie, opierając się bardzo często jedynie na wyjaśnieniach osób, których działalność była przedmiotem skargi albo które były jedną ze stron. Do tej samej grupy można by zaliczyć częste przypadki poleceń załatwienia skarg wy­ dawanych przez organa administracji podległym im jednostkom, mimo że skargi dotyczyły dzia­ łalności tych właśnie jednostek. Oczywiście skargi takie często załatwiane były nieprawid­ łowo i — jak to sformułowano w opracowaniu NIK — „miały przy tym miejsce przypadki udzie­ lania skarżącym odpowiedzi w niewłaściwej for­ mie, mających nawet charakter pogróżek". Na drugim miejscu znajduje się nietermino­ wość. Nie chodzi przy tym o samo niedotrzy­ mywanie terminów, ale również o to, że wy­ działy rad nie informują na ogół obywateli o przyczynach zwłoki j nowym terminie załatwie­ nia sprawy, mimo iż Kodeks Postępowania Ad­ ministracyjnego nakłada na nie taki obowiązek. Opracowanie NIK podaje też przykłady zwyk­ łej prywaty: kierownik referatu gospodarki ko­ munalnej j mieszkaniowej, będąc stroną w spo­ rze o przydział lokalu, podpisał korzystną dla siebie decyzję; kierownicy wydziałów budownict­ wa urbanistyki i architektury w kilku radach po­ wiatowych i jednej wojewódzkiej zatwierdzali wykonane przez siebie projekty budowlane, itd. Ujawniono też sporo faktów nierejstrowania skarg obywateli, zwłaszcza przez rady gromadzkie, ale także i powiatowe. Skrytykowano również brak nadzoru nad załatwianiem spraw obywateli ze strony rad wyższych szczebli. Kontrole były for­ malne, ograniczały się do ewidencjonowania ilości skarg i terminu jch załatwiania, bez wni­ kania w przyczyny i oczywiście bez wyciągania żadnych wniosków. To w najlepszym wypadku. Niektóre bowiem wydziały w ogóle nie zawraca­ ły sobie głowy przeprowadzeniem kontroli albo — co w praktyce na jedno wychodzi — nie egzekwowały realizacji wydanych po kontroli za­ leceń. Jak smutno stwierdza NIK: „w jednostkach do rzadkich tylko wyjątków należały przypadki wyciągania przez prezydia rad narodowych konsekwencji służbowych wo­ bec pracowników winnych niedopełnienia obo­ wiązków, określonych przepisami Kodeksu Po­ objętych kontrolą stępowania Administracyjnego". Wreszcie omówiono bzdury, jakimi zajmują się rady na skutek własnej bezsilności, a może indolencji. Otóż mimo wydawania zarządzeń, ograniczających ilość załączników i zaświadczeń, potrzebnych przy załatwianiu spraw w różnych instytucjach, rady nie są w stanie pohamować apetytów tamtejszych biurokratów i, prawdopo­ dobnie dla świętego spokoju, wydają masę za­ świadczeń, o których same wiedzą, że zdadzą się psu na budę. W opracowaniu NIK wymienio­ ny jest przykład jednej z gromadzkich rad, któ­ ra w 1969 roku wydała 387 różnych dziwnych zaświadczeń, między innymi stwierdzających, że „skóry zwierząt futerkowych są własnością rol­ nika" oraz że „rolnik posiada wóz, do którego potrzebne są opony". Tak w skrócie wygląda rejestr najbardziej ra­ żących błędów popełnianych przez wydziały prezydiów rad narodo.wych przy załatwianiu spraw obywateli. Zanim jednak przejdziemy do 19

Strona 21

1. Tranzyslory. diody, dwustanowe elementy magnetyczne, oporniki... 12 000 takich mi­ kroelementów składa się na UTD 1200. 2. Pozornie zwykła szuflada — kryje się w niej jednak elektronowy mózg urządzenia — bloki logiczne. Przy UTD 1200 ppłk mgr inż. Jan Majka. Tekst: TADEUSZ STEPIEŃ Zdjęcia: RENARD DUDLEY na moment przed wybuchem Wszyscy najwybitniejsi znawcy przedmiotu na całym świecie specjaliści od spraw organizacji zarządzania, techniki programowania, obliczeniowej tudzież jeszcze od stu i jeden zagadnień są zgodni co do tego, że ludz­ kość znalazła się obecnie w jed­ nym ze zwrotnych punktów rozwoju naszej cywilizacji. Że punkt ten porównać można z rewolucją techniczną, jaką w epoce faktur było wprowadzenie i we zastosowanie maszyny paro­ wej. Że tworzy się i coraz dynamiczniej rozwija obejmując swym zasięgiem wszystkie dzie­ dziny działalności człowieka nowa zupełnie gałąź przemysłu: Pod tym zaś pojęciem rozumieć należy głów­ nie wszystkie urządzenia techniczne (ich wytwa­ rzanie i praktyczne zastosowanie), służące do gromadzenia, przetwarzania i przesyłania infor­ macji. Będą to więc komputery kolejnych gene­ racji wraz z urządzeniami towarzyszącymi oraz środki przekazywania na odległość wyników pra­ cy komputerów, zasobów danych zmagazyno- wanych w Ich techniczne] „pan Stop. Przerwijmy na chwilę tykułu. Spójrzmy na zegarek, kalendarz. Dziękujemy. Z układu wskazówek i cyfr endarza — dowiedzieliśmy się, która godzina. Uzyskaliśmy i n-

Strona 22

Postęp techniczny UTD-1200 czyli... na moment przed wybuchem doby, a zwłaszcza systemów komputerowych w najbliższej już przyszłości (o których pisaliśmy choćby w naszym dziale „Perspektywy: wiek ce prowadzić żadnego zorganizowanego, świa­ domego działania. ją rzadziej niż Jeden na kwartał ciągłej pracy XXI”), nie może obyć się bez urządzeń trans­ urządzenia. Co więcej, urządzenie pracuje tzw. misji danych. Od informacji uzależnieni są wszyscy. Wszys­ systemem czystej taśmy, gdyż posiada automa­ cy muszą wiedzieć. Muszą dotrzeć do informa­ tyczną korekcję błędów. Dzięki czemu urządze­ cji, umieć ją wykorzystać, prawidłowo zastoso­ nie tak długo „poprawia samo siebie”, aż do wać. Do setek, nieraz tysięcy Informacji — bo odbiorcy dotrze bezbłędna informacja! I pomy­ przecież tymi samymi sprawami zajmują się rów­ śleć, że przy zwykłym telefonogramle przyjmuje nolegle setki i tysiące ludzi na całym świecie. się ok. 2 proc, błędów w nadanej treści. Kolej na trzeci warunek PIERWSZY SUKCES W 1963 roku w ówczesnej Katedrze Urządzeń Teletransmisyjnych i Telegraficznych, a obecnie — po reformie organizacyjnej — Instytucie Te­ leelektroniki Politechniki Warszawskiej, grupa informatyki — jej naukowców rozpoczęła pracę nad skonstruowa­ macja mus) być powszechnie dostępna, jeśli nie powszechność. Powszechny rozwój zastosowań niem polskiego urządzenia do transmisji da­ Tak docieramy do sedna zagadnienia. Infor­ chcemy po raz drugi odkrywać przysłowiowej elektronicznej techniki obliczeniowej spowodo­ Ameryki albo marnować czasu na stwierdzenie wał, że trzeba przejść od obliczeń miejscowych pracowano nad systemem o węższym zakresie i ustalenie jakiejś, znanej Już prawdy. Informa­ do systemu przestrzennego. Powstaje nowa zastosowań. Następnie w latach 1967—1970 za­ cja musi być też szybka, bo żyjemy w epoce, dziedzina telekomunikacji — przekazywania na jęto się drugim, doskonalszym systemem. Właś­ gdy czas ma swą wymierną „cenę” i niejedno­ dowolną odległość informacji z wielką szybkoś­ nie w roku ubiegłym urządzenie to przybrało krotnie wywiera decydujący wpływ na ostatecz­ cią | dokładnością. Sytuacja, w której np. per­ ostateczną, sprawdzoną i wszechstronnie wy­ ny efekt pracy człowieka. Informacja musi być forowane taśmy z jakimiś obliczeniami trzeba próbowaną postać.' Zbudowano tam UTD — 1200, czyli Urządzenie Transmisji nych. W pierwszym etapie w latach 1963—1966 również bezbłędna, gdyż w przeciwnym razie przewozić z jednego ośrodka do drugiego po­ zamierzona działalność skazana jest z góry na ciągiem czy samochodem, staje się anachroniz­ Liczba ta znaczy, że jest ono w stanie przeka­ niepowodzenie. mem i paradoksem. Bowiem efekt kilku minut zywać Informację — zapisaną na taśmie perfo­ Danych — 1200. pracy maszyny zostanie zgubiony w trwającej rowanej lub przekazywaną z pamięci komputera formacji potrzebują ludzie I ośrodki znacznie kilkadziesiąt godzin podróży. — z szybkością 1200 bodów (bod — jednostka nieraz oddalone od Je] źródeł. W tym wypadku chwilę, w jaki sposób przyspieszeniu I uspraw­ szybkości modulacji). nie wystarczają już takie tradycyjne środki prze­ nieniu uległby ostatni spis powszechny w Pols­ przekazywaniu 100. znaków pisarskich w ciągu kazywania mowy i pisma, jak telefon czy daleko­ ce, gdyby zamiast przewozić zbiorcze arkusze sekundy; dla porównania — dalekopis przekazu­ pis. Z pomocą przychodzi tu nowa gałąź tech­ niki, którą jest: statystyczne z całego kraju do Warszawy, gdzie je około 6 znaków w ciągu sekundy. Wymienione cechy jednak nie wystarczą. In­ Pomyślmy przez dopiero w centrali GUS Ich treść „połkną” ma­ szyny liczące, dane ze wszystkich powiatów i TRANSMISJA DANYCH Wyobraźmy sobie zwykły dalekopis przekazują­ cy na odległość pewien tekst, na przykład tekst jednego z tomów Wielkiej Encyklopedii Pow­ szechnej, zawierającego około 9 min znaków. Wymaga to około 20 dób nieprzerwanej pracy. województw przekazać bezpośrednio do kom­ puterów w stolicy. Bez przesady — wprowadze­ nie systemu UTD można porównać .do przesiad­ ki z dyliżansu na odrzutowiec. Szybkość ta odpowiada Tu, w Instytucie Teleelektroniki powstała kon­ cepcja UTD. Tu opracowano schematy ideowe urządzenia, wykonano setki i tysiące skompliko­ wanych obliczeń, zamykających całą pracę teo­ retyczną. Tu także, na skalę laboratoryjną, skon­ struowano pierwsze modele i przeprowadzono Współczesne systemy komputerowe wymaga­ ją przekazywania wyników obliczeń z centralne­ próby Ich działania. Ale chodzi o to, aby nie była to „sztuka dla sztuki”, aby dorobek nau­ Urządzenie transmisji danych umożliwi przeka­ go ośrodka obliczeniowego do szeregu oddalo­ kowców zmierzyć praktycznymi efektami dla na­ zanie takiego tekstu w przeciągu jednej doby. nych punktów i wymagają również przekazywa­ szej gospodarki narodowej. Pierwszy więc warunek współczesnej informa­ tyki — szybkość — mamy pomyślnie rozwiąza­ ny. Pozostaje następny — niezawodność i nieo­ Główne zadanie nia z tych punktów wielkiej ilości danych dla uczelni to praca dydaktyczna, kształcenie no­ centralnego komputera. Tu dopiero zalety urzą­ wej kadry specjalistów. I w tym wypadku praca dzeń transmisji danych wyzyskane są w całej przy UTD dała dobre rezultaty — podniósł się mylność. Jak już wspomnieliśmy, w systemach pełni. Centralny komputer otrzymuje niemal na­ poziom naukowy, w okresie badań i prób, nie­ tradycyjnych — na człowieka liczyć za bardzo tychmiast wszelkie potrzebne mu dane — przy­ jako przy okazji, przeprowadzono 4 przewody nie można. No cóż — Errare humanum est! Na gotowane wcześniej na taśmie perforowanej w doktorskie. Mimo to jednak Politechnika — z oddalonych od komputera punktach — ten sam uwagi na swój szczupły zakres możliwości tech­ sycznym telefonie czy dalekopisie przekłamania komputer błyskawicznie przekazuje informacje, nicznych — nie mogła •A .^^^ nagminną — urządzenie transmisji wyniki czy dyrektywy do ośrodków wykonaw­ konstrukcji modelu użytkowego. danych jest w praktyce pod tym względem idea­ czych. Tam dopiero — bez pośrednictwa czło­ łem. Stopa dopuszczalnych pomyłek jest tu bar­ wieka — impulsy elektryczne zamieniane są w dzo niska — wynosi jeden błąd na miliard prze­ znaki pisarskie na arkuszach papieru. Żaden Instytutem Łączności, który z kolei przyjął na kazanych znaków. Znaczy to, że błędy występu­ z wielkich systemów komputerowych siebie rozwiązanie trudnych problemów techno- szczęście wyręcza nas maszyna. Gdy przy'kla­ 22 obecnej przekroczyć „progu" Prace naukowców Politechniki prowadzone były przy ścisłym współdziałaniu z Wojskowym

Strona 23

Doceni dr Inż. Wiesław FIJAŁKOWSKI Docent mgr Inz. Juliusz GRABOWSKI Każdą z tych książek można przetłumaczyć na perforowaną taśmę i przesiać Jej treść daleko w świat. Podkreślamy przy tym, że Jest to produkcja antyimportowa. Całe bowiem urządzenie składa się wyłącznie z elementów wytwarzanych w kraju, przez nasze zakłady. A Jest tych elemen­ tów — tranzystorów, rdzeni, diod itd. — baga­ telka— ok. 12 tys. sztuk w każdym UTD. Gospo­ darka narodowa — łączność, energetyka, ko­ munikacja, przemysł — Już zgłaszają swe za­ interesowanie urządzeniem. Według wstępnego szacunku potrzeba nam w kraju w najbliższym 5-leciu kilkaset sztuk UTD-1200. Ponieważ koszt jednego takiego urządzenia, gdybyśmy chciell Dr Inż. Zenon BARAN Dr inż. Jerzy DROŻDŻ go sprowadzić z zagranicy, wynosi ok. 30 tys. dolarów — oszczędności wyniosą w sumie ok. 20 min dolarów w te] pięciolatce. Co więcej, jak dotąd, tej klasy I sprawności urządzenia są produkowane w niewielu krajach o wysokim poziomie rozwoju przemysłu elektro­ nicznego. Sukces więc tym większy, gdyż otwie­ rają się perspektywy eksportu polskiego UTD. Mówi się, że współczesna Informatyka nie mo­ że obejść się bez transmisji danych. Aktualnie na świecie ta dziedzina jest opóźniona o 6—8 lat w stosunku do rozwoju maszyn cyfrowych, których już czwarta generacja zaczyna opanowy­ wać świat techniki. I jeśli obecnie ilość maszyn Mgr Inż. Jerzy SZUROWSKI Mgr inż. Walentyna PAWŁOWSKA cyfrowych wzrasta na śwlecle co rok o ok. 25 proc., to wzrost urządzeń do transmisji wynosi rocznie ok. 60—100 proc. Znaleźliśmy się w tym szczęśliwym położeniu, że dzięki pracy naszych logicznych, niezawodnościowej optymalizacji Układów, konstrukcji i wykonawstwa serii do­ że pracować niezawodnie w najtrudniejszych nawet warunkach. świadczalnej urządzeń UTD — 1200. W Instytucie skomplikowane badania wytrzymałościowe I kli­ matyczne, sprawdzające niezawodność pracy urządzenia w różnych warunkach. W specjalnym laboratorium, które można obrazowo nazwać „techniczną salą tortur” — elementy UTD w specjalnych komorach klimatycznych muszą zdać egzamin niezawodności w arktycznym mro­ zie, aby- potem prawie równo z innymi krajami o wysokiej tech­ nice, że ewentualne opóźnienia są niezbyt wiel­ przeprowadzono również tym specjalistów, wystartowaliśmy w tej dziedzinie powędrować do „tropiku”. I jeszcze „komora deszczu”, gdzie w sztucznej UDANY TRÓJKĄT Aby efekt pracy naukowców cywilnych I woj­ kie. I tej szansy nie wolno nam zaprzepaścić. skowych był pełny, aby skorzystać mogła z no­ W tej dziedzinie przekroczyliśmy więc pewien wego urządzenia nasza gospodarka narodowa — próg. Otworzyliśmy nowe możliwości dla tech­ niezbędny Jest Jeszcze Jeden partner. Przemysł. niki, gospodarki narodowej, dla Innych trudnych Tylko ten trójkąt — gabinet naukowca, labora­ jeszcze dziś do przewidzenia dziedzin naszego torium badawcze, zakład przemysłowy — może życia. Nastąpiła zamiana Ilości wiedzy technicz­ zadecydować o ostatecznym wyniku wieloletniej nej w Jakość społecznie użyteczną. A wraz z pracy. nią zmienia się człowiek, Jego system pracy, Przyszły producent, Wielkopolskie Zakłady Te­ adaptowane] do nowych, ogromnych możliwości. ulewie sprawdza się kroploszczelność zespołów letechniczne TELETRA w Poznaniu, włączył się Teraz tylko problem w... zmianie tradycyjne] men­ urządzenia pokrytego specjalnym lakierem oraz do tych prac odpowiednio wcześnie, aby przy­ talności człowieka, który nie zawsze chętnie do­ wytrząsarki wibracyjne i udarowe, na których gotować warunki do rozpoczęcia u siebie pro­ przez wiele godzin urządzenie „podskakuje” dukcji. Dzięki temu pomysł nie poszedł na pół­ Futurolodzy na całym śwlecle przywykli Już nielltośclwle miotane przez maszynę. Próby te kę i już w roku przyszłym ma ruszyć produkcja używać terminu „eksplozji” czy „wybuchu” — trwały wiele tygodni, wypadły celująco. UTD mo­ dla potrzeb gospodarki narodowej. określając dynamiczny rozwój przemysłu infor- stosowuje się do „nowinek”. 23

Strona 24

Postęp techniczny UTD-1200 czyli na moment przed wybuchem macyjnego i wszystkich związanych z tą dziedzi­ ną zagadnień. Ten wybuch — wstrząśnie i nanii w najbliższym czasie. Dzięki UTD jesteśmy już na to trochę lepiej przygotowani. W tej dziedzi­ nie zdążyliśmy przed wybuchem... Jeśli nawel tylko na pięć minut — i tak dobrze. UTD-1200 najmłodsze dziecko (i bardzo udane) polskiej myśli naukowo-technicznej — przyszło na świat na czas... Zespół naukowy Katedry Urządzeń Teletrans­ misyjnych i Telegraficznych P.W. — autorzy kon­ cepcji UTD-1200: Doc. mgr inż. Juliusz Grabowski Doc. dr inż. Wiesław Fijałkowski Dr inż. Andrzej Karczmarewicz Dr inż. Zenon Baran Dr inż. Jerzy Drożdż Dr inż. Marian Dąbrowski Mgr inż. Jerzy Szurowski Mgr inż. Walentyna Pawłowska Zespół naukowy Wojskowego Instytutu Łącz­ ności — autorzy technologii i konstrukcji UTD1200: Ppłk mgr inż. Jan Majka Ppłk mgr inż. Leszek Olech Mjr mgr inż. Zdzisław Jaranowski Mjr mgr inż. Marian Karpeta Mjr mgr inż. Witold Borkowski Kpt. mgr inż. Zbigniew Miarzyński Mgr inż. Jan Siarkiewicz Inż. Andrzej Brzeziński Zespół konstruktorów Wielkopolskich dów Teletechnicznych ..TELETRA Mgr inż. Czesław Ludwiczak Mgr inż. Lech Tarasiewicz Zakła­ w Poznaniu przygotowujących produkcje UTD-1200:

Strona 26

Rajd Fiatem do Monte Carlo Polski Fiat 125 P podczas Rajdu Polskiego 1970 r. Nie po raz pierwszy i nie ostatni jedziemy do Monte Carlo. Ale nigdy jeszcze wokół startu polskiej ekipy nie wytworzyło się tyle szumu i sprzecznych opinii. Nic dziwnego. Jedziemy na POLSKICH FIATACH. Jedni mówią o szansach, wszak Fiata prowadzi sam Zasada, inni o... W rajdach samochodowych nigdy nie byliśmy potęgą. Na wynik w tym sporcie składa się bowiem wiele czynników, z których umiejętności kierowcy — aczkolwiek ważne — wcale nie są decydujące. W żadnym sporcie sprzęt nie odgrywa takiej roli, jak w automibilizmie. Nawet najzdolniejszy kierowca nic nie zdziała bez odpowiednio przygoto­ wanego samochodu i obsługi na trasie. NAJWAŻNIEJSZY... Wśród mnogości rajdów rozgry­ wanych corocznie na szosach i bez­ drożach świata kilkanaście należy do tzw. liczących się, w których zwycięstwo ma dla kierowcy i pro­ ducenta samochodu dużą wartość. Ale niewiele, bo zaledwie kilka im­ prez ma rangę najwyższą. Są to rajdy dłuższe, bardziej wyczerpują ­ ce, niebezpieczniejsze, trudniejsze nawigacyjnie — lecz żaden nie cie­ szy się taką popularnością i presti­ żem jak ten, otwierający w styczniu nowy sezon automobilowy. 361 sa­ mochodów na starcie, to rekord. W tym roku jedzie 286. 60 lat temu do Monte Carlo wy­ ruszyli pierwsi rajdowcy. W tym cza­ sie samochód dostępny był nie­ wielkiej, ściśle określonej statusem majątkowym grupie ludzi i pojawie­ nie się na Lazurowym Wybrzeżu autem i to w roli sportowca było czymś niemal niezwykłym. Cóż to były za rajdy! I cóż za zawodnicy! De Lavalette, de Cortanze, Lady Jardine, hrabianka Van Limburg Stirum Van Vredenburg, i oczywiście Adam hr Potocki, Łubieński, Roztworowski... Była to raczej wyciecz­ ka pięknymi autami i z pięknymi ko­ bietami, konkurs elegancji. Pomy­ wany początkowo jako gwiaździsty zjazd do Monaco, dość szybko zmienił jednak charakter i prze­ kształcił się w prawdziwie sportową imprezę. Z roku na rok zaostrzano regulamin, wzrastały wymagania i skala trudności, aż doszło do tego, ze jedynie najlepsi z najlepszych, dysponujący odpowiednio przygoto­ wanym sprzętem i rozstawioną na trasie służbą serwisową, po wielo­ tygodniowym treningu na krętych, oblodzonych, stromych alpejskich drogach mogą walczyć o zwycięst- POLACY NA TRASIE... Po raz pierwszy nazwiska Pola­ ków pojawiły się na liście startowej Rajdu iMonte Carlo w końcu lat 26 ANDRZEJ MARTYNKIN dwudziestych. Debiut nie był jed­ przodu. Kiedyś, w 1938 r., Borowi­ nak udany. W 1929 r. Ripper'! Rozkowi i Jakubowskiemu spaliła się tworowski nie zdołali przebić się w Lancii cała instalacja elektrycz­ przez zaspy śnieżne i nie dojechali na. Przewody zastąpili zwykłym dru­ nawet na...start. W następnych la­ tem z ogrodzenia pastwiska i, choć tach, aż do wybuchu wojny, Polacy w każdej chwili groził im ponowny należełj już do stałych uczestników pożar, jechali aż spod Belgradu i RMC. Co roku z różnych miast Euskończyli rajd na 54 pozycji. ropy startowało kilka polskich za­ Tymczasem Syreny dojechały do łóg. W 1931 r. Adam hr. Potocki na Monte Carlo! Ale gotów jestem się samochodzie Praga Oświęcim zajął założyć, że takiej sztuki nie doko­ XV miejsce, a w 1935 r. Jerzy No­ nałby nikt inny. Do dziś krążą le­ wak na Fordzie — XI. Gdyby nie gendy, jak to Marek Varisella w pomylił zręcznościówki, znalazłby czterdzieści parę minut zmienił na się w pierwszej dziesiątce! Do dziś trasie tłoki. Chyba rekord świata. oba te wyniki są najlepszymi rezul­ Gdy inni kierowcy każdą wolną tatami Polaków, nie poprawił ich chwilę przeznaczali na odpoczynek, nawet Sobiesław Zasada. oddając samochód w ręce fabrycz­ Po wojnie dopiero, w 1959 r. zja­ nych mechaników, Polacy przystę­ wiliśmy się na starcie i to w sytua­ powali do prac montażowo-konsercji niejako przymusowej. Wysiłki i wacyjno-zapobiegawczych. W 1960 starania PZMot, aby Warszawa była r. wyruszyły dwie Syreny i obie jednym z punktów startowych, zo­ były klasyfikowane. W 1961 i 1962 r. stały uwieńczone powodzeniem. z czterech dojechała połowa, ale Międzynarodowa Federacja wyraziła już w 1964 r. z trzech ani jedna. zgodę i gospodarzom nie wypada­ Kierowcy zebrali wiele pochwał, ło nie wystawić własnej ekipy. Zda­ maszyna wzbudzała ogólne zainte­ wano sobie sprawę, że wobec sil­ resowanie. Powszechnie sądzono, nej konkurencji większych szans nie że to samochód wykonany własno­ mamy, ale bez względu na wyniki, ręcznie przez hobbystów i z trudem uwierzono, że jednak przez fabry­ start przynieść miał korzyści propa­ kę. gandowe. Nie bylibyśmy sobą, gdy­ by w skrytości ducha nie liczono, Syrena nie była samochodem, z że jakoś tam będzie... którym można by wiązać jakiekol­ wiek rajdowe nadzieje. W następ­ Jakoś tam rzeczywiście było. Z nych latach jeździliśmy do Monte fasonem, po polsku. Z sześciu se­ Carlo na sprzęcie zagranicznym ryjnych Simek Aronde, przygotowa­ wykorzystując osobiste kontakty nych chałupniczym sposobem przez najlepszych naszych kierowców z poszczególnych kierowców, żadna fabryką Porsche'a, Renault, BMW nie miała opon — ba, żeby z kol­ czy NSU. Wprawdzie Polacy mieli cami — nawet śniegowych, czym od zapewniony serwis fabryczny i ob­ razu na starcie wprawiliśmy w sługę na trasie, ale nieraz sa­ osłupienie rywali. W ogóle, jeśli mochód okazywał się wcale nie tak chodzi o wyposażenie rajdowe, to rewelacyjny, jak o tym pierwotnie wyróżnialiśmy się po prostu... bra­ sądzono, odbiegał osiągami od kiem takowego. Oczywiście nikt nie przygotowywanych dla swoich kie­ pomyślał o treningu na trasie, była rowców < z serwisem różnie bywa­ ona kierowcom i pilotom znana je­ ło. Na dłuższą metę ta forma dynie z mapy. A jednak nie byliś­ współpracy nie mogła mieć szans my ostatni. Do mety dojechało 220 powodzenia. Nie łudźmy się, że za­ samochodów, w tym na 166 miejs­ chodnie wytwórnie dawać nam bę­ cu Sobański—Sochacki, a na 169 dą samochody. Dość mają własnych Weiner—Jabłoński. dobrych kierowców i na tej bazie Pobiliśmy natomiast rywali... za­ sportu rajdowego nie zbudujemy. interesowaniem. Tysiące ludzi na starcie, na Placu Zwycięstwa, nie­ NA POLSKICH FIATACH... przerwany szpaler widzów aż do Modlina i we wszystkich miastach Od niedawna produkujemy samo­ w Polsce. Zagraniczni kierowcy chód, który jeszcze nie jest rajdo­ czegoś takiego nigdzie nie widzie­ wy, w pełnym tego słowa znacze­ li. Tylko w Polsce samochody wy­ niu, ale może nim być w niedale­ ruszają ze stadionów. Za małe oka­ kiej przyszłości. Fiat 125 P jest wo­ zały się place i ulice... zem wytrzymałym, o doskonałym podwoziu, lecz niezbyt rewelacyj­ NA SYRENACH.... nych przyspieszeniach. Ale właśnie ta wytrzymałość w pewnych okre­ ślonych warunkach jest jego naj­ Złośliwi twierdzili, że wyjazd Sy­ większym atutem. reną na niedzielną wycieczkę i po­ wrót bez defektu należał do spo­ „Sukces Polskich Fiatów”, „Pol­ rych osiągnięć. I takim to samocho­ skie Fiaty znów najlepsze"... Takie dem postanowiliśmy jechać do Mon­ i tym podobne tytuły ukazywały się te Carlo. Zawsze biliśmy przeciwni­ w ostatnich miesiącach niemal we ków ambicją i wolą walki. Walczy­ wszystkich gazetach. Fiaty wygra­ liśmy do ostatka, póki samochód ły na Węgrzech, zdobyły I miejsce jeszcze dyszał, póki posuwał się do (zespołowo) w Rajdzie Polskim, wszędzie tam, gdzie startowały, wstydu nam nie zrobiły. Ale pamię­ tajmy, że przez cały ubiegły rok nie jeździliśmy tam, gdzie regula­ min stwarzał duże trudności, lecz tam, gdzie rysowały się możliwości zbytu. Fiaty wyruszyły na trasę raj­ du Monachium—Wiedeń—Buda­ peszt, choć sprzeciwiał się temu PZMot., uważając go za zbyt trud­ ny. Ale właśnie rysowała się możli­ wość eksportu w tamtym kierunku, więc fabryka zdecydowała się zary­ zykować. Dwa Fiaty stanęły na star­ cie, ich jazda była uważnie obser­ wowana, podpatrywano, co się przy nich robi, jak się sprawują na tra­ sie. Oba dojechały zajmując pierw­ sze i drugie miejsce w klasie. Nie jest to żaden wielki wyczyn, ale coś o samochodzie mówi. Teraz jedziemy do Monte Carlo nie po to, żeby się pokazać ,i po­ chwalić obecnością na balu u księ­ cia Rainiera. Kierowcy i fabryka zdają sobie sprawę z niemałych trudności. Podczas treningu okaza­ ło się, że na stromych, górskich podjazdach seryjny Fiat nie może pokonać wielu odcinków w regula­ minowym czasie. Dysponuje zbyt małą mocą silnika. Aby mógł spro­ stać zadaniu, niezbędne są pewne przeróbki podwyższające moc. I dlatego, wbrew pierwotnym planom, Polskie Fiaty wystartują nie w gru­ pie I (samochodów seryjnych), lecz w grupie II (samochodów ulepszo­ nych). Fiat, nazwijmy go umownie Monte Carlo, dysponuje mocą ok. 90 KM, skrzynią biegów o innych przełoże­ niach, powiększonym z 45 do 60 li­ trów zbiornikiem paliwa, poszerzo­ nymi obręczami kół, wzmocnionym podwoziem, dźwignią biegów nie przy kierownicy, lecz w podłodze oraz innymi, drobnymi ulepszenia­ mi niezbędnymi w wozie rajdowym. Trzy Fiaty dla Komornickiego, Mu­ chy j Nowickiego przygotowuje FSO, ^ natomiast Zasada przygoto­ wuje samochód we własnym zakre­ sie, opierając się na swym bogatym doświadczeniu. Moc 90 KM jest, w porównaniu z najlepszymi wozami rajdowymi, niewielka. Oto np. Porsche z 2-litrowego silnika wyciąga 210 KM, Renault Alpine (1600 cm’) — 170 KM, Lancia HF (1600 cm’) — 135 KM. Już chociażby z tego porówna­ nia widać, co czeka naszych kie­ rowców i z kim będą współzawod- A WIĘC PO CO? Czyżbyśmy więc uważali, że Pol­ ski Fiat jest samochodem mogącym skutecznie konkurować z Porsche, Alpine i Lancią? Oczywiście, że nie. Ale... Produ­ kujemy samochód, który chcemy sprzedawać, szukamy wciąż nowych rynków zbytu. Najpiękniejsze pros­ pekty, choć przyciągają wzrok, nie mogą konkurować z reklamą, jaką daJ3 wyniki sportowe. „Chętnie kupię parę tysięcy, ale zajmijcie w kilku rajdach dobre miejsce. Muszę czymś ten samo­ chód zarekomendować" — powie­ dział jeden z zachodnich handlow­ ców podczas bytności w FSO. Gdy trzech Anglików wygrało na Hilmanie Hunterze rajd Londyn— Sydney, ludzie, którzy akurat chcieli kupić samochód, zaczęli się roz­ glądać za przedstawicielstwami koncernu Rootes, produkującego Hilmany. Skoczył popyt, za nim pro­ dukcja i kilkadziesiąt tysięcy dola­ rów włożonych przez fabrykę w start zwróciło się ze sporą nad­ wyżką. Podobnie dzieje się za każ­ dym razem, po każdym sukcesie sa­ mochodu w rajdzie. Taki, zdawało-

Strona 27

Palcem po ekranie by się, potentat jak Ford (tzw. eu­ ropejski, produkujący w Anglii i NRF), miał w ubiegłym roku bud­ żet rajdowy w wysokości 200 ty­ sięcy funtów, czyli prawie pół mi­ liona dolarów! Brytyjski koncern BLMC przeznaczył w tym samym, 1970 roku, około 120 tysięcy fun­ tów na ten cel. Kwoty ogromne, lecz przynoszące zysk. Reklama to jedna niewątpliwie ważna strona medalu. A druga, to wykorzystywanie sportu jako poli­ gonu doświadczalnego. Wypróbo­ wane w rajdach, wprowadzone po­ tem do seryjnej produkcji unowo­ cześnienia mają niebagatelny wpływ na coraz lepszą jakość sa­ mochodów. To, co doświadczone fabryki osiągają po latach prób, doświad­ czeń i eksperymentów, jest dla nas oczywiście nieosiągalne w ciągu kilku tygodni czy miesięcy. Ale powtórzmy, skoro produkujemy do­ brej klasy samochód, musimy za­ cząć robić to co inni. Nie liczymy na pokonanie Porsche, ale, zacho­ wując proporcje, liczymy na to, że Polski Fiat zajmie dobrą pozycję na europejskim rynku. Te kilka czy nawet kilkanaście tysięcy dolarów, które wydamy na start w Rajdzie Monte Carlo, okażą się dobrą in­ westycją, jeśli dzięki rajdowi sprze­ damy bodaj kilkadziesiąt Fiatów więcej. Jest to ryzyko, które musi­ my podjąć. A za rok, dwa, czy trzy...? Kto wygra? PORSCHE — 4-krotny kolejny zwycięzca RMC. Teraz znów faworyt nr 1, ale... eki­ pa fabryczna atartuje nie na wypróbowa­ nym, bezkonkurencyjnym typie 911 S, lecz na nowym wozie 914/6 (tzw. volksporache). Puszczania nie wypróbowanej Jesz­ cze maszyny Jest sporym ryzykiem. O starcie 914/6, a nie 911 S, zadecydowały wyłącznie wzglądy komercjalne (spółka z VW). Atutem Porsche Jest trójka kierow­ ców: Ake Anderson, Gerard Larousse I Bjorn Waldegaard (dwukrotny zwycięzca RMC). Wszyscy trzej startują z Warszawy (grupa 4-Specjal GT). LANCIA 1600 HF (grupa 4). Bardzo po­ ważny rywal, szczególnie po ostatnim zwycięstwie w niezwykle trudnym Rajdzie Angielskim. 5 maszyn fabrycznych popro­ wadzą: Harry Kallstrom I Simo Lamplnen (start z Aten), oraz Sandro Munari, Serglo Barbasio i Amllcare Ballestrlerl (start z Marakeszu). ALPINE RENAULT — 6 maszyn fabrycz­ nych 1600 S (grupa 4). Może nareszcie uda się, wozy tej marki przegrały ostat­ nie rajdy do Porsche na ostatnich kilo­ metrach. Do pełnej sławy brakuje Alplne tylko zwycięstwa w RMC. Doborową staw­ kę, startującą z Marakeszu, stanowią Ove Andersson, Jean Claude Andruet, Bernard Damlche, Jean Plerre Nicolas, Jean Luc Therler I Jean Vinatier. Teoretycznie powinien wygrać Jeden z wymienionych samochodów. Czarnym ko­ niem jest natomiast japoński DATSUN. Po bezapelacyjnym triumfie w Safari 70 I dobrych rezultatach w kilku rajdach eu­ ropejskich, Japończycy puszczają do bo­ ju trzy wozy nowego typu — 240 Z (b. lekkie, silnik o mocy 230 KMI). Grupa 4. Za kierownicami: Van Bergen, Rauno Aaltonen I Tonny Fali. Start z Monte Inni konkurenci FIAT. Włoskie maszyny 124 Spyder 1600 (grupa 4) miały Jut niezło wyniki w raj­ dach. Asami są: Nlcola Paganelll, Rubblerl I Llndberg (wszyscy startują z Aten). BMW — najliczniej reprezentowana marka, około 40 wozów, ale tylko kitka w ekipie fabrycznej. BMW chce zdys­ kontować mistrzostwo Europy (1970) w wyścigach samochodów turystycznych. Najlepsi: Maublanc, Koob, Warmbold I Ballot Lena (wszyscy na 2002 Tl, w gru­ pie 1 lub 2). AUTOBIANCHI A 112 — dwa wozy w grupie 2, kierowane przez Rogera Dubos I słynnego Renó Trautmana. ALFA ROMEO — 4 wozy GTAM, z 200konnyml silnikami, w grupie 2. Wielka niewiadoma. Za kierownicami: Planta, Baralller, Verrler i „Christine". OPEL nie startuje oficjalnie, choć Ja­ dzie kilku kierowców na „prywatnych" samochodach, wśród nich Jean Ragnottl na Kadecie I Marle-Claude Beaumont (mi­ strzyni Francji) na Commodore GS. Nieobecni w RMC 1971: FORD (I) — przygotowuje się do Safari, Mistrzostw Europy I rajdu Londyn—Sydney (1972). BLMC, ROOTES I Inne marki angielskie. CITROEN, VOLVO, SAAB, MERCEDES, NSU. Oczywiście wozy tych typów mogą znaleźć się na starcie, ale będą to sa­ mochody prywatne, bez oficjalnej pomo­ cy wytwórni. Przypominamy triumfatorów ubiegłorocz­ nych: 1) Waldegaard—Helmer (Porsche 911 S), 2) Larousse—Gelln (Porsche 911 S), 3) Nicolas—Roure (Alplne 1300), 4) An­ dersson—Thorsellus (Porsche 911 S), S) Clark —Potter (Ford Escort TC), 6) Balleslrlerl—Audetto (Lancia Fulsla 1600), 7) Maklnen—Llddon (Ford Escort TC), 8) Barbaslo—Mannucl (Lancia Fulvla 1600), 9) Charrlere—Castel (Alplne 1600), 10) Pian­ ia—Paleari (Lancia Fulvla 1600). Załoga Smorawlńskl-Zembrzuskl w BMW 2002 Tl, Jedna z naszych ekip w 40 Rajdzie Monte Carlo - FoL Z. Staszyszyn BUNUEL I KOBIETKI Reżyser hiszpański, Luis Bunuel, należy do tych krzepkich, niezmor­ dowanych, operatywnych starców jak Wańkowicz czy Ćwiklińska. Grubo po siedemdziesiątce, a ciągle coś kręci ł ciągle jest w czołówce reży­ serów filmowych, podczas gdy jego rówieśnicy już dawno drzemią, już dawno poszli na emeryturę (albo na zieloną trawkę), zaszyli się w miękkie fotele i w sklerozę. A przecież robienie filmu to, nie jest to samo, co pisanie powieści.’ Jest to robota dla ludzi młodych, a przy­ najmniej w średnim wieku, robota, przy której czasem trzeba nabiegać się do upadłego i nawrzeszczeć do zupełnego zachrypnięcia. I otóż ten starzec jest wciąż na pierwszej łinii j nawet pracuje na dwa fronty. Jedną ręką robi filmy zastanawiające i ambitne, drugą — filmy kasowe i komercjalne, w których niejednokrotnie kpi sobie ze wszystkich w żywe oczy. Film Bunuela „Piękność dnia", który właśnie idzie na ekranach, należy do tych bunuelowskich filmów drugiego sortu, drugiej kategorii. Reżyser wziął tu ekstra gwiazdę francuską, Catherine Deneuve, bardzo dziś modną, drewnianą, chudą, zimną jak galareta topielicę, wstawił do scenariusza opartego na tandetnym, przedwojennym powieścidle, kazał jej rozbierać się po dziesięć i piętnaście razy, kazał ją chłostać (dosłownie), obrzucać błotem (dosłownie), w końcu wrzucił ją do łóż­ ka z bezzębnym apaszem, ze starym Chińczykiem grubym jak komoda oraz z rekordowo obrzydliwym kupcem, zdaje się, że galanteryjnym, no i kazał jej z tymi wszystkimi osobnikami przeżywać rrrrrozkosze takie, że ho! ho!, takie, że naprawdę trudno je wyobrazić sobie. Cała historyjka jest oparta — jak powiedziałem — na powieści przedwojennej i raczej drugorzędnej, chociaż napisał ją pan Kassel, pisarz ongiś renomowany, i nawet członek Akademii Francuskiej. Cala historyjka jest wyraźnie nieświeża i wyraźnie przedwojenna, chociaż powstawiane są do niej telewizory i najnowsze modele samochodów. Ale model wyobraźni tych ludzi! Oto młoda małżonka o usposobieniu wyraźnie masochistycznym, strasznie niezadowolona, bo mąż jest w stosunku do niej zbyt harcerski, za mało brutalny. Takie rzeczy oczy­ wiście zdarzają się i dziś. Ale sny tej pani! Snią się jej ni mniej ni więcej tylko lokaje, chce być chłostana i poniewierana przez lokajów, i to lokajów bardzo przepisowych, w liberiach. I otóż komu dzisiaj śnią się lokaje, kto chce być bity i poniewierany przez lokajów? Pani ta marzy o tym, żeby sobie troszeczkę pogrzeszyć i robi to — no, gdzie? — Oczywiście w domu schadzek. A do tego domu schadzek przychodzi oczywiście dwóch apaszów, jeden stary, drugi młody, apa­ szów o wyglądzie takim, że już na sam ich widok każdy policjant przy zdrowych zmysłach sięgnąłby od razu po rewolwer, apaszów zupełnie jak z przedwojennych piosenek o bandytach i czarnej Mańce. Przy­ chodzi również renomowany ginekolog paryski, też ma on obsesje lokajskie, wkłada lokajską czapkę i mówi do k....: — Jaśnie pani... Stary obleśnik wyraźnie sobie w tym filmie zadowcipkował, wyraźnie naigrawa się z aktorów, z ewentualnych widzów, ze wszystkich. I po­ myśleć, że z okazji tej historyjki, nawet nieźle, aczkolwiek trochę po staroświecku, zmajstrowanej, wypisywane są w poważnych tygodnikach tasiemcowe elaboraty o... naturze kobiety. I tak na przykład w „Poli­ tyce" Kałużyński z okazji tego filmu przypomniał powiedzenie Freuda, że kobieta jest z natury niemoralna... A właśnie: jakie właściwie są kobiety? Zdaje się, że różne. Jedne takie, a drugie takie, to znaczy takie same jak pierwsze, ale troszecz­ kę inne. Czy są takie, które mając przyzwoicie wyglądającego męża, lubią sobie od czasu do czasu pofiglować ze starym, obleśnym Chiń­ czykiem? Niewykluczone, że są. Czy są takie, które lubią dostawać w skórę przed stosunkiem, a może i podczas? Niewykluczone, że są. Przestrzegałbym jednak przed pochopnymi uogólnieniami i przed generalizaoją, bo można się srodze rozczarować. W stosunku do kobiet i w stosunkach z kobietami, jak w ogóle w stosunku do wszystkich i w stosunkach ze wszystkimi, obowiązuje polityka elastyczna, w prze­ ciwnym razie można się sparzyć i iść na zieloną trawkę. Ale ja tu piszę i piszę, a tymczasem za ścianą wrzaski. Pan domu wrócił podchmielony i zaczyna łoić żonę, zupełnie jak lokaj z filmu Bunuela. Może on obejrzał „Piękność dnia", może przejął się tym wszystkim, co ma do zakomunikowania Bunuel? Eee, wątpię, zdaje się, że on do kina nie chodzi, a z żoną postępuje tak zawsze. No, i wyobraźcie sobie, że kobieta jakoś nie wygląda na osobę szczęśliwą. Ale to może dlatego, że kobiety potrafią się sprytnie kamuflować i konspirować, oj, potrafią... JAN ZBIGNIEW SŁOJEWSKI 27

Strona 28

Postęp techniczny Tępić jeleniu trojańskiego! JERZY SURDYKOWSKI Jak wynika z brodatego już „święty spokój". Metoda łatwa, prosta i mało pracochłonna. Stosowana bywa również w po­ dowcipu, kilku panów, staci tzw. „dopisywania się" do cudzych wyna­ obdarzonych niejakim zmysłem lazków i usprawnień. racjonalizatorskim, postanowiło zwyczajny agrest zmienić Metoda czwarta: na pracowitość w szlachetne winogrona. W przeciwieństwie do poprzedniej jest ona pracochłonna, uciążliwa i niezbyt bez­ Operacji tej, która jakoby nader pieczna, przeto bywa stosowana raczej przez przyniosła im znaczne korzyści pracowników nisko usytuowanych w hierarchii służbowej. Praktykujące ją osoby, wykonując materialne, dokonali pozbawiając w ramach swych obowiązków służbowych prace agrest — przy pomocy żyletki konstrukcyjne lub montażowe związane z po­ stępem technicznym, ^przyoszczędzają" nieco „Polsilver” — jego naturalnego części i podzespołów, które potem można użyć zupełnie gdzie indziej i do czegoś zupełnie in­ owłosienia. Osobiście nego. Metoda popularna w dziedzinach, gdzie powątpiewam w realność można „zmontować coś i opędzlować na boku” oraz tam, gdzie mnogość podzespołów i części zaprezentowanej metody robienia utrudnia kontrolę; np. w elektronice. pieniędzy. W dobie gwałtownej rewolucji naukowo-technicznej Metoda piąta: na... cztery litery technologia golenia agrestu Ta z kolei stosowana jest niezmiernie szero­ wydaje się wyjątkowo ko — od Bałtyku do Karpat — we wszystkich omalże placówkach z postępem techniki zwią­ pracochłonna i przestarzała. zanych. Ponieważ, w myśl wciąż obowiązują­ Wszak sam postęp techniczny cych przepisów, wynagrodzenie pracowników biorących udział w wykonywaniu zleceń jest dostarcza nowych, nie znanych zależne od liczby poświęconych na ten cel go­ nader łatwo jest liczbę tę rozdymać, dotąd możliwości: miast golić dzin, zwłaszcza iż sprzyja temu struktura organiza­ agrest, można „golić” fundusze cyjna placówek tzw. „zaplecza naukowego prze­ mysłu". Metoda owa jest nie tylko nieuczciwa; na ten postęp przeznaczone... ponadto jeszcze prowadzi do obniżenia wydaj­ pracy umysłowej, rozrostu czynności biu­ Oto kilka metod, ności rokratycznych i kreślarskich oraz do zaniku ini­ zaobserwowanych w instytutach, cjatywy. No bo, jeśli „licznik” znajduje się nie w głowie, tylko w... fabrykach i uczelniach. Można byłoby listę niniejszą kontynuować, Wydają się pouczające. przytaczając szereg dalszych metod, pozwalają­ Metoda pierwsza: na murzyna Do zespołu osób realizujących zlecenie na prace naukowo-badawcze, ekspertyzy, opraco­ wania dokumentacji itd. dopisuje się osoby fik­ cyjne — tzw. „murzynów". Obecność „murzy­ nów" na liście płac pozwala podnieść apanaże niektórych pozostałych osób. Za swe usługi „murzyn" otrzymuje zwyczajową zapłatę w wy­ sokości 10—15 proc, wymurzynowanej sumy. Metoda druga: na kolegę Ponieważ przepisy o ruchu racjonalizatorskim są sformułowane tak, iż zabraniają pracowni­ kom zajmującym stanowiska kierownicze i inży­ nieryjno-techniczne zgłaszania usprawnień z za­ kresu powierzonego im odcinka pracy, które to usprawnienia powinni zgłaszać i wprowadzać w ramach swych obowiązków służbowych bez dodatkowego ekwiwalentu, bywa niekiedy, iż fir­ mowanie pomysłu proponuje się „koledze z pro­ dukcji", w zamian za pewne korzyści material­ ne. Zdarzają się też „umowy" innego typu: kon­ struktor świadomie umieszcza błąd w dokumen­ tacji, który współdziałający z nim „kolega" po­ prawia, zyskując chwałę i tytuł racjonalizatora, lecz oczywiście tylko uzgodnioną część przypa­ dającego za „usprawnienie" wynagrodzenia. Metoda trzecia: na szefa Kierownicy komórek organizacyjnych w przed­ siębiorstwach, uczelniach lub instytutach, zwy­ czajowo nieomal partycypują w części wynagro­ dzenia otrzymywanego za prace, wykonywane przez zespoły złożone z ich podwładnych. Dla księgowych jest to wynagrodzenie za nadzór, podczas gdy w rzeczywistości bywa ono po pro­ stu wynagrodzeniem za brak nadzoru i tzw. 28 cych, na przykład, biuru projektów uzyskać zle­ cenie na dokumentację nikomu niepotrzebną i do niczego-nie służącą, pozwalających sfinan­ sować z funduszu postępu technicznego zakup i zainstalowanie telewizora w gabinecie dyrek­ tora lub jego zastępcy, bądź też na sfinansowa­ nie z tego funduszu remontu prywatnego samo­ chodu osobowego; pozwalających wreszcie choćby na nabywanie z pieniędzy państwowych znacznych ilości części radiotechnicznych słu­ żących potem (do prywatnego już) konkurowa ­ nia z usługami ZURiT. Nie w tym rzecz, pora bowiem na przed­ stawienie zagadnienia w szerszym nieco aspek­ cie, a potem na wyciągnięcie wniosków. Za­ nim to jednak nastąpi, stwierdzić należy, iż wspólną cechą wymienionych tu metod jest stosowanie ich przez pracowników inżynieryj­ no-technicznych naszych przedsiębiorstw, biur, uczelni i instytutów w trakcie wykonywania do­ datkowych prac zarobkowych poza ich nor­ malnymi obowiązkami zawodowymi. Jak wy­ nika z pochodzących jeszcze z 1963 roku, lecz opublikowanych w 1970 roku, badań nad inży­ nierami zatrudnionymi w Warszawie w przed­ siębiorstwach podległych MPC *), nie wyko­ nuje takich prac 32,8 proc, inżynierów z na­ kładów przemysłowych, lecz już tylko 14,9 proc, z biur projektów i 20,4 proc, z instytutów. Nie­ stety, nowszymi danymi nie dysponuje ani NOT, ani GUS, ani też żadna z instytucji, do któ­ rych niżej podpisany się zwracał. Problem więc — choć nieco wstydliwy — istnieje, wy­ pada więc przyjrzeć mu się bliżej. No bo przecież im głupsza praca, tym lepiej można na niej zarobić! Niestety, to znane — szczególnie wśród in­ żynierów — powiedzenie, w zestawieniu z re­ aliami ich pozasłużbowych zajęć zarobko­ wych, staje się zastraszająco prawdziwe. Wprawdzie tzw. „prace zlecone" charaktery­ zują się na ogół rozsądną stawką godzinowe­ go wynagrodzenia, jednak tylko dla pra­ cowników zatrudnionych formalnie na stano­ wiskach typu badawczego. Inżynier natomiast z długoletnią praktyką, zatrudniony w wyższej uczelni na etacie naukowo-technicznym, wyko­ nuje swe pozasłużbowe prace z wynagrodze­ niem 15—16 zł za godzinę, a więc mniej niż otrzymuje pracujący w nadgodzinach pracow­ nik fizyczny. Stąd pokusa, by... patrz metoda pierwsza, czwarta i piąta. Stąd i przypadki niezwykłej tolerancji przełożonych wobec zwy­ kłej nieuczciwości. Wielu inżynierów „dorabia" pracując jako wykładowcy na różnego rodzaju kursach lub w szkołach zawodowych. I tu również spraw­ dza się wspomniane przed chwilą powiedze­ nie. Wprawdzie za wygłoszenie prelekcji lub odczytu o charakterze naukowym można otrzy­ mać 300 zł, lecz zebranie materiałów i rze-. telne przygotowanie do niej wymaga oczywi­ ście czasu i wysiłku zupełnie nieproporcjo­ nalnego do tych trzech setek. Łatwiej więc bez specjalnego trudu wykładać kilka godzin dziennie na masowych kursach o niskim po­ ziomie przy stawce 40 zł za godzinę lub po prostu udzielać korepetycji licealistom po 100... Bywa, że doświadczony inżynier lub pra­ cownik naukowy napisze książkę albo pod­ ręcznik z zakresu swej specjalności. Udaje się wówczas do odnośnego wydawnictwa i tu dowiaduje się, iż otrzyma za arkusz autorski stawkę 1800—2000 zł, to jest tyle, ile dostaje debiutujący prozaik. Można oczywiście uznać równouprawnienie twórcy beletrystyki z twór­ cą technicznym za rzecz chwalebną, trudno jednak nie przyznać, iż w utworach tego ostat­ niego ani jedno zdanie nie może być wyssa­ ne z palca, podczas gdy w beletrystyce by­ wa różnie. Dowcip, ile zarobiłby dziś Einstein, gdyby przyszedł do PWN, jest stary i przyta­ czać go tu nie będę. Cóż jednak z tym, co w pracy inżyniera, projektanta oraz naukowca najważniejsze i na czym powinien on móc zarobić najwięcej, a mianowicie z twórczą działalnością technicz­ ną? Z pomysłami, usprawnieniami, wynalazka­ mi? Wydawałoby się, że powinny tu istnieć bodźce skłaniające do tego, by inżynierowie — miast poszukiwać łatwych i nie męczących wykładów lub wprawiać się w stosowaniu me­ tod wymienionych na wstępie — poświęcali część swego wolnego czasu na myślenie o tym, co też mogliby usprawnić lub wynaleźć. Tymczasem sprawy związane z wynalazczością i z wynagrodzeniem jej luminarzy są niestety przedmiotem anegdot równie niewesołych, jak ta o Einsteinie. Ryzyko, iż — dobry, nadający się do wy­ korzystania — wynalazek, w który autor za­ inwestował wiele sił, czasu i pieniędzy, nie zostanie mimo wszystko wykorzystany, jest nie­ stety zbyt duże, by skłonić najzdolniejszą część naszej kadry naukowo-technicznej do wynalazczości jako do metody osiągania do­ datkowych zarobków. Szkoda to wielka, bo­ wiem celem, do którego zmierzać powinien cały system pozasłużbowych zajęć tych ludzi, powinno być nie uzupełnienie zarobków lub też doraźne łatanie braków kadrowych, lecz MAKSYMALNE WYKORZYSTANIE OGROMNE­ GO POTENCJAŁU MYŚLI, DOKONAŃ I MOŻ­ LIWOŚCI, JAKI REPREZENTUJE RZESZA POL­ SKICH INŻYNIERÓW I TECHNIKÓW. Wykorzystanie to jest bezwzględnym warun­ kiem naszego dalszego rozwoju i bez niego nie poprawimy ani swej pozycji w świecie, ani swego materialnego bytowania. Przez 25 lat inwestowaliśmy ogromne sumy w kształcenie kadry naukowej i technicznej, a dziś wreszcie musimy wejść w okres coraz pełniejszego pro­ centowania tego wyłożonego przez nas wszyst­ kich kapitału. Warunkiem jest jednak stworze­ nie mocnych i silnie działających bodźców dla twórczej działalności technicznej i dla wdrożenia jej efektów, niezależnie od tego, czy odbywa się ono w ciągu 8 ustawowych godzin dziennie, czy też później.

Strona 29

Otóż zarysowuje się obecnie szansa, by bodźce te zaczęty działać przynajmniej w cią­ gu tych 8 godzin, choćby nawet w niektórych tylko instytucjach. Powoli bowiem i z opora­ mi toruje sobie drogę, a nawet znajduje swe odbicie w przepisach przekonanie: że Myśl jest towarem! A towar można wytworzyć, kupić, sprzedać i zarobić na tym pieniądze. Od 1 stycznia 1971 wprowadzono nowy system finansowania prac badawczych. Za podstawową jednostkę, na którą przydzielone są środki finansowe, uznaje się konkretny problem badawczy, nie zaś konkretne biuro lub instytut. Placów­ ka odpowiedzialna za rozwiązanie problemu dysponuje tymi środkami i zawiera z innymi placówkami naukowo-technicznymi umowy do­ tyczące wykonania zadań częściowych składa­ jących się na to rozwiązanie. Każda zaś tego rodzaju placówka, działająca w myśl nowego systemu, w swych stosunkach z kontrahenta­ mi — niezależnie od tego, czy są to inne pla­ cówki badawcze, przemysł czy partner za­ graniczny — stosować będzie sprzedaż swych prac badawczych, projektowych i wdrożenio­ wych osiągając w ten sposób konkretny i ła­ twy do obliczenia zysk, bądź przynosząc rów­ nie łatwą do policzenia stratę. W niektórych placówkach dla wzmocnienia tego mechaniz­ mu stworzony zostanie tzw. „fundusz efektów wdrożeniowych", na który złoży się część zy­ sku osiągniętego przez przemysł w wyniku wdrożęnia zakupionych opracowań. W zależności od wzrostu zysku rosnąć mo­ gą zarobki pracowników, a więc zarabiać oni mogą tym lepiej, im lepiej i skuteczniej myślą, im celowiej efekty tego myślenia wdrażają. Przestają ponadto działać czynniki skłaniające dotąd do nadmiernej rozbudowy struktury (zwłaszcza biurokratycznej) instytutów i biur projektów, do odseparowywania się konstruk­ tora, technologa i projektanta wzajemnie od siebie, do tworzenia dokumentacji na tony, rozdymania liczonych w godzinach zleceń i do wykonywania prac nikomu niepotrzebnych. Oczywiście nie jest to proces łatwy, po­ nieważ zmiana nie obejmuje jeszcze wszyst­ kich placówek nadkowo-technicznych, a tam, gdzie obejmuje, działa w warunkach wytworzo­ nych przez stare przyzwyczajenia, metody i na­ wyki, a nawet stare — nie zmienione dotąd — przepisy. O trudnościach, jakie te no­ we prądy napotykają, pisałem z górą pół ro­ ku temu w nrze 26 ubiegłorocznych „Perpektyw” i daleki jestem od twierdzenia, iż z dniem 1 stycznia 1971 zaczęliśmy generalnie i po­ wszechnie cenić myśl techniczną niby złoto i na wagę złota nagradzać, lecz niewątpliwie — w ramach istniejących instytucji — zro­ biono już sporo. Czas więc, by wreszcie zro­ bić to samo i poza ich ramami, a w ogólności we wszelkiej pozasłużbowej działalności inży­ nierskiej. która pretenduje do miana twórczej. Przede wszystkim jednak: Przestańmy bać się pieniędzy! Nie jest prawdą twierdzenie, iż każdy do­ bry wynalazek musi zostać koniecznie zasto­ sowany. Natomiast prawdą jest, że każdy za­ stosowany wynalazek powinien przynieść wie­ le. Niestety owo „wiele" nie bywa dziś do­ strzegalne ani przez zainteresowanego wyna­ lazcę, ani przez spożytkowujący wynalazek prze­ mysł. Przemysł, owszem, chętnie zarobiłby na wynalazku, czemu sprzyja coraz powszechniej­ sze stosowanie dla jego oceny wskaźnika zysku, lecz nikt — kto liczy się z tym wskaźnikiem — nie kupi wynalazku nie dopracowanego i nie­ pewnego. Z kolei wynalazca nie ma środków na dopracowanie swoich pomysłów, jeśli zaś jest pracownikiem danego przedsiębiorstwa, to środki te znajduje... nie zawsze, a jeśli tak, to i z ogromną trudnością. Brak tam — niezbędnej <w sprawach nagłych a pilnych — elastyczności i możliwości wydatkowania znacznych sum na cele nie związane z planową, statutową dzia­ łalnością. Nie bardzo wiadomo, jak wynalazek rozpowszechniać, jak go sprzedać za granicę, jak wreszcie wypłacić autorowi wynagrodzenie. Można załamywać ręce nad dżunglą przepi­ sów (ok. 40 aktów normatywnych reguluje w Polsce sprawy wynalazczości), nad biurokra­ cją, nad humorystycznym niemal baczeniem, by wynalazca nie otrzymał choć złotówki za dużo. Z drugiej strony nie można wymagać od przedsiębiorstwa produkującego wyroby skądinąd cenne i potrzebne, by natychmiast przerzucało się na coś innego z tej tylko przy­ czyny, iż jeden z pracowników owo „coś" w godzinach wolnych od zajęć wymyślił. Oka­ zuje się bowiem, że wynalazki rodzą się nie zawsze tam, gdzie się ich spodziewamy. W USA 60 proc, wynalazków powstało poza ośrod­ kami badawczymi, a jednocześnie większość wynalazków pochodzi od grupki wynalazców najwybitniejszych. Dla nich właśnie, dla spo­ żytkowania wszelkich pomysłów, wybitnych usprawnień i wynalazków na ogół marnujących się w istniejących ramach organizacyjnych, na­ leżałoby utworzyć specjalne PRZEDSIĘBIOR­ STWO DO SPRAW WYNALAZKÓW zajmujące się zbieraniem, badaniem, opracowywaniem i późniejszą sprzedażą dopracowanych i goto­ wych do zastosowania projektów. Przedsiębior­ stwo takie mogłoby działać przy NOT łub KNiT lub też, gdyby tych przedsiębiorstw było więcej, przy resortach gospodarczych. W jego luźnej, a wymagającej inicjatywy i rzutkości strukturze, znaleźliby niewątpliwie możliwość pełnego spożytkowania swych talentów - ci nasi znakomici i operatywni organizatorzy niewiel­ kich, lecz dynamicznych przedsięwzięć, któ­ rzy dziś nader często — z braku innych moż­ liwości — znajdują pole do działania w sekto­ rze prywatnym. Przedsiębiorstwo takie, mając uprawnienia centrali handlu zagranicznego, powinno też przełamać MIT O PIENIĄDZACH, KTÓRYCH „NIE MOŻNA UGRYŹĆ". Długa jest bowiem lista dokonanych wynalazków, które mogłyby stać się punktem wyjścia do zyskow­ nej produkcji eksportowej lub znaleźć zastoso­ wanie za granicą, a nie znajdują go ze wzglę­ du na brak inicjatywy i sztywność struktury przedsiębiorstw. Ponieważ pieniędzy, które moż­ na zarobić na opartym o wynalazek eksporcie „ugryźć” się jakoby nie da, wiele uznanych wy­ nalazków pozostaje wartością wyłącznie poten­ cjalną, a ich autorzy nie otrzymują wynagrodze ­ nia. Stwarza to antybodziec dla kolejnych auto­ rów, ponieważ dobrze oni wiedzą, iż inż. X lub Y wynalazek opatentował, rewelacyjny prototyp wy­ konano... i na tym rzecz się zakończyła. Miast więc myśleć o wynalazkach następnych, my­ ślą o innych — bardziej realnych — środkach uzupełnienia budżetu. Powiedzmy bowiem jasno, że prócz obawy przed pieniędzmi, których rzekomo „nie da się ugryźć", żywimy nieuzasadnioną obawę przed pieniędzmi, które wynalazca mógłby otrzymać. Prawo dopuszcza jako najwyższą kwotę wynagrodzenia wynalazcy 0,5 min (w praktyce niemal nigdy nie spotykaną), pod­ czas gdy w totolotka można wygrać milion! Powiedzmy jasno, że — by wynalazczość sta­ ła się atrakcyjniejsza od prac zleconych, ła­ twych wykładów, czy po prostu zwykłych kre­ śleń — pieniądze, jakie można otrzymać za znakomity wynalazek muszą być również zna­ komite. W świadomości społecznej, w żarcie, piosence, wciąż szczytem finansowego awansu jest szczęśliwy totolotkowicz, a nie szczęśli­ wy wynalazca. Charakterystyczne. Musi być odwrotnie, jeśli nie chcemy stać się techniczną i naukową prowincją. Przedsiębiorstwo do spraw wynalazków nie urodzi się jednak natychmiast i nie natych­ miast zmieni się atmosfera wokół wynalaz­ czości. Czy dla poprawy wykorzystania myślo­ wego potencjału środowiska naukowo-technicz­ nego i dla usprawnienia narzędzia, jakim są dodatkowe prace zarobkowe przez to środo­ wisko wykonywane, można uczynić coś wcze­ śniej i szybciej? Oczywiście. Już z 1967 roku pochodzi uchwa­ ła KERM nr 244 w sprawie powoływania ze­ społów do realizacji szczególnie ważnych za­ dań rozwojowych pozwalająca na pełne odej­ ście od godzinowego systemu rozliczania prac zleconych i na przeniesienie „licznika" z sie­ dzenia do głowy. Dlaczego nie znajduje ona łaski iu księgowych i dyrektorów, którzy wolą pracować po staremu? Dlaczego zwyczaj orga­ nizowania brygad racjonalizatorskich objął tyl­ ko niektóre zakłady przemysłowe, a nie insty­ tuty i uczelnie? Znów prawdopodobnie przy­ zwyczajenie do starych metod pracy. Dlaczego gospodarstwa pomocnicze tych uczelni, skupia­ jące znakomitych fachowców i pośredniczące właśnie w pozasłużbowym wykorzystaniu cza­ su zatrudnionych w tych uczelniach pracow­ ników, są przykładem struktur skostniałych i zbiurokratyzowanych, zamiast stawać się po­ woli małymi przedsiębiorstwami do spraw wy­ nalazków, do czego już dziś mają pełne moż­ liwości? Dlaczego gospodarstwa te płacą za przesiedziane przez inżynierów i naukowców godziny, godząc się po cichu na wiele — co najmniej — nieprawidłowości i „sposobów", lecz nie płacą ani grosza za zastosowane w tych pracach wynalazki? Gorzej. Bywa, że je­ śli współpracujący z nimi kontrahent — przed­ siębiorstwo przemysłowe — wynagrodzenie ta­ kie zapłaci, nie można go z powodu trudności biurokratycznych przekazać zatrudnionemu w uczelni autorowi. Powie ktoś, że by stworzyć silniejsze bodźce dla naprawdę twórczej pracy inżynierskiej, by za dobry pomysł dać dobre pieniądze, bra­ kuje nam po prostu środków. Nieprawda, środ­ ki takie istnieją. Są nimi, po pierwsze, owe — wspomniane już „pieniądze, których nie moż­ na ugryźć": po drugie zaś może wyzwolić je ograniczenie objętości produkowanej przez sa­ mych inżynierów dokumentacji. Choć podjęto w tym *kierunku pewne kroki i choć, o czym też wspomniałem, istnieją nadzieje na popra­ wę w niedalekiej przyszłości, to jednak wciąż obowiązujące przepisy i utarta praktyka sprzy­ jają rozdymaniu dokumentacji ponad wszelką miarę i topieniu w niej zastraszającej ilości pieniędzy. Niedawno w jednym z biur projek­ tów na Wybrzeżu- odgrzebano dokumentacje domów z wczesnych lat pięćdziesiątych — liczyły one po około 50 stron — dziś doku­ mentacja szaletu publicznego jest dwukrotnie większa! Sprawa bodźców i wynagrodzeń za pozasłuż­ bową pracę zarobkową wymaga uporządko­ wania i dobrze byłoby, gdyby poświęcił jej nieco uwagi zbliżający się IV Kongres Techni­ ki Polskiej. Mamy bowiem do czynienia z ob­ szarem pełnym sprzeczności i nonsensów, a poruszając się po nim łatwo dojść do wnio­ sku, iż dobrobyt przynieść może raczej jakieś pracowite „golenie agrestu" lub powielanie od dawna znanych rozwiązań, niż wymyślanie roz­ wiązań nowych i znakomitych. Marazm, organizacyjny konserwatyzm i — popierana przez przepisy — obawa przed pie­ niędzmi, które można byłoby zarobić, rodzą w środowisku technicznym sceptycyzm i nie­ ufność wobec działalności twórczej. Ten scep­ tycyzm dałoby się przeliczyć na złotówki: każ­ dy nie dokonany wynalazek oznacza stratę. Każdy wynalazca, który w poszukiwaniu lep­ szych perspektyw osobistych udał się za gra­ nicę, oznacza stratę podwójną — także po­ lityczną. — Wobec przemysłu jesteśmy „koniem tro­ jańskim" nowoczesności — stwierdził wobec dziennikarza szef pewnej placówki rozwojowej. — Ja czuję się raczej jeleniem trojańskim — dorzucił półgębkiem jego podwładny... Powtarzam: ile dziś płacimy za ten — wciąż uzasadniony — sceptycyzm? Przedwczoraj, dziś, ijutro... A POJUTRZE!? •) Jan Hoser „Zawód I praca inżyniera". „Ossoli­ neum" 1970 r. 29

Strona 30

MROCZKI ROBJOfYĆ Stroje włóczkowe ręcznie robio­ ne są znowu bardzo modne. Moda skłoniła nawet dziewiarstwo przemysłowe do naśladowania pracy ręcznej — produkuje się specjalne maszyny, które pozwala­ ją uzyskać równie szlachetny efekt, elastyczność i odporność na de­ formację. W naszym klimacie dżerseje z puszystej wełny, miękkie, cieple i niemnące, są użyteczne przez cały rok. Oprócz swetrów nosi się suknie, kamizele, spodnie, żakiety, płaszcze, a nawet męskie garnitury robione z włóczki. Komponowanie modnych strojów włóczkowych we własnym zakresie pozwala nadać im unikalny cha­ rakter, ale nie każdy to potrafi i nie każdy ma na to czas. Na więk­ szą skalę produkcję rękodzielniczą dżersejów podjęły spółdzielnie dziewiarskie Cepelii, działające w całym kraju. Wzornictwo każdej z nich ma cechy indywidualne, zwią­ zane z regionem, dla którego prze­ znaczają swoje wyroby. Najstarszą spółdzielnią dziewiar­ ską jest „Poziom", który istnieje już 20 lat i zdobył uznanie za pro­ dukcję „na poziomie". Zatrudnia obecnie 450 chałupników, niemal wyłącznie kobiety, dla których pra­ ca w domu z wielu względów jest jedyną formą pracy zarobkowej. W ciągu roku z 20 ton wełny i 24 ton anilany powstaje około 100 000 ubiorów dzianych w 80 wzorach krótkoseryjnych. Ostatnio prezento­ wana kolekcja była niesłychanie kolorowa. Zaproponowano ubiory na wszy­ stkie pory dnia i roku. Moda przy­ wróciła znowu do łask suknie, obok nich komplety składające się ze spódnicy lub spodni z różnego ro­ dzaju swetrami, żakietami, golfami, kaskami, kamizelami, ponchami lub chustami. Niebanalne były długie płaszcze z imitacją futerka zrobio­ ną z włóczki oraz stroje podróżne i garnitury męskie w stylu sporto­ wym. Stroje młodzieżowe, składające Się z mini-sukienki, lub mini-spodenek z bluzką oraz mini-pończoch sięgających trochę ponad kolano, budziły duże zainteresowanie. Kolekcję zaprojektowały: KRYSTYNA LANGER I GRAŻYNA HASE. Zdjęcia KRZYSZTOF GIERAŁTOWSKI. Pozowały: MISIA, ELŻBIETA i INGA.

Strona 32

Obyczaj© spolitej wypadek. Miejscowe wła­ dze potraktowały niefortunnego kierowcę po ojcowsku, a „urzędo­ wa” ciężarówka bezzwłocznie do­ starczyła rozbity wóz do Warszawy, po czym, nieufna z reguły instytu. cja, jaką jest PZU, pospieszyła wy­ płacić owemu młodzieńcowi niemal „na słowo” odszkodowanie, jakie­ go by nigdy nie wypłacono, gdyby rzecz została należycie sprawdzona. Ponieważ w dalszym biegu wyda­ rzeń znakomite nazwisko młodzień­ ca okazało się prostym jedynie przypadkiem, dziś wszyscy się wsty­ dzą, cóż z tego, za późno. W opisanym przypadku działał określony mechanizm, zaś nie w tym leży zło, że nie sprawdzono, kim w istocie był delikwent, a w tym, że nie sprawdzono, jaka w istocie była szkoda — bowiem przepisy PZU zrównują ubezpieczo­ nych bez względu na to, kim są. Tak powinno być i przecież tak jest... ☆ Rzecz działa się we wsi woje­ wództwa warszawskiego. Pewne­ go mroźnego poranka, a był to właśnie czas ochronny na kuropa­ twy, rolnik Jan Z. wyszedł wraz - z żoną przed dom j w tym właśnie 5 momencie ze stojącej nie opodal 2 „Warszawy" rozległy się strzały. £ Już po chwili ^myśliwi" zbierali J na śniegu upolowane kuropatwy, < po czym odjechali. Rolnik Jan Z. ^ zapisał sobie na drzwiach szafy er numer samochodu i to nawet ko­ piowym ołówkiem, po czym zawia­ domił kogo potrzeba. Później... okazało się, że samochód był wo­ zem służbowym bardzo poważnego działacza powiatowego bardzo po­ ważnej organizacji politycznej. Nie­ bawem komendant powiatowy MO zdecydował się odłożyć sprawę ad rych zburzono niegdyś Bastylię, acta. Rolnikowi Janowi Z. mogło szczególne prawa, to jest to jego się przewidzieć? — mogło. Jeżeli rzecz. Cóż nas może obchodzić, tenże Jan Z. podpije sobie w go­ co myśli pijak Y czy Z, a jednak... spodzie, to kto wie, może kiedyś Otóż w odczuciu krojczego spół­ powie groźnie: „ozy pan wie..." i dzielni „Świetlana Przyszłość” czy nie powinniśmy się dziwić. zegarmistrza z Pińczowa, jego za­ wołanie ma jakiś sens. Żeby po ☆ pijanemu powiedzieć „czy pan wie, kto ja jestem?”, trzeba na trzeźwo Pewien lekarz, bawiąc w mod­ wątpić w równość obywateli wo­ bec prawa, bo tylko wówczas war­ nym lokalu w równie modnej miej­ to zmienić Skórę, zamydlić oczy, scowości uzdrowiskowej na połud­ próbować oszukać, że jest się niu Polski, wypił nieco za dużo, „kimś" po to, żeby czegoś uniknąć ale nie przeszkodziło mu to zapro­ albo osiągnąć „coś", aby mieć ja­ ponować towarzystwu „od stolika" kiś zysk. odwiezienie do domu błękitną Skodą. Ktoś z trzeźwych, obecnych I tu dochodzimy do istoty spra­ wy. Otóż w naszym życiu społecz­ w restauracji, wezwął telefonicznie nym zdarzają się czasem, niestety, milicjanta. Jedni powiadają, że zło­ fakty, na podstawie uogólnienia śliwie, inni, że zrobił to, by zapo­ których powstać może swoiste od­ biec katastrofie. Młody kapral MO czucie nierówności i dlatego właś­ nadjechał w chwili, gdy rozbawione nie wystarczają dwa głębsze, żeby towarzystwo wsiadało do samo­ zawołać „czy pan wie..." chodu, aby górską serpentyną zje­ chać w dolinę. Co powinien zrobić milicjant? Zabrać kierowcy kluczy­ ki i uniemożliwić jazdę. Co zrobił? Pewien młody człowiek o niezu­ — ...nic. Otóż, jednym z pasaże­ pełnie wyjaśnionych dochodach i rów samochodu był równie nie­ wątpliwej reputacji, szczęśliwym trzeźwy jeden z miejscowych podla siebie zbiegiem okoliczności, - wiatowych notabli. To wystarczyło, nosi nazwisko jednego z wybitnych aby młody milicjant zrezygnował z działaczy państwowych. interwencji, dając się nawet zelżyć krewkiej i nie przebierającej w sło­ Nie tak dawno tenże młodzie­ wach małżonce notabla, która nie niec, prowadząc swój, zachodniej oczywiście marki, samochód, spo­ miała ochoty udać się do domu wodował na rubieżach Rzeczypo­ pociągiem. Czy opisany incydent „Czy pan wie, kto ja jestem?" „Czy pan wie, kto ja jestem?” — za hasłem tym najczęściej kryje się pijacki bełkot i rozrabiactwo. Ktoś nie chce uregulować w knaj­ pie rachunku, zapłacić za taksów­ kę... zawołanie „Czy pan wie...” jest jego bronią. Czy skuteczną? Oczy­ wiście nie; kelnerzy i taksówkarze nie zwykli bowiem do swych „goś­ ci" dokładać, a należność swą po­ trafią wyegzekwować jak mało kto, mają wprawę. I jeszcze jedno, ha­ słem „czy pan wie, kto ja jestem?" straszy się przecież bez pokrycia, ot, pijacka megalomania, nic wię­ cej, o tym straszony z reguły dob­ rze wie. Zjawisko jest banalne, oto np. krojczy ze spółdzielni krawieckiej „Świetlana Przyszłość" przeistacza się po dwóch głębszych w posęp­ nego oficera kontrwywiadu, może być z równym powodzeniem sędzią, prokuratorem, a nawet ministrem. Wszystko zależy już tytko od fan­ tazji. Każdy „wykidajło" nocnego lo­ kalu jest w stanie podać katalog stanowisk, na jakie „awansują" pi­ jacy, aby przekonać portiera, że są „kimś", i... że fakt ten rodzić po­ winien określone konsekwencje, jednoznaczne skutki, że z faktu te­ go „coś" wynika... Dajmy jednak spokój pijakom. Jeżeli w zamroczonej alkoholem świadomości zrodzi się myśl, że człowiek zajmujący w hierarchii społecznej określone stanowisko uzyskuje, wbrew zasadom, dla któ­ 32 miął dalsze konsekwencje? — nie, potencjalną konsekwencją może być jedynie 'inspiracja jednego z przyglądających się zajściu pija­ ków, aby kiedyś, gdy znajdzie się w opałach, wypowiedział sakramen­ talne słowa „czy pan wie...". Pewien młody człowiek z powia­ tu pruszkowskiego przejechał oj­ cowskim Fiatem człowieka i za­ miast nieprzytomnego ratować — odjechał. Już niebawem w komen­ dzie MO pojawiła się mama kie­ rowcy, a zarazem żona kogoś, z kim w powiecie ludzie się liczą. Przepisy nakazują zatrzymanie pra­ wa jazdy, jeżeli sprawca wypadku nie udzielił ofierze pomocy. Tym razem jednak prawa jazdy nie za­ trzymano. Dlaczego? Ano właśnie dlaczego? Wyobrażamy sobie, że pan S., posiadacz zawodowego prawa jaz­ dy I kategorii, zechce jeździć za darmo Syreną stanowiącą własność FSO na Żeraniu, godząc się za to dzielić z fabryką cennymi spostrze­ żeniami, jakim to właśnie Syrena jest samochodem i czy jest on coś wart. Jeżeli pan S. uda się w tej sprawie do fabryki, zapewne go wyśmieją j poradzą oszczędzać w PKO. A przecież pan Z. jeździł fa­ bryczną Syreną, chociaż prawo jaz­ dy miał amatorskie i z motoryza­ cją nic wspólnego, nie płacił, a jeździł, bo był „kimś", a pan S. nie. Pan S. może jedynie wdać się w spór z kelnerem wykrzykując „czy pan wie...?". Każdy ma jednakowe prawo do miejsca w szpitalu i pożyczki w banku, do ulokowania syna na stu­ diach czy córki w pracy. Każdy ma jednakowe prawo do przydziału mieszkania czy samochodu. Muszą być tytko spełnione określone prze­ pisami wymogi. Czy rzeczywiście? Otóż taka jest na pewno reguła. Życie jednak, niestety, wskazuje na wiele wyjątków. Praktyczna dewiza „człowiek pomoże, człowiekowi po­ mogą" stawia niektórych ludzi, od których „coś" zależy, ponad tymi, od których nie zależy nic albo pra­ wie nic. W konsekwencji, jednemu łatwiej jest żyć, drugiemu trudniej, a wcale tak nie musi być. Można apelować do tych, od których „coś” zależy. Można też zmobilizo­ wać do kontroli społecznej tych, od których nie zależy „nic" albo prawie „nic". W istocie bowiem, właśnie od nich zależy skala wal­ ki z kumoterstwem, dygnitarstwem, kacykostwem i skuteczność tej wałki. Jeżeli ktoś krzyczy „czy pan wie, kto ja jestem?", straszony wie, że to jest bluff. Nie o to jednak chodzi. Rzecz w tym, aby straszony za­ miast się śmiać, powiedział po­ ważnie: „wiem i co z tego". Jeżeli tak będzie, hasło to będzie używa­ ne już tylko na balach maskowych w karnawale. A. A. DOBRZYŃSKI

Strona 33

EWG Brazylia Prawie jak za de Gaulle a Miejska guerilla dokończenie ze str. 13 ko takim, jak Rzym, Paryż, Frank­ furt czy Haga. Sprzeczności na tym tle między Londynem a 6 stolicami EWG — które występują tu raczej solidar­ nie — już dziś można uznać za chyba najtrudniejsze do przezwy­ ciężenia, choć jeszcze nie nabrały całej ostrości. Nie sposób pominąć, że Raymond Bell powiadomił już EWG w imieniu brytyjskiego Skar­ bu, iż po 5-letnim okresie przejścio­ wym W. Brytania „nie będzie się przeciwstawiała, by funt szterling był swobodnie używany do celów inwestycyjnych w państwach EWG". Mówiąc wprost miałby on więc — tak jak dolar — w pełni zachować swą rolę międzynarodowej waluty rezerwowej, no i, oczywiście, wszy­ stkie płynące stąd przywileje. Ostatecznie sprawiłoby to, że funt szterling — jakże chwiejny pieniądz chyba najbardziej na świecie za­ dłużonego kraju! — zająłby pozy­ cję hegemona wśród walut posze­ rzonego Wspólnego Rynku. I da­ lej — za pośrednictwem funta zostałyby one jeszcze bardziej pod­ porządkowane dolarowi, od którego obecne państwa EWG zamierzają •- poprzez unię walutową — unie­ zależnić się, a nawet stworzyć wo­ bec niego konkurencyjny blok fi­ nansowy. Jak dalece różnią się tu stano­ wiska, daje pewne wyobrażenie listopadowa wypowiedź prezydenta Pompidou. Na sesji francuskiej Ra­ dy Ministrów oświadczył on, że je­ śli W. Brytania nie zgodzi się na pozbawienie funta jego roli >międzynarodowej i nie przyjmie wszyst­ kich zobowiązań polityki rolnej EWG, to nie ma co mówić o jej przyjęciu do EWG. A to już język prawie identyczny, jak za de GaUlle’a... Dlatego też Brytyjczycy nie ukry­ wali swej satysfakcji z fiaska dru­ giej części grudniowej sesji Rady Ministrów EWG, gdyż odsunęło ono na dalszą metę tak ponurą dla Londynu perspektywę jak unia wałutowa państw EWG, a jednocześ­ nie przybliżało dyskusję nad nią do momentu, kiedy to (przynajmniej w myśl rachub Rippona) W. Brytania stałaby się pełnoprawnym człon­ kiem wspólnoty I mogłaby bloko­ wać podejmowanie niekorzystnych dla siebie decyzji. Nie najlepiej jednak układają się teraz stosunki między Francją a pozostałą piątką państw członkow­ skich EWG. Po fiasku brukselskim powstał między nimi tak ostry kry­ zys zaufania, że do złudzenia przy­ pomina się sytuacja sprzed 5 laty, kiedy to Paryż zaryzykował półrocz­ ny bojkot wszystkich prac EWG, chcąc przeprowadzić swój punkt Rdzenia na wiele spraw. Jeśli nawet takie posunięcie nie wchodzi obecnie w rachubę, to w każdym razie Paryż uzyskał okreso­ wy oręż do obrony swych intere­ sów. Oto od 1 stycznia 1971 roku przewodnictwo w Radzie Ministe­ rialnej EWG przejęli na 6 miesięcy Francuzi. Można być niemal pew­ nym, że ministrowi Maurice Schu­ mannowi nie będzie wcale spieszno ani do popychania sprawy akcesu W. Brytanii, ani też do forsowania federalnych koncepcji unii waluto­ wej i gospodarczej EWG. NIEOBOJĘTNE PERSPEKTYWY Sprawy te, jak już wspomniano na wstępie, nie są dla nas obojęt­ ne. Gdyby W. Brytania została przy­ jęta do bloku EWG, zdecydowaną większość naszego handlu z roz­ winiętymi krajami kapitalistycznymi objęłyby przepisy Wspólnego Ryn­ ku, które spowodowały już olbrzy­ mie straty cenowe w naszym eks­ porcie — zwłaszcza artykułów rol­ nych. W dodatku przepisy te otwo­ rzyłyby granice celne W. Brytanii dla dostaw z kontynentalnych państw EWG, wśród których zna­ leźliby się nasi starzy konkurenci — Holandia i Dania. Powstałaby więc wielka ciasnota na rynku brytyj­ skim, gdzie jeszcze ciężej byłoby utrzymać zdobytą pozycję. Coraz to nowe warunki Rippona, nadal bardzo twarde stanowisko Francji i nade wszystko stanowczy opór społeczeństwa brytyjskiego wobec koncepcji akcesu do EWG — zdają się oddalać perspektywę rychłego włączenia W. Brytanii do kontynentalnego bloku, co należy tylko powitać z zadowoleniem'. Ale piętrzące się trudności nie ozna­ czają wcale, że W. Brytania nie stanie się w końcu członkiem EWG. Stąd wypływa niejako nakaz dla naszych przemysłów eksporto­ wych i handlu zagranicznego, aby jak najbardziej przygotowywać się do jeszcze twardszych warunków walki o utrzymanie się na rynkach zachodnioeuropejskich. Do identycznych wniosków pro­ wadzi obserwacja wspólnej polity­ ki handlowej EWG oraz powolnie, lecz stale postępujących procesów integracji na innych odcinkach — łącznie z planami unii walutowej i gospodarczej, których falstart nie może być pochopnie traktowany ja­ ko ich definitywne fiasko. Już w ciągu najbliższych 2, najwyżej 3 łat trzeba się liczyć z wprowadzeniem nowych zamysłów integracyjnych, pogarszających naszą pozycję eks­ portową, zwłaszcza w dziedzinie cen i uzysków finansowych. Wspól­ ny Rynek już dawno minął .punkt, od którego nie ma powrotu" i na­ leży z tego w pełni zdawać sobie sprawę. WOJCIECH BUKOWSKI Dokończenie ze str. 15 3 m. Znajdował się w niej stołe­ czek, krzesła i metalowy fotel z pasami. Wiedziałem już, do czego służy. Zacząłem się rzucać, po­ przewracałem coś, pobiłem, w na­ dziei, że — a nuż mnie zastrze­ lą? Skończyło się jednak na ka­ ftanie bezpieczeństwa. Po czym zaczęło się... Żeby ciało lepiej przewodziło prąd — polano mnie wodą. Zaczęli stosować wstrząsy elektryczne. Przez 48 godzin bez przerwy. Obecny przy tym był le­ karz, który dawał mi zastrzyki. Chyba wzmacniające, ale i inne, nasenne, po których mnie rozbu­ dzano i badano dalej, nie pozwa­ lając usnąć. Kiedy zaczynałem krwawić, lekarz wzywał ambulans i zabierano mnie do szpitala. Dba­ no o wygląd naszych ciał, żeby nie pozostawiać śladów. Dlatego też przy wieszaniu, przy wiązaniu do wstrząsów, przeguby rąk i nóg owijano nam zawsze pasami z dartych koców. Torturowano też przy mnie nagie dziewczyny, my­ śląc, że je znam i że się załamię. Cztery do pięciu razy dziennie wzywano mnie do sali tortur. Po­ tem kilka godzin odpoczynku — i od nowa. Chcieli dowiedzieć się. czy miałem kontakty z innymi przywódcami i czy organizowałem wspólny front. Po miesiącu przeniesiono mnie do DOPS-u. Mnie i Marię Brito, tę, której mąż zastrzelił się w obawie przed aresztowaniem. Tor­ turowali naę razem, zamykając obwód prądu. W DOPS-ie tortu­ rowała mnie grupa „Esguadrao da morte”, „szwadronu śmierci", a przypatrywali się temu wysoko po­ stawieni wojskowi. — Kiedy dowiedziałeś będziesz uwolniony? się, że — O możliwości uwolnienia wie­ działem już w dwie godziny po porwaniu Hollebena. Ja i Maria Brito nie byliśmy płotkami, toteż policja od razu zorientowała się, że na pewno znajdziemy się na liście wymiany. Od razu zaczęto nas „reperować", abyśmy wyszli w przyzwoitym stanie. Niektórzy policjanci odciągali nas na bok, aby powiedzieć, że nie wierzą w to, co robią, że muszą tak postę­ pować. Było to wyjątkowo obrzy­ dliwe. Zaczęto też zwracać się do nas per „pan”. No i wymieniono nas wreszcie. Nie wiedzieliśmy zrazu, dokąd nas wysyłają. Okazało się — że do Algierii. Mieszkamy tam. I prowa­ dzimy nadal naszą robotę. Na ra­ zie — na odległość. — Jakie widzisz waszego ruchu? perspektywy — Zadawany nam gwałt, tortu­ ry przysparzają nam wielu zwo­ lenników. Armia płaci duże koszty polityczne. Toteż stara się nas bezskutecznie rozbić. Ale nie za­ częliśmy jeszcze prawdziwej bi­ twy. Akcje zbrojne służą nam ra­ czej do upolitycznienia mas. Jak już mówiłem, gdy porywamy dy­ plomatę, wówczas wszędzie uka­ zuje się nasz program. Popiera nas już duża część społeczeństwa: pomagali nam przedstawiciele kle­ ru, dziennikarze, lekarze, studenci, mieszkańcy faveli. Kontrolowanie przez rząd miej­ skich guerilli nie jest praktycznie możliwe. Dużo ludzi w miastach jest bez dowodów osobistych, bez pracy. Skąd można wiedzieć, kto z nich jest querillero? Dlatego też walka w mieście będzie się roz­ wijała. Ma jednak ona i odwrotną stronę medalu — w mieście nie można przekształcić poparcia po­ litycznego w zorganizowaną siłę. Gdyby Tupamaros posiadali wa­ runki do rozwinięcia guerilli wiej­ skiej — rząd urugwajski nie był­ by w stanie kontrolować kraju. Brazylia warunki takie posiada — góry, lasy, a także nawykłych do walki chłopów, świadczyły o tym choćby zajścia w Nordeste, kiedy chłopi musieli uciekać się do ter­ roru, aby bronić życia swego i rodziny. Wydaje mi się, że istnie­ ją warunki, aby złączyć naszą i ich awangardę, tworząc stałą, groźną siłę. Uważam, że mamy realne szan­ se. Naszą guerillę prowadzą Brazylijczycy, którzy dobrze — nie tak, jak to było w wypadku Che Guevary — znają warunki w swym kraju. Guerilla nasza jest rezulta­ tem ewolucji politycznej całego kraju. Dlatego ma szansę prze­ kształcenia się w rewolucję, któ­ ra porwie wszystkich. — Czy nie sądzisz, że w przy­ szłości mają szansę przechwyce­ nia steru rządów w Brazylii po­ stępowe elementy armii, tak jak się to stało w Peru? — Nie. Były u nas dwie czystki w armii, w roku 1935 i później, za Getulio Vargasa, które prze­ trzebiły wojsko z najlepszych lu­ dzi. Nie znajdzie się w Brazylii człowiek typu generała Velasco Alvarado. Generał Albuquerque Li­ ma? Miał szansę wówczas, kiedy po sparaliżowaniu Costa e Silvy był jednym z trzech kandydatów na prezydenta. Chcieli go poprzeć młodzi oficerowie. Ale on sam nie pragnął wcale pójść dalej. Re­ akcja wobec dyktatora może być więc w armii jedynie indywidual­ na. Taka, jak Onofro Pinto. Jak Carlosa Lamarca. — Wasz stosunek do wydarzeń chilijskich...? — W Chile nastąpiła zmiana rządu, a nie zmiana władzy. I te­ raz ma miejsce wyścig: kto pierw­ szy i lepiej się zorganizuje — Allende, aby przeprowadzić kon­ kretne reformy i wzmocnić swój rząd, czy też prawicowa opozycja, aby go z tego rządu usunąć. To jest zresztą specyfika chilijska i nie może być przykładem dla re­ szty kontynentu. Rozmawiała: ELŻBIETA DZIKOWSKA 33

Strona 34

Zabytki narodowe mIiiiuii z ciała odarty BARBARA SZCZEPUŁA Sprawa odbudowy Zamku w Warsza­ wie już od ćwierćwiecza jest przedmio­ tem ogromnego zainteresowania spo­ łeczeństwa. Odrestaurowany Zamek byłby bowiem pomnikiem naszej kultu­ ry narodowej tej rangi co Wawel. 34 Zamkowi poświęcono nawet specjal­ ną uchwałę sejmową (2 lipca 1949 r.), a w roku 1954 ogłoszono konkurs na projekt jego rekonstrukcji, którego la­ ureatem został prof. Jan Bogusławski. W 2 lata później pod kierunkiem profe­ sora rozpoczęła działalność pracownia „Zamek Warszawski”, w której wyko­ nano iście benedyktyńską pracę, spo­ rządzono mianowicie dokładną inwen­ taryzację Zamku. O tym właśnie, co zrobiono do tej pory, jak zaawansowane są dziś pro­ jekty rekonstrukcji Zamku — rozma­ wiamy z prof. JANEM BOGUSŁAW­ SKIM. PERSPEKTYWY: Przeciwnicy odbudowy Zam­ ku szermowali m. in. argumentem, że zrekon- struowany obiekt byłby falsyfikatem. Może więc Pan Profesor przypomni nam, co udało się ura­ tować, ile fragmentów zamku ocalało? Prot J. BOGUSŁAWSKI: Zacznijmy od oglę­ dzin Placu Zamkowego. Zachowały się przecież gotyckie piwnice najstarszej części Zamku Ksią­ żąt Mazowieckich i partie murów Zamku póź­ niejszego, osiemnastowieczny pałacyk „Pod Bla­ chą" i Biblioteka Stanisława Augusta. A ponad­ to ocalało wiele detali architektonicznych oraz niemal kompletne wyposażenie wnętrz stanisła­ wowskich, a m. in. kominki, drzwi, portefenetry, boazerie, wszystkie obrazy (Canaletto, Baciarełli), rzeźby, duże fragmenty malarstwa ścien­ nego, a także tron, parę kompletów mebli, więk­ szość świeczników. Znaczną część uratowanych zbiorów za­ wdzięczamy odwadze i uporowi prof. Stanisława Lorentza, który w 1940 roku uzyskał u okupan­ tów pozwolenie na ewakuację do muzeum nie­ których fragmentów zamku (portale, kominki, drzwi oraz wycinki gzymsów, sztukaterii i poli­ chromii. Natomiast meble, część obrazów, boa­ zerii uratowała się przypadkiem, gdyż Hans Frank, który urządzał sobie wtedy rezydencję na Wawelu, przewiózł je do Krakowa. PERSPEKTYWY: W roku 1955 wygrał Pan Pro­ fesor konkurs na projekt odbudowy Zamku. Pań­ ska koncepcja zakłada ścisłą rekonstrukcję zgodną z posiadanymi dokumentami. Na jakich dokumentach Pan się opierał? Prof. J. BOGUSŁAWSKI: W naszej pracowni skompletowaliśmy bogaty materiał naukowo-ikonograficzny, około 3 tys. zdjęć, a także sztychy i obrazy. Następną grupą materiałów były ocala­ łe w archiwach inwentaryzacje z epoki Sasów, Wazów i czasów późniejszych (m. in. z okresu międzywojennego). Np. na podstawie starej, wy-

Strona 35

konanej jeszcze przed przeróbkami saskimi, in­ wentaryzacji Zamku, doszliśmy do .prawidłowego rozstawienia okien w renesansowym skrzydle. Moja praca nad zamkowymi projektami przypo­ mina po trosze pracę detektywa. Na podstawie reporterskich zdjęć odkrywaliśmy fragmenty sal, które w fotografiach „architektonicznych” pomi­ jane były jako mało efektowne. Także zdjęcia pomogły mj w znalezieniu właściwego miejsca dla kilkuset ocalałych rzeźbionych listków sta­ nisławowskich. Największą satysfakcję sprawiły mi „odkrycia" fragmentów kompozycyjnych, wskazujących na nieszablonowe, nietypowe dla danej epoki rozwiązania architektoniczne. Np. kasetonowa kopuła nad renesansową kaplicą królewską okazała się płaska, owalna, a nie jak należąło się tego spodziewać — półkulista. PERSPEKTYWY: Najbardziej znana jest, cho­ ciażby z fotografii, sylweta Zamku z okresu międzywojennego. Czy takiej właśnie rekonstruk­ cji możemy się spodziewać? Prof. J. BOGUSŁAWSKI: Zasadnicza bryła Zamku będzie zbliżona do stanu z roku 1939. Natomiast w wielu szczegółach wprowadzone będą poprawki lub zmiany. W okresie międzywo­ jennym, jak wiadomo, przeprowadzono wielką rekonstrukcję Zamku, gdyż w połowie XIX w. władze carskie kazały całkowicie przebudować jego bryłę w stylu neoklasycznym. Jednakże re­ konstrukcja przedwojenna była dość swobodną interpretacją przekazów historycznych. I tak np. pominięto wtedy dwie wieże narożne, znane ze sztychu „Stawianie kolumny Zygmunta”. Nie za­ mierzamy też kryć dachu całego nowo odbudo­ wanego Zamku blachą, jak w okresie między­ wojennym, lecz zgodnie z przekazami historycz­ nymi — dachówką (nazwa „Pałacu pod Bla­ chą" odzyskałaby więc swój pierwotny sens). Chcemy również wprowadzić znamienne dla późnego renesansu ozdobne kominy. Cechą charakterystyczną Zamku jest harmo­ nijny zestaw form powstałych w różnych epo­ kach. Istnieje więc poważny problem, do jakich form należy wrócić zarówno w całych skrzy­ dłach, jak i poszczególnych elementach. W za­ sadzie autor rekonstrukcji powinien decydować, w którym fragmencie, do której epokj wracamy. Jednak w zabytku tej klasy — decyzja ta pod­ jęta została przez zespół najwybitniejszych fa­ chowców. PERSPEKTYWY: Czy prace badawcze są już skończone? Prof. J. BOGUSŁAWSKI: Badania archeologi­ czne jeszcze trwają. Nie należy jednak spodzie­ wać się, że ewentualne znaleziska mogą mieć wpływ na wygląd części 'nadziemnej. Naturalnie, przed rozpoczęciem budowy badania te muszą być skończone. Natomiast inwentaryzacja form historycznych Zamku została już wykonana. Opracowaliśmy około 3 tys. rysunków w skali od 1:1 do 1:100. Komplet ten nie zawiera jed­ nak tych nielicznych profili, które nie ocalały. Ale np. w całej elewacji frontowej nieznane są zaledwie tylko 3 profile przy zwieńczeniu wieży zegarowej. PERSPEKTYWY: Czy dysponując tymi 3 tys. rysunków można by przystąpić już do odbudo­ wy Zamku? Prof. J. BOGUSŁAWSKI: Nie, gdyż są to ry­ sunki inwentaryzacyjne. Na ich podstawie nale­ żałoby sporządzić rysunki realizacyjne, doku­ mentację techniczną. Trudności będą niewątpli­ wie z ogrzewaniem i klimatyzacją, gdyż chodzi o 'niezwykle dyskretne umieszczenie ich w for­ mach historycznych, tak, by były zupełnie nie­ widoczne. Przecież w 24 salach stanisławow­ skich nie możemy nic zmienić, a i w reszcie pomieszczeń, pozornie drugorzędnych architek­ tonicznie, należy w miarę możliwości zachować układ historyczny. W czasie tego etapu projektowania będzie można zakończyć badania archeologiczne i zor­ ganizować wykonawstwo. PERSPEKTYWY: Jak długo trwałaby odbudo­ wa i jaki byłby jej orientacyjny koszt? Prof. J. BOGUSŁAWSKI: Sama bryła Zamku z wykończonymi elewacjami oraz ze szkleniem okien zrealizowana mogłaby być w ciągu oko­ ło 3 lat. Natomiast jeżeli chodzi o wykończenie wnętrz stanisławowskich, to wymagać będzie ono znacznie dłuższego okresu czasu. Przecież nawet w epoce Stanisława Augusta, gdy król miał do wyboru ogromną ilość doskonałych rze­ mieślników, wykonywali oni dwa do trzech wnętrz rocznie. Przy obecnym stanie naszego rzemiosła, z wielką trudnością moglibyśmy dziś osiągnąć to tempo. Zależeć to też będzie od tego, jaką ilością pieniędzy będziemy rozporzą­ dzać. Na temat kosztów odbudowy Zamku pow­ stało już wiele mitów. Tymczasem bryła Zamku (to jest 116 tys. m® wykonanych w cegle, plus tynkowane elewacje oraz niektóre wnętrza), ko­ sztować będzie około 220 min zł. Koszt wspa­ niałych i bogatych sal stanisławowskich nato­ miast (opierając się na kosztorysach z wnętrz łazienkowskich i wilanowskich) wyniósłby około 100 min zł. Koszt jednej sali — około kilku mi­ lionów zł w zależności od wielkości sali i od ilości ocalałych fragmentów. Sumę tę jednak można by rozłożyć na wiele lat. Wydaje mi się jednak, że ten wysiłek finan­ sowy mieści się w możliwościach zwolenników odbudowy Zamku. Biorąc pod uwagę, że i Potonia interesuje się żywo tą sprawą, można li­ czyć na pomoc przy zakupie tych materiałów, które będziemy musieli importować. PERSPEKTYWY: Wymieniona przez Pana Pro­ fesora suma 220 min złotych w pierwszej chwili wydaje się wprost zawrotna. Jeżeli jednak zało­ żymy, że w kosztach budowy partycypują wszy­ scy, to okazuje się, że na jednego statystyczne­ go Polaka wypada niecałe 3 zł rocznie. A więc wysiłek niewielki, szczególnie że chodzi o zaby­ tek „najbardziej warszawski z warszawskich”. ^ Dziękujemy za rozmowę. 35 I

Strona 36

Zabytki narodowe Zamek z ciała odarty Zamek Warszawski powstał najprawdopodob­ niej na przełomie XIII i XIV wieku jako siedziba Książąt Mazowieckich. Po włączeniu Mazowsza do Korony (1526), stał się on jedną z rezydencji królewskich. Działający na dworze Zygmunta Augusta architekt Quadro dokonał wielkiej prze­ budowy Zamku w stylu renesansowym. Okres wielkiej rozbudowy Zamku rozpoczął się jednak dopiero po przeniesieniu stolicy Pol­ ski do Warszawy, a więc od momentu, kiedy stał się on rezydencją królewską. Za panowania Wazów przebudowano i rozbu­ dowano Zamek w stylu barokowym, nadając mu kształt pięcioboku z wewnętrznym dziedzińcem, Wieżą Zygmuntowską i bramami wjazdowymi (m. in. Grodzką). Interesująco też przedstawiały się zamkowe wnętrza. W relacji dyplomaty fran­ cuskiego Le Laboureura czytamy: „Meble są w nim (tj. Zamku) bardzo kosztowne, a tapiserie królewskie są najpiękniejsze nie tylko w Euro­ pie, lecz i w Azji", kaplica Wazów „jest upięk­ szona licznymi obrazami najsławniejszych mala­ rzy". W galerii obrazów skompletowanych przez Zygmunta III, Władysława IV i Jana Kazimierza spotykamy nazwiska Rubensa, Jordaensa, Rembrandta. Czasy saskie, a w szczególności panowanie Stanisława Augusta — to okres prawdziwej świetności Zamku. Wtedy to prace nad wielką przebudową prowadzili znani architekci: Jakub Fontana, Dominik Merlini i Jan Kamsetzer. Na dworze królewskim tworzyli też Canaletto i Baciarelli. Rozbudowane w stylu klasycystycznym wnętrza dorównywały swym poziomem europej­ skim siedzibom monarszym (słynne sale: Trono­ wa, Ansamblowa, Rycerska, Canaletta Itp.). Wnę­ trza te reprezentowały nie tylko wysoki poziom artystyczny, ale i wykazywały pewną, swoiście polską odrębność. W wielu poczynaniach Stanisława Augusta Za­ mek Warszawski odegrał ważną rolę. Tu po­ wstały takie inicjatywy królewskie, jak Szkoła Rycerska, Teatr Narodowy i Komisja Edukacji Narodowej. Największym wydarzeniem tego okre­ su, jakie rozegrało się na Zamku, było uchwa­ lenie Konstytucji 3 Maja. Ale także tutaj Sejm ratyfikował później I roz­ biór Polski. W czasach zaborów Zamek był siedzibą generał-gubernatorów carskich. Dokonano wtedy wie­ lu niekorzystnych przeróbek, część zamku zde­ wastowano, a zbiory wywieziono. W latach osiemdziesiątych XłX w. Antoni Zalewski tak pi­ sał: „Od strony placu Zygmunta Zamek War­ szawski wygląda raczej jakby ratusz jakiego po­ rządnego miasteczka: dwupiętrowa kamienica z wieżą zegarową, a w niej koszary w miejsću dawniejszej Izby Poselskiej, z której dziś nie po­ zostało ani śladu". Po odzyskaniu niepodległości podjęto pracę nad rekonstrukcją Zamku i przywróceniem histo­ rycznego Charakteru jego wnętrzom. Zamek stał się siedzibą prezydenta Rzeczypospolitej Pol­ skiej. W 1939 r. Zamek został zbombardowany. Dzię­ ki ofiarnej pomocy społeczeństwa stolicy udało się jednak uratować część zbiorów I fragmen­ tów zamkowych. 4 listopada 1939 r. Hans Frank zanotował w swoim „Dzienniku": „Fuhrer (...) aprobował pracę gubernatora generalnego w Polsce, a w szczególności zniszczenie Zamku Królewskiego w Warszawie i decyzję nieodbudowywanla tego miasta". W styczniu 1945 roku hitlerowcy wysadzili Za­ mek w powietrze. Zamek już po rekonstrukcji w okresie międzywojennym. 36 Zdjęcia i rysunki z archiwum P. P. Pracownie Konser­ wacji Zabytków w Warszawie. Rys historyczny opracowano na podstawie książki Alek­ sandra Króla ..Zamek Królewski w Warszawie".

Strona 37

Z perspektywy tygodnia • Tak blisko był złoty medal mistrzyni Europy w saneczkarstwie. 18-letnia Teresa Bugajczyk prowadziła po trzech ślizgach, a w czwartym, decydującym, pojechała chyba zbyt nerwowo i straciła szanse. Na pociechę został nam brązo­ wy medal Barbary Piechy i doskonała postawa całej polskiej żeńskiej ekipy. W tej dyscyplinie sportu, w której o lokatach decydują setne (I) części sekundy, trudno jest o zdecydowanego faworyta. Jednak fakt zmieszczenia się w pierw­ szej dziesiątce aż 5 reprezentantek Polski świadczy o ich doskonałej formie. Atutem do­ datkowym jest młody wiek naszych saneczkarek. Do czasu Olimpiady w Sapporo powinny zdobyć więcej doświadczenia i stać się silnym punktem naszej ekipy. Niestety, gorzej jest wśród mężczyzn. Wprawdzie Tadeusz Radwan i Ja­ nusz Krawczyk zdobyli brązowy medal w dwój­ kach, ale w jedynkach pierwszy Polak uplaso­ wał się dopiero na 7 pozycji. Nasi saneczkarze dość wyraźnie ustępowali najlepszym, byli gorzej przygotowani pod względem technicznym. Dziw­ ne, że trenerzy kobiet potrafili świetnie wyszko­ lić zawodniczki, a mężczyzn nie. Kto nawiąże do tradycji Jerzego Wojnara? • Piłka nożna, mimo przerwy między sezona­ mi, jest wciąż przedmiotem zainteresowania pra­ sy. W minionym tygodniu ogłoszono szczegóło­ wy terminarz piłkarskiej wiosny od marca do czerwca. Jest bardzo przeładowany, ale trzeba było pomieścić i ligę, i Puchar Polski, i puchary europejskie, i mecze międzypaństwowe. Wszystko konieczne i nie można mieć pretensji o to, że trzeba często grać. Szczególnie trudne zadanie będą mieli piłkarze warszawskiej Legii i Górnika Zabrze. W kwietniu rozegrają po 6 meczów, a jeśli powiedzie się im w Pucharze Polski (co jest bardzo prawdopodobne), i w pucharach eu­ ropejskich (czego wykluczyć nie można), to w kwietniu będą grać po 9 (!) razy. Zadanie nie do pozazdroszczenia. Nie obejdzie się na pewno bez przekładania terminów krajowych. O tym, jąk obie drużyny wybrną z opresji, zdecydują dwa podstawowe elementy: pierwszy — to przy­ gotowanie do sezonu, drugi zaś — to odpowied­ nio liczna i wyrównana kadra zawodników. Pro­ gram wiosenny obejmuje także trzy mecze mię­ dzypaństwowe,w tym tylko jeden „o nic”, ze Szwajcarią, ale będzie on stanowił próbę przed arcywaźnym spotkaniem z cyklu eliminacji do mistrzostw Europy — z Albanią w Tiranie. Wszystko o... 40 Rallye Monte Carlo Start w nocy z 22 na 23 stycznia, z 10 miast: Aten, Frankfurtu n. Menem, Glasgow, Monte Carlo, Reims, Warszawy, Almerii (Hiszpania), Bukaresztu i Marakeszu (Maroko). Trzy ostatnie miasta są punktami startowymi po raz pierwszy. Trasa dojazdowa o długości około 3500 km (z Warszawy 3520 km) prowadzi do Monte Carlo, gdzie pierwsze samochody zameldują się 25 stycznia około godz. 8.30. Między Rouaine a Pont des Miolańs (134 km przed Monaco) ro­ zegrana zostanie próba specjałna, na trasie dłu­ gości 38 km, dzięki czemu, już po I etapie po­ dana będzie pierwsza klasyfikacja zawodników (nowość w RMC). II etap. Start 26 stycznia o godzinie 8.00 z Monaco, przez Val les Bains, Chambery — z powrotem do Monaco (27 stycznia, godz. 10.00). Długość trasy 1524 km, w tym 252,5 km prób. III etap. Wystartuje tylko 60 pierwszych po II etapach załóg. Trasa okrężna Monaco—Monaco, długości 670 km, w tym 153 km prób. Start 28 stycznia o godz. 18.45, przybycie na metę 29 o godzinie 6.56. Ekipa polska: Sobiesław i Ewa Zasadowie, Krzysztof Komornicki i Błażej Krupa, Rober! Mucha i Marian Bień, Ryszard Nowicki j Piotr Mystkowski — wszyscy na Polskich Fiatach 125 P/1500. Adam Smorawiński i Ryszard Żyszkowskj na BMW 2002 Tl. Prócz tego, w tzw. Rajdzie Weteranów (rozgrywanym równolegle z RMC), wystartują Adam Wędrychowski i Hen­ ryk Ruciński, na Polskim Fiacie 125 P/1500. Teresa Sukniewicz, najpopularniejsza sportsmenka Polski roku 1970, w reportażu Eugeniusza Warmińskiego, wyróżnionego nagrodą „Przeglądu Sportowego” i GKKFiT w ostatnim Ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej.

Strona 38

Urząd — obywatel Demokracja wyleczy się sama Dokończenie ze str. 19 omówienia przyczyn tych błędów i sposobu ich unikania, obejrzyjmy sobie ŚRODKI ZARADCZE jakie w tej materii proponują same rady. Jak już pisałem, wojewódzkie rady narodowe, które odbyły sesje na temat załatwiania przez ich organa spraw obywatelskich, podjęły uchwa­ ły mąjące spowodować poprawę istniejącego stanu rzeczy. Chociaż intencja zorganizowania takich sesji, jak również ta, która kierowała autorami uchwał, są na pewno bardzo szlachet­ ne, to pozwalam sobie wątpić, czy to, co uchwa­ lili, może mieć znaczniejszy wpływ na życie. Przede wszystkim uchwały te są bardzo ogólni­ kowe. Pełno w nich sformułowań w rodzaju: „należy zapewnić skuteczny nadzór", „spowo­ dować usunięcie istniejących usterek", „podjąć skuteczne przedsięwzięcia" i tak dalej bez wska­ zania jednakże, co by to praktycznie miało oznaczać. Dalej mówi się o „rozwijaniu ruchu usprawnienia organizacji pracy", „doskonaleniu systemu szkolenia i dokształcania kadr pracow­ niczych”, „pogłębianiu więzi komisji z organiza­ cjami j instytucjami powołanymi do reprezento­ wania interesów i potrzeb ludności” itd. Nie twierdzę oczywiście, że te punkty uchwa­ ły są pozbawione sensu; przy niektórych z nich wymieniono ponadto konkretne metody realiza­ cji. Rzecz w tym, że są to postulaty banalne, które muszą przyjść do głowy każdemu laikowi myślącemu o niedowładzie administracji i któ­ re, co gorsza, powtarzają się w prawie niezmie­ nionej wersji od lat we wszystkich uchwałach i zarządzeniach zmierzających do usprawnienia pracy urzędów. Można oczywiście wierzyć, że tym razem powtórzenie tych samych słusznych i ogólnikowych spostrzeżeń spowoduje rzeczy­ wiste skutki, niemniej jest to tylko wiara. W jednej z uchwał WRN znalazłem natomiast punkt zupełnie rozbrajający. Brzmi on tak: „Nie­ zbędnym jest zapewnienie efektywnej i opera­ tywnej kohtroli (...) w szczególności w zakresie: (...) ścisłego przestrzegania przepisów prawa przy podejmowaniu decyzji administracyjnych, ich. uzasadnianiu i formułowaniu pouczeń oprzysługujących stronom środkach odwoławczych." Przecież to brzmi zupełnie tak, jakby sędziom przypominać, że powinni skazywać ludzi nie we­ dług własnego widzimisię, tytko może raczej we­ dług kodeksu. Wprawdzie następny punkt cy­ towanej uchwały WRN mówi, że należy „spo­ wodować bezwzględne wyciąganie konsekwencji służbowych w stosunku do winnych zaniedbań prawidłowego wykonania zadań (...)" — jednak nie zmniejsza on w niczym surrealistycznej wy­ mowy punktu cytowanego wyżej. I nawet nie tylko dlatego, że nie precyzuje, jakie to powin­ ny być konsekwencje, w związku z czym ma pełne szanse na pozostanie martwą literą. Sur­ realizm poprzedniego punktu polega głównie na tym, że w uchwale, której celem jest usprawnie­ nie działania urzędów, podjętej po wielu latach działania tych urzędów i wielu próbach uspraw­ nienia, nawołuje się do przestrzegania' prawa, które jest przecież podstawą, samą istotą i ra­ 38 cją istnienia urzędów i powinno być od po­ czątku najważniejszą cechą ich postępowania. Warto znowu poświęcić chwilę rozważaniom językowym. Otóż urzędnicy w licznych wypowie­ dziach skarżą się na to, że wobec mnogości rozmaitych przepisów nie mogą się często zo­ rientować, jak postąpić najsłuszniej. Zapewne mają trochę racji, nasza radosna twórczość przepisodawcza musi być wreszcie ukrócona. Ale te skargi urzędników wykorzystują poważni nie­ raz publicyści, którzy z całym przekonaniem piszą o bezsensownym „gąszczu przepisów", o „bezdusznych przepisach", o tym, że człowiek człowiekowi pomógłby, gdyby nie „przepis" i tak dalej. Słowo „przepis" stało się synonimem bzdury, zarządzenia podjętego bezmyślnie łub od dawna nie odpowiadającego rzeczywistości. Z niektórych elukubracji można wprost niemal wyczytać wniosek, że bylibyśmy społeczeństwem szczęśliwym, gdyby naszej wrodzonej dobroci nie krępowały „przepisy". Podaje się też przy­ kłady mężnych ludzi czynu, którzy osiągają suk­ cesy tytko dlatego, że omijają „przepisy". Wszy­ stko to może być w niektórych przypadkach słuszne. Ale tylko w niektórych. Ostatecznie na­ wet w systemach administracyjnych znacznie sprawniejszych niż nasz prawodawstwo często nie nadąża za życiem. Natomiast wytworzona w takiej atmosferze pogarda dla przepisu jest szkodliwa. Zapomina się bowiem, że ten tak nisko ceniony „przepis" jest przecież PRAWEM i przymykanie oczu na omijanie przepisów jest w rzeczywistości cichą zgodą na łamanie pra­ wa. A prawdo jest podstawą wszelkiej demokra­ cji. Można je zmieniać, ale póki obowiązuje, nie wolno łamać. Tymczasem jeden z dyskutantów, radny innej WRN, której protokoły miałem w ręku, stwierdza beztrosko: „Komisja na podstawie wy­ ników ankiety ustaliła, że w szeregu • przypad­ ków pracowników cechował bezduszny stosunek do załatwiania spraw obywateli, wygodnictwo przejawiające się w przewlekłości prowadzenia postępowania, brak zainteresowania w szybkim i prawidłowym udzielaniu informacji (...)”. Jednocześnie analiza NIK stwierdza, że w wo­ jewództwie, o które tu chodzi, 29 procent spraw załatwiono niezgodnie z przepisami. I dlatego twierdzę, że przede wszystkim po­ winniśmy walczyć nie tyle z bezdusznością, chociaż i ona jest uciążliwa, ile z BEZPRAWIEM. Żadne eufemistyczne określenia w rodzaju: biu­ rokracja, wygodnictwo, opieszałość, nie powin­ ny nam przesłaniać rzeczywistości. Wobec win­ nych bezprawia zaś stosuje się w naszym kraju kodeks 'karny, a nie ijakieś delikatne i bliżej nie określone „konsekwencje służbowo-dyscyplinarTrzeba wreszcie przejść do wniosków JAK USPRAWNIĆ URZĘDY Będę się, jak dotychczas, trzymał przykładu wyłącznie rad narodowych. Otóż, jeśli chodzi o rady, to wydaje się, że niczego nie trzeba napra­ wiać, to znaczy, nie trzeba tworzyć żadnych no­ wych mechanizmów, należy tylko wykorzystać te, które od lat istnieją. Prezydia rad i ich wydziały nie są przecież władzą, a jedynie aparatem wy­ konawczym. Władzą jest rada, organ wybieral­ ny. Urzędnicy prezydium są odpowiedzialni przed komisjami rady, komisje te mają prawo, a na­ wet obowiązek kontrolowania ich pracy, mają też prawo składania wniosków o odwołanie ich z zajmowanych stanowisk i takie wnioski, jeśłi są odpowiednio udokumentowane, muszą być wprowadzone w życie. Nad radnymi z kolei sprawują kontrolę wyborcy. Radni mają obowią­ zek spotykać się z nimi, wyjaśniać możliwości i wysłuchiwać postulaty, wyborcy mają prawo odwołania radnego w czasie trwania kadencji, jeśłi są z niego niezadowoleni. System teoretycz­ nie idealny. I w protokołach NIK, i w referatach wygło­ szonych na sesjach WRN jest mowa o tym, że komisje rad sprawują nad powierzonymi so­ bie odcinkami bardzo powierzchowną kontrolę albo nie sprawują jej wcale. Że radni z ko­ misji wyższych szczebli nie kontaktują się (al­ bo czynią to bardzo rzadko) z komisjami niż­ szych szczebli, w związku z czym nie wiedzą, co naprawdę się na ich terenie dzieje. Że radni spotykają się z wyborcami rzadziej niż powinni, że nie przekazują albo nie pilnują realizacji postulatów wyborców, a także nie starają się wyciągać z nich wniosków, które mogłyby służyć usprawnieniu pracy wydziałów, nad którymi sprawują nadzór. Jednocześnie nie słyszałem nigdy o tym, żeby wyborcy karnie odwołali radnego, mimo że mają do tego pra­ wo. Owszem, zdarzają się wypadki rezygnacji z mandatu, być może czasami pod presją spo­ łeczną, ale to jednak co innego. A przecież można by ten system usprawnić i ■to w stosunkowo prosty sposób. Co więcej — ustrój by się od tego nie zawalił, a nawet prze­ ciwnie, umocniłby się. Proszę tylko popatrzyć: Czynnikiem aktywizacji organów kontroli spo­ łecznej, które bezpośrednio nadzorują pracę wydziałów prezydiów, czyli komisji rad — mu­ si być doping ze strony wyborców. Radny mu­ si wiedzieć, że przyjmuje nie tylko zaszczytną funkcję, ale i obowiązek reprezentacji słusz­ nych interesów tych, którzy go wybrali. Że bę­ dzie rozliczany z tego co zrobił i, w razie nie­ spełnienia oczekiwań — zdjęty. Jestem prze­ konany, że pod taką presją komisje rad dzia­ łałyby naprawdę aktywnie i urzędy, po jakimś czasie oczywiście, musiałyby się dostosować do żądań tych komisji, czyli do żądań obywa­ teli. Celowo nie zagłębiam się tutaj w rozwa­ żania, jak powinna być zorganizowana praca tych urzędów po to, by działały sprawniej. Re­ cepty na to są zawarte w każdym podręczniku organizacji pracy. Chodzi mi o sprawę zasad­ niczą, czyli o mechanizm kontroli społecznej, który byłby w stanie sprawić, by celem nad­ rzędnym organizacji działania urzędów stały się potrzeby obywateli, a nie wygoda i, niekie­ dy, interes urzędników, jak to jest' dotychczas. Aktywizacja radnych wymaga jednak, jak już powiedziano, czynnego działania wyborców. Za­ stanówmy się jednak, kim są wyborcy. Nie jest to przecież niezorganizowany tłum. Są w nim działacze lokalnych władz partyjnych, jest prze­ wodniczący Frontu Jedności Narodu, aktywiści stronnictw politycznych. I ci ludzie powinni działać. To oni, w przypadku, kiedy radny nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, mają zwołać zebranie, na którym zostanie on po­ zbawiony mandatu; to oni powinni wysunąć do­ kładnie sprawdzoną kandydaturę następcy. Jed­ nym słowem, oni powinni wywołać zdrowy fer­ ment i spowodować, by wyborcy, w sposób zorganizowany i zgodny z konstytucją skorzy­ stali ze swoich praw. Czy byłoby to podważenie socjalizmu? W moim przekonaniu absolutnie nie. Jaki więc wniosek? Lekarstwem na usprawnienie pracy urzędów jest rzeczywista kontrola społeczna, wymaga ona jednak sankcji i trzeba je wprowadzić, tym bardziej, że zgodne są z duchem naszego pra­ wa. Nie jest to na pewno lekarstwo na wszyst­ ko, bo nie wszystkie błędy i niedomagania urzędów mogą być naprawione ich własnymi si­ łami, czy nawet siłami rad. Niemniej, we włas­ nym zakresie można zrobić dużo. Tak dużo, że na pewno warto się za to wziąć. WITOLD SZYMANDERSKI

Strona 39

Perspektywy: wiek XXI Proteza mózgu? Dokończenie ze str. 40 powiednich mięśni i wrażeniami dotykowymi — pojawia się lokalizacja przestrzenna źródła bodźców, a więc zdolność widzenia. W przypadku elektroftalmu schemat tworzenia się zdolności widzenia jest podobny. Zamiast jednak impulsów płynących do siatkówki koro­ wej, mamy tu bodźce przekazywane do ośrod­ ków dotyku, znajdujących się na skórze czoła. Niemniej jednak, dzięki skojarzeniom tych bodź­ ców z mięśniowymi sygnałami, niewidomy zdo­ bywa wyobrażenie położenia przedmiotów w otoczeniu. W jednym i drugim przypadku wra­ żenie powinno więc być podobne. Takie zresz­ tą są wyniki doświadczeń z elektroftalmem. W GŁĄB UKŁADU NERWOWEGO W tym też funkcjonalnym aspekcie należy rozpatrywać możliwość protezowania różnych fragmentów układu nerwowego, aż po najbar­ dziej niepokojące swą tajemniczością siedlisko życia psychicznego — mózgowie. Najmniej pro­ blemów nastręcza, oczywiście, naśladowanie prostych funkcji odbioru bodźców i reakcji czynnościowych. Mówi się też o dalszej ewo­ lucji elektroftalmu i innych protez wzroku w kierunku przekazywania sygnałów z protezy wprost do odpowiednich wzrokowych (lub in­ nych, zastępujących je) ośrodków kory mózgo­ wej za pomocą elektrod. Protezą układu nerwowego jest również samowzbudzający się generator Impulsów podtrzy­ mujących akcję serca (w Polsce żyje 500 osób z wszczepionym takim generatorem), czy Inne­ go typu stymulator nerwów mięśni — np. nóg osoby sparaliżowane], co umożliwia jej chodze­ nie. Ale nam chodzi o coś więcej: czy można będzie stworzyć protezę zastępującą mózgowie w jego funkcjach? Problem trzeba tu rozpatrywać w kilku płasz­ czyznach. Inna będzie odpowiedź, jeśli naszym celem będzie przejęcie przez protezę pewnych wycinkowych czynności mózgowia, a inna, jeśli idzie o protezę wszystkich jego funkcji. Jak wynika z przykładu elektroftalmu, prze­ jęcie wąskich odcinków działania żywego orga­ nizmu jest zupełnie możliwe. Zadziwiające i szo­ kujące swymi konsekwencjami społecznymi wy­ dają się eksperymenty sterowania popędami i emocjami za pomocą bodźców elektrycznych czy chemicznych. Wskazują one jednak, iż skon­ struowanie urządzenia zapobiegającego automa­ tycznie np. atakom padaczki czy okresowym depresjom powodowanym schorzeniami psy­ chicznymi lub choćby tylko wahaniami ciśnienia atmosferycznego jest przedsięwzięciem real­ nym. A byłyby to w istocie pewnego typu prote­ zy wspomagające mózg w funkcjach związanych z utrzymaniem stanu równowagi wewnątrzustro­ jowej. Wydaje się, że w tym zakresie — w pro­ cesach sterowania i regulacji — wiele jeszcze można zdziałać używając nowoczesnych środ­ ków technicznych i przyszłe stulecie przyniesie tu niemało osiągnięć. Nie będziemy też zastana­ wiać się tu nad problemami natury psycholo­ gicznej i społeczno-moralnej, przynajmniej tak długo, jak długo pozostają nienaruszone najwyż­ sze piętra psychiki, tworzące intelekt i osobo­ wość. Gdzież jednak znaleźć granicę? Wszak psy­ chika ludzka ma charakter dynamiczny, a jej kształt określają bodźce płynące ze świata i samego organizmu od pierwszych chwil po uro­ dzeniu aż po zgon. Czy odziaływając w spo­ sób planowy, choćby tylko na niektóre emocje i popędy, nie zmieniamy psychiki? Ale tym — słusznie czy niesłusznie — człowiek w prakty­ ce nigdy się zbytnio nie przejmował, beztrosko zażywając różne leki i środki odurzające czy też stwarzając określone warunki „wynaturze­ nia" psychicznego. Dlaczego więc mamy się obawiać elektronicznych stymulatorów? CO SIĘ DZIEJE W MÓZGU? — Sytuacja zmienia się radykalnie, jeśli pro­ teza ma uzupełniać lub zastępować mózg w jego czynnościach intelektualnych. I nie chodzi tylko o to, że technicznie zadanie jest niewy­ obrażalnie skomplikowane, ale również o to, że w całej ostrości występuje tu trudność zacho­ wania psychiki w stanie niezmienionym. Wróćmy do przedstawionego wyżej, w ogrom­ nym uproszczeniu i skrócie, procesu tworzenia się w mózgu obrazu świata. Skojarzenia między różnymi bodźcami umożliwiają dziecku lokaliza­ cję przedmiotów w otoczeniu, a więc i celowe działanie w tym świecie. Na to jednak, aby sku­ tecznie i planowo działać, trzeba nie tylko wi­ dzieć teren, w którym się działa, ale także go rozpoznawać. Trzeba również wiedzieć, czego się chce, do czego się zmierza. Słowem — trzeba umieć wyobrazić sobie przyszłość — tj. obraz świata, jaki powinien nastąpić po naszym działaniu i drogę do tego celu prowadzącą. W tych czynnościach mózgu kluczową rolę odgrywa mechanizm pamięci, działający zresztą prawdopodobnie na tej samej zasadzie kojarze­ nia Informacji, jak wyżej naszkicowana. Związki między bodźcami, jeśli się powtarzają (a więc dotyczą podobnych sytuacji), ulegają utrwaleniu. W ten sposób powstają całe obrazy rzeczywis­ tości, jej — mówiąc językiem cybernetyki — modele, czyli odbicia, odwzorowania w struk­ turze neuronowej mózgu. Wystarczy teraz, aby pojawił się jakiś określony bodziec, a w wyni­ ku reakcji kojarzeniowych zostaje odtworzony w pamięci fragment obrazu świata związany z tym bodźcem. Np. widok starej fotografii matki powoduje w procesie kojarzenia odtworzenie określonych wspomnień z dzieciństwa i w wy­ obraźni pojawia się nam jakaś scena z domu rodzinnego. Mózg ludzki potrafi jednak coś więcej niż tylko odtwarzać zapisane w nim obrazy rzeczy­ wistości. Potrafi on również obrazy tworzyć, konstruować. I jakkolwiek muszą być one zbu­ dowane z elementów rzeczywistości — jako ca­ łość mogą nie być odbiciem żadnej istniejącej aktualnie lub w przeszłości formy tej rzeczywis­ tości. Są to również pewnego rodzaju wewnętrz­ ne modele świata, ale modele-propozycje, mo­ dele projektowanego postępowania w świecie w określonych sytuacjach. Tworząc te modele mózg może badać różne, pomyślane tylko wa­ rianty sytuacji w rzeczywistym świecie i podej­ mować działania dopiero wówczas, gdy zwery­ fikowany tą drogą model postępowania najlepiej odpowiada zamierzeniom. Dzięki temu wew­ nętrznemu modelowaniu zmniejsza się wydatnie niebezpieczeństwo fałszywych kroków. Cóżby było, gdyby każdy wariant postępowania nale­ żało wypróbować na własnej skórze? KŁOPOTY Z OSOBOWOŚCIĄ Trudno oczywiście w ramach jednego artyku­ łu przedstawić choćby ogólnie ogromną złożo­ ność procesów będących podłożem takich zja­ wisk psychicznych, jak myślenie twórcze czy świadomość własnego istnienia. Niemniej, w opisanych tu bardzo skrótowo przykładach można szukać zasadniczego klucza do zrozu­ mienia istoty tych właśnie zjawisk, oraz do wy­ jaśnienia samej dynamiki osobowości, z której wynikają tu dla nas nader ważkie konsekwencje teoretyczne i praktyczne. Otóż każdą żywą istotę cechuje pewien spe­ cyficzny dla niej zespół określonych reakcji na określone bodźce, sposobów zachowania się, schematów postępowania. Te cechy tworzą właśnie to, co nazywamy osobowością. U zwie­ rząt o rozwiniętym mózgowiu, a przede wszyst­ kim u człowieka, cechy osobowości wiążą się ściśle ze specyfiką tworzenia wewnętrznych mo­ del) świata i sytuacji postępowania. Rzecz jas­ na, w miarę zmiany warunków j tworzenia się nowych struktur kojarzeniowych, a zaniku sta­ rych, ulegają podobnym zmianom również owe modele. Mówimy wówczas, iż zmienia się z upływem lat osobowość, mentalność, charakter człowieka. Nie ulega wątpliwości, iż urządzenie, które miałoby spełniać funkcje podobne do tych, któ­ re tu naszkicowałem, musiałoby odznaczać się nie tylko ogromną złożonością i podobną kon­ strukcją jak mózg, ale powinno też zawierać identyczny zapis informacji, jakim dysponuje ten człowiek. Czy możliwe Jest Jednak odwzorowa­ nie matematyczne czy rysunkowe takiej struk­ tury połączeń, która odpowiadałaby indywidual­ nym przeżyciom | wyobrażeniom danego osob­ nika? Czy można zawrzeć w liczbach i kształtach geometrycznych wspomnienie radosnych i tra­ gicznych chwil naszego życia? Przecież na ów zapis składają się miliardy wrażeń odbieranych w ciągu długich laŁ Co gorsza, trudno nawet zlokalizować w mózgu owe zapisy pamięciowe. Lokalizacja stwierdzona przez neurofizjologów odnosi się bowiem tylko do prostszych wrażeń psychicz­ nych i związków między nimi. Wiemy, gdzie mieszczą się ośrodki wrażeń wzrokowych, słuchowych, ośrodki mowy czy nawet jej rozumie­ nia, a także ośrodki odpowiedzialne za popędy i emocje. Złożone przeżycia psychiczne nie wy­ kazują jednak cech lokalizacji. Nożem chirurga nie da się usunąć konkretnego wspomnienia, a co najwyżej spowodować rozległe spustosze­ nia w pamięci. W zapisie wyższych doznań, w myśleniu, w modelowaniu wewnętrznym uczest­ niczy prawdopodobnie cała komora mózgowa, a także niektóre ośrodki podkorowe. Dotyczy to również osobowości, której w pewnych przy­ padkach nie zniszczy usunięcie nawet większe­ go fragmentu mózgowia. DYLEMAT CHWILOWO TEORETYCZNY Pomijając praktyczną możliwość skonstruowa­ nia protezy mózgu — co wydaje się dziś jesz­ cze przedsięwzięciem nierealnym — sama kon­ cepcja takiej protezy nastręcza szereg proble­ mów psychologicznych I filozoficznych. Jeśli przyjmiemy, iż kryterium tożsamości osoby protezowanej stanowi tożsamość osobowości, a nie tożsamość ciała — a takie stanowisko wy­ daje się Jedynie słuszne — usunięcie naturalne­ go materialnego podłoża zapisu osobowości i zastąpienie go protezą oznacza zatratę osobo­ wości. Osoba protezowana byłaby tylko z po­ zoru tą samą osobą. Jeśli nie potrafilibyśmy za­ nalizować i przenieść na protezę jej zapisu pa­ mięciowego, sztuczny mózg przypominałby niezapisaną tablicę. Byłby to w istocie mózg no­ wo narodzonego dziecka, a tworzące się w nim, pod wpływem otoczenia, życie psychiczne by łoby tworzeniem nowej osobowości, a nie kon­ tynuacją dawnej. Sztuczny mózg nie mógłby więc być uznany za protezę osoby, która utraciła swój własny mózg. Dodajmy, iż całkowite zatarcie śladów pamięciowych w mózgu oznacza w istocie za­ gładę osobowości, a więc śmierć psychiczną człowieka. Rzeczywistą protezą mózgu byłoby tylko takie urządzenie, w którym zapisana by­ łaby osobowość człowieka protezowanego. Oznacza to bądź konieczność powielenia zapi­ su, tj. odtworzenia go w protezie, w oparciu o rzeczywisty zapis, bądź... przeszczepu, a ściślej — przemieszczenia zapisu. O nierealności pier­ wszego sposobu już wspomniałem. Inaczej jednak ma się sprawa z „przeszcze­ pem” osobowości. Jeśli w ogóle istnieje realna możliwość stworzenia pełnej protezy mózgu, to chyba tylko drogą stopniowego przenoszenia za­ pisu z żywego mózgu na sztuczny. Można to sobie wyobrazić w ten sposób, iż proteza, bę­ dąca początkowo niezapisaną tablicą, jest pod­ łączona do mózgu żywego i — po dłuższym okresie przystosowywania się mózgu do protezy — w kształtowaniu pamięci uczestniczą oba układy, naturalny i sztuczny. Zważywszy, iż ist­ nieją przesłanki, że zapis złożonych przeżyć nie jest zlokalizowany, po dłuższej „koegzystencji” mózgu żywego i protezy zapis osobowości prze­ niknąłby również do sztucznej pamięci. Teraz stopniowo, krok po kroku, usuwając niewielkimi fragmentami mózg naturalny, można by dopro­ wadzić do przejęcia zapisu osobowości przez mózg sztuczny. Jest to jednak, jak na razie, tylko fantazja i eksperyment taki stał się tema­ tem mojej powieści naukowo-fantastycznej „Próg nieśmiertelności". Opisałem tam zresztą nie Istniejącą, fikcyjną materię zdolną do przejęcia takiego zapisu. Nie sądzę bowiem, aby współ­ czesne środki techniczne, choćby to były naj­ bardziej zminiaturyzowane ) doskonałe urządze­ nia elektroniczne, mogły posłużyć do realizacji takiej operacji. Koncepcja protezy mózgu po­ zostanie chyba jeszcze długo wyłącznie tere­ nem igraszki literackiej i filozoficznej. KRZYSZTOF BORUŃ 39

Strona 40

>rspektywv: wiek XXI Proteza mózgu Do najbardziej niezwykłych osiągnięć medycyny współczesnej, obok przeszczepów różnych organów, należą osiągnięcia protetyki, której rozwój jest rezultatem nie tylko lepszego poznania funkcji organizmu żywego, ale także rewolucji przebiegającej w różnych dziedzinach technologii. Niemniej, znajdujemy się dopiero na początku drogi rozwoju techniki protetycznej i — po sztucznych kończynach kierowanych bioprądami i sztucznych sercach napędzanych elektrycznie — coraz to inne narządy będą zastępowane sprawnie działającymi urządzeniami. Czy istnieje granica postępu w tej dziedzinie? WIDZENIE BEZ OCZU Mówi się zwykle, że proteza to urządzenie zastępujące lub tylko uzupełniające żywy organ. Ale takie określenie jest nie dość piecyzyjne. W istocie, każda z protez — od najprostszych do najbardziej skomplikowanych (wyjąwszy pro­ tezy o przeznaczeniu wyłącznie kosmetycznym, jak np. sztuczna gałka oczna) — jest urządze­ niem zastępującym w mniejszym lub większym zakresie funkcję organu. Czy jednak nie jest to tylko różnica werbalna? Rzeczywiście, w przypadku takiej protezy jak sztuczna aorta, będąca po prostu rurką plasty­ kową zastępującą część tętnicy, nie byłoby o co się spierać. Inaczej jednak ma się sprawa np. z elektroftalmem — sztucznym okiem umo­ żliwiającym widzenie za pośrednictwem dotyku. Urządzenie to — skonstruowane przez zespół kierowany przez prof. Witolda Starkiewicza w Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie — nie jest protezą oka, lecz protezą wzroku, czyli funkcji widzenia. Widzenie zaś to polega na rozpoznawaniu stosunków przestrzennych, rozróżnianiu położenia, kształtu i niektórych in­ nych właściwości przedmiotów znajdujących się w otaczającej nas przestrzeni. I proszę się nie dziwić, że nie wspomniałem w tej definicji o promieniowaniu świetlnym. Nie jest istotne, jaką droga owa orientacja przestrzenna jest osiąga­ na. Ultradźwiękowy „radar" nietoperza — to również organ widzenia. Tu wydaje się konieczne pewne wyjaśnienie, stanowiące zresztą punkt wyjścia dla dalszych rozważań dotyczących granic protetyki. Gdy w swej pracy „Psychofizjologia wzroku" prof. Starkiewicz postawił tezę, że niewidomy zaopatrzo­ ny w elektroftalm będzie odczuwał podobne, tyle że mniej „ostre" wrażenia jak człowiek wi­ dzący własnymi oczyma, to wielu czytelnikom twierdzenie takie mogłoby wydawać się absur­ dem. Elektroftalm działa bowiem w ten sposób, że przetwarza obraz świetlny odebrany przez kamerę na analogiczny obraz dotykowy — róż­ nice w natężeniu światła w różnych punktach obrazu znajdują odbicie w różnym natężeniu wi­ bracji dotykadeł umieszczonych na czole nie­ widomego. W odbiorze wrażeń nie uczestniczy tu więc ani siatkówka oka, ani nawet tzw. siat­ kówka korowa, tj. zespół komórek ośrodka wzrokowego kory mózgowej powiązanych z siat­ kówką oka. Ale najważniejszą sprawa jest nie to, że światło padające na siatkówkę wyzwala impul­ sy nerwowe. Niemowlę, mimo iż do jego oczu docierają bodźce świetlne, a do mózgu wywo­ łane przez nią impulsy, w istocie, w pierwszym okresie po urodzeniu nie widzi. Zdolność wi­ dzenia pojawia się wówczas, gdy w rezultacie początkowo chaotycznych ruchów gałkami ocz­ nymi, głową i kończynami zaczynają się w mózgu niemowlęcia kojarzyć sygnały o podraż­ nieniach świetlnych różnych punktów siatkówki oka ze stanami napięć mięśniowych. Np. dziec­ ko początkowo nie dostrzega umieszczonej nad nim grzechotki, jakkolwiek na nią patrzy. Do­ piero, gdy w wyniku przypadkowych ruchów głowy i oczu następuje skojarzenie bodźców mięśniowych z optycznymi, poczyna ono szukać i odnajdywać wzrokiem ten przedmiot. Począt­ kowo ruchy są nieskoordynowane, ale w miarę jak — w wyniku doświadczenia — utrwala się w mózgu zbieżność między podrażnieniem od­ powiednich komórek siatkówki a napięciem od-

1 / 40
  • -018 (Aktualnie wyświetlany)
  • -019